WorldCom zbankrutował, aby dzięki temu przeżyć

Przemek Barankiewicz, Małgorzata Birnbaum
23-07-2002, 00:00

Akcjonariusze w miarę spokojnie przyjęli bankructwo WorldComu, największe w historii USA. Analitycy wskazują, że wniosek o ochronę przed wierzycielami nie jest gwoździem do trumny dla spółki, lecz jedynie lekarstwem na jej kłopoty. Jednak poczynania giełdowych graczy paraliżuje pytanie: kto następny?

Bankructwo, które WorldCom ogłosił po niecałym miesiącu od ujawnienia zawyżenia wyników o 3,9 mld USD (15,7 mld zł), ma pomóc spółce... przetrwać.

Zgodnie z zasadami 11 rozdziału amerykańskiego kodeksu spółek, ogłoszenie upadłości gwarantuje ochronę przed wierzycielami i daje czas na restrukturyzację. W WorldCom ma ona potrwać co najmniej do I kwartału 2003 r. i przynieść zmniejszenie długu z 30 mld USD o 75 proc. Spółka nadal będzie działać na świecie (zagraniczne działy nie są objęte bankructwem) oraz w USA (postara się o to federalna komisja komunikacji FCC).

— To nawet lepiej dla WorldComu, że zbankrutował, bo ma czyste konto — mówi Garz Hindes z Deltec Asset Management.

Co prawda, trudno mówić o czystym koncie w przypadku spółki, która jest łącznie winna 41 mld USD (164,8 mld zł) m.in. takim firmom, jak JP Morgan Trust, Citibank czy Deutsche Bank. Właśnie Citibank i JP Morgan Chase wraz z General Electric pożyczą firmie 750 mln USD (3 mld zł) z 2 mld USD (8 mld zł), które obiecali spółce wierzyciele.

Jeszcze przed wnioskiem telekomu liczba bankructw w gospodarce amerykańskiej była rekordowa w historii. Do początku lipca niewypłacalność ogłosiło ponad 130 spółek o aktywach wartych 150 mld USD (602 mld zł) — alarmuje serwis Bankruptcydata.com.

Do dziesiątki największych upadków w historii trafili świeżo upieczeni bankruci: Adelphia (telewizja kablowa), Global Crossing (telekom), Kmart (detalista) i NTL (telewizja kablowa). Nie przypadkiem wśród spółek walczących o finansowe przetrwanie dominują firmy telekomunikacyjne. Właśnie w tych sektorach pod koniec lat dziewięćdziesiątych trwała radosna polityka inwestycyjna. Obecnie kandydatem numer jeden na kolejnego bankruta jest amerykański Qwest Communications, czołowy operator telefonii lokalnych. Komisja papierów wartościowych i giełd rozpoczęła badanie jego ksiąg. Sprawą zajęła się też prokuratura. Śledztwa są nie jedyną bolączką spółki. W przyszłym roku Qwest musi spłacić 5,6 mld USD długu, co po ósmej z rzędu stracie kwartalnej nie będzie łatwe.

W bardzo złej kondycji są telekomy europejskie. Po zdymisjonowaniu Rona Sommera, prezesa Deutsche Telekom, ostatnim „żelaznym” szefem u sterów narodowych operatorów europejskich pozostał Michel Bon, kierujący France Telecom. Wcześniej odwołano Petera Bonfielda z BT Group i Paula Smitsa z Royal KPN. Wszyscy wydali w ostatnich latach miliardy dolarów na przejęcia i licencje, a rozstawali się z kierowanymi firmami przy kilkudziesięcioprocentowej przecenie akcji, obniżkach ratingów i kolosalnym zadłużeniu.

Ratunkiem dla tych spółek może okazać się to, że ich głównymi akcjonariuszami pozostają rządy, które raczej nie pozwolą na upadłość. Nie obejdzie się jednak bez sprzedaży aktywów, rezygnacji z zamorskich operacji i nowych emisji akcji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Przemek Barankiewicz, Małgorzata Birnbaum

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / WorldCom zbankrutował, aby dzięki temu przeżyć