Wreszcie słyszę życie

Rafał Kerger
20-04-2007, 00:00

Aktorstwo to mistyfikacja. Biznes winiarski — rzeczywistość i pasja. Dlatego, prowadząc firmę, można wreszcie usłyszeć życie — uważa Marek Kondrat.

agrał w ponad 100 polskich filmach. Zgarnął co najmniej kilkanaście ważnych nagród filmowych. Halski z „Ekstradycji” i Adaś Miauczyński z „Dnia świra”, choć uchodzi za trudnego rozmówcę, dość precyzyjnie opowiada, na czym polega jego biznes, jak zarabia i dlaczego „w pewnym wieku poparty pasją interes jest najlepszym antidotum na zmistyfikowany dookolny świat”.

Zdrowo musi być

Rozkwit międzynarodowego rynku najstarszego mocnego trunku świata nastąpił dopiero w latach 70. Do lat 60. nie było nawet klasyfikacji win włoskich. Do tego czasu Włosi pijali wino litrami, ale nie wiedzieli, co piją. Połowę światowego rynku wina trzymają w swoich rękach Francuzi, Włosi i Hiszpanie.

— Jak sobie to teraz uświadomię, aż się dziwię — choć jednocześnie cieszę — że stało się to dopiero w trakcie mojego życia — zaczyna rozmowę z nami Marek Kondrat.

Gościmy w jego warszawskim salonie winnym, na skraju placu Teatralnego, w Winarium.

Po czterech latach prowadzenia firmy Marek Kondrat wie sporo o rynku win. Na przykład, że Polacy lubią trunek bez zbytniej kwasowości. Skąd taki wniosek? Słodsze, nieeuropejskie, pełne słońca wina z dozą konfitur z tak zwanego Nowego Świata mają w jego sklepach lepsze wzięcie.

— Kiedy dwa lata temu byłem w Australii, w dwa tygodnie przejechałem ponad sześć tysięcy kilometrów od wschodniego do zachodniego wybrzeża. Wybrałem 23 tytuły winne. Jak samochód zbiera te wina, to jedzie prawie miesiąc. Osiem tygodni trwa fracht. Z punktu widzenia biznesowego to byście mnie wyśmiali, ale z racji tego, że jestem tam nieznany, zamawiam australijskie wina na przedpłaty. Płacę w marcu, żeby w listopadzie mieć butelki w sklepie — mówi Marek Kondrat.

Po co jeździ aż do Australii po kilkanaście tysięcy butelek wina? Mogliby przecież przysłać mu próbki do kraju. Winarium wtedy by zaoszczędziło.

— Gwarantuję jakość win swoim nazwiskiem. Muszę odbyć podróż i wiedzieć, co kupuję. Każde przedsiębiorstwo, także Winarium, musi mieć zdrowe, racjonalne podwaliny. Nie prowadzę firmy dla zabawy. Jest tak zorganizowana, by przynosiła zyski — uważa Marek Kondrat.

Sklepy Winarium działają w Warszawie i w Krakowie. Kondrat jest także reprezentowany w rozwijającej się sieci ekskluzywnych supermarketów Alma. Ma tam swoją półkę.

— Do tego sprzedajemy także przez internet. Ostatnio zmodernizowaliśmy serwis. W magazynie mamy wina za dwa miliony złotych. Wszystkie z naszego importu. Trunków stojących na naszych półkach nikt inny poza Winarium w Polsce nie ma. Producenci, których wina spełniają nasze oczekiwania, podpisują z nami umowy na wyłączność. Nie interesuje nas masówka — opowiada Marek Kondrat.

Szef Winarium, kiedy wybiera się w winiarską podróż i degustuje, często odwiedza dwóch, trzech winiarzy dziennie, czy to Europa czy Afryka, Argentyna czy Chile.

— Zwykle są to ludzie z rodzin uprawiających wino w czwartym, szóstym czy w czternastym pokoleniu. Zapisuję sobie wrażenia, dostaję ofertę cenową i po przyjeździe do Polski robię podsumowanie. Wtedy dopiero wybieram. Wszystko to sprawia, że czasami łapię się na tym, że gdy popatrzę na etykietę jakiegoś wina w sklepie — przed oczami przemyka mi twarz winiarza, u którego je zamówiłem. Pamiętam, co mówił, jaki był klimat w jego winnicy — dodaje Marek Kondrat.

Sposób sprzedaży

Zasada, według której Winarium promuje i sprzedaje wina, nie jest trudna do odgadnięcia. Jest najlepszą z możliwych, gdy twarzą marki staje się gwiazda.

— Rzeczywiście, pomysł na sprzedaż jest prosty. Jestem twarzą i motorem działań. Ale mamy zgraną załogę. Zatrudniam siedem osób. Są po kursach dla sprzedawców i znawców wina, które wcale nie są tanie. Gruntowne przeszkolenie we Francji może kosztować nawet 30 tysięcy złotych. Na przykład mój syn, który kieruje sklepem w Warszawie, odbył sześciotygodniowy kurs paryski, gdzie Francuzi uczyli go nie tylko sprzedaży trunku, ale również enologii, wkuwał odmiany wina, nazwy szczepów, melanży — opowiada Marek Kondrat.

Co sprzedaje Winarium? Przede wszystkim trunki w przedziale cenowym od 20 do 35 złotych. Stanowią one ledwie 8 procent naszego rynku, na którym sprzedaje się około 50 milionów litrów wina. Ponad 90 procent rynku stanowią wina do 20 złotych, sprzedawane głównie w dużych sieciach handlowych.

— Ostatnie dane mówią jednak o 20-procentowym wzroście popularności win stołowych w Polsce, co bardzo dobrze dla nas rokuje, bo to są te wina, które mamy na półce — niesłodzone, niedosładzane, nie wermuty. Poza tym Polska jest jeszcze niszą, jeśli chodzi o wina. I my w tej niszy coraz lepiej sobie radzimy, bo się nauczyliśmy, jak kupować dobre trunki. Nie za kilkadziesiąt czy sto złotych, ale za 20, 30 złotych. Inni jeszcze tego nie umieją — chwali się Marek Kondrat

Z racji współpracy z ING Bankiem Śląskim prezentuje też wina i opowiada o swojej pasji na spotkaniach z kluczowymi klientami holenderskiej grupy. To taki dodatek do private bankingu.

— Poznaję tam wspaniałych przedsiębiorców. Utalentowanych, mogących sobie pozwolić na wszystko, choć często — jako pierwsze pokolenie, które do czegoś doszło — niewiedzących, jak teraz żyć. Ludzi, którzy wspaniale budowali tę dziś tak mocno postponowaną III Rzeczpospolitą. Oni zmienili Polskę, choć dziś są w mniejszości, bo nie przypuszczam, by ktokolwiek z nich opowiadał się za obecną władzą — porozumiewawczo uśmiecha się Marek Kondrat.

Organizuje też inne spotkania z klientami — degustacje w Winarium, po odbytych podróżach.

— W tej branży, w segmencie, w którym my działamy, ważny jest bezpośredni kontakt z klientem. Opowiadam, jak było, co zamówiłem, co przywiozę. Czasami kieruję się też odczuciami moich gości i na podstawie ich opinii wybieram lub rezygnuję z tego bądź innego wina — opowiada Marek Kondrat.

Aktorstwo pomaga

Na pytanie o film i aktorstwo, Marek Kondrat nie reaguje już takim zainteresowaniem, jak na pytania o Winarium. Dlaczego?

— Ponad 100 filmów w życiu to dużo. Aktorstwo jest fantastycznym zawodem. Aktor jest przedmiotem twórczości, może mistyfikować życie. Jeżeli jednak życie dookoła jest zmistyfikowane, to ja mam z aktorstwem kłopot. Świat wina i świat filmu są zupełnie odmienne. W pierwszym, zdecydowanie wolniejszym, dziś lepiej się czuję. W końcu słyszę życie — jak ktoś młotkiem huknie czy jak traktor przejedzie. Poza tym jestem wolnym człowiekiem, humanistą i przedsiębiorcą. Z aktorstwem powoli się żegnam. Scenariusze, które dostaję, już zagrałem i szkoda mi na to czasu. Nie mam potrzeby wspinania się po jakiejkolwiek drabinie, łykania całym tchem rzeczywistości. Mam czas, jestem wyciszony — zwierza się Marek Kondrat.

Z drugiej jednak strony to, że jest znaną postacią — pomaga mu w prowadzeniu biznesu.

— Nie jestem na świecie wcale takim znanym importerem, a tym bardziej aktorem. Jak producenci, do których trafiam, wejdą sobie na stronę Winarium i moją prywatną, to pewnie czegoś się tam o mnie dowiedzą. Przeczytają, że jestem znanym polskim aktorem, spojrzą na mnie dziwnie, potraktują mnie delikatniej. Potem jednak przechodzimy do normalnych rozmów handlowych i nie ma dla nich znaczenia, że zagrałem w „Historii żółtej ciżemki”. Ma dla nich znaczenie to, że jako osoba rozpoznawalna mam szansę odpowiednio wypromować ich wina i dotrzeć do większej liczby ludzi — wyjaśnia Marek Kondrat.

I wie, co mówi. Ostatnią jego wyprawę do Afryki sfilmował TVN i nadał w programie „Dzień dobry TVN”. To dopiero początek współpracy Winarium ze stacją Walterów. Następną podróż Kondrata do Barcelony (wybiera się tam w poniedziałek) opisze też „Viva” i nada z niej relację RMF. Gwiazda spotka się tam z dziesięcioma swoimi dostawcami, dla których jest głównym importerem.

— Takie akcje mają dobre przełożenie na naszą sprzedaż. Kiedy powiem coś w mediach o winie, natychmiast widać ruch na stronie internetowej Winarium. Internet daje przede wszystkim szansę klientom spoza Warszawy i Krakowa na kupno naszych win. Wynajmujemy przewoźnika i dostarczamy trunki w 48 godzin w każde miejsce Polski — zaznacza Marek Kondrat.

Praca pozytywistyczna

Biznes Kondrata to jednak nie tylko liczby, import, sprzedaż i marketing. Prowadzenie Winarium gwiazda łączy także z pozytywistyczną pracą, która sprawia mu ogromną przyjemność. I nie jest to wcale tani chwyt marketingowy. Kondrat po prostu kocha wino, propaguje kulturę jego picia, na której poszerzeniu korzysta. Ale korzystają też inni.

— Próbuję złamać stereotyp, że dobre wino jest towarem ekskluzywnym, na specjalne okazje. Trunkiem, który się kupuje i odkłada, aż dziecko skończy edukację, weźmie ślub. Na świecie pija się kwieciste wina młode. Wino jest towarzyszem posiłku, całego dnia, jest towarzyszem rozmowy. Nie jest trunkiem agresywnym jak wóda. Propagowanie kultury picia wina to jest próba zamiany cywilizacyjnych przyzwyczajeń Polaków. Nasi północni sąsiedzi — Szwedzi i Norwegowie — też żłopali kiedyś mocne alkohole. Szwedzi walili w XIX w. 50 litrów spirytusu na ryj rocznie. To jest dużo więcej niż my. Tylko że przy pomocy państwa to się zmieniło — mówi Kondrat.

Tamtejsze władze wpadły na pomysł, by wprost uzależnić cenę alkoholi od ich oprocentowania. Poza tym utrudnili dostęp do mocnego alkoholu przez drastyczne ograniczenie liczby sklepów, które go sprzedają.

Bariery rozwoju

Zdaniem Marka Kondrata Polacy nie pijają wina częściej, bo są ofiarami ustawy o wychowaniu w trzeźwości, która zakazuje u nas jego promocji.

— Piwo ma na promocję wyłączność, dlatego leje się hektolitrami, bo niby wspiera polski sport i tym podobne — rzuca Kondrat.

Promocja wina traci jednak przede wszystkim nie na braku reklam w telewizji, ale na odcięciu przedstawicieli branży od możliwości przedstawienia konsumentom jego wartości kulturowej.

— Towarzyszy ono człowiekowi od zarania, od kiedy zdał sobie sprawę, że jest człowiekiem. Idzie za nim. Uświadomiła mi to ostatnia moja podróż do Afryki Południowej. Burowie, którzy w drodze do Indii — w poszukiwaniu wody — wylądowali na Przylądku Dobrej Nadziei, od razu posadzili winorośle. Było to w 1652 r. W 1655 r. je zebrali. Dlaczego? Wiedzieli, że woda się psuje podczas podróży, a wino nie. Szczególnie słodkie, które przecież rozpoczęło historię trunku. Wiedzieli, że wino ma właściwości baśniowe, pozwala zapomnieć, pomóc najmniej boleśnie przeżyć podróż — opowiada Kondrat.

Co jeszcze denerwuje Marka Kondrata przedsiębiorcę?

— Rozwój rynku wina hamują też nieszczęsne polskie banderole. Nim dostaniemy wino, musimy wysłać je producentowi, by je nakleił. To niepotrzebne koszty, które ja ponoszę, i utrapienie dla eksportera, bo musi oddelegować człowieka, żeby je naklejał na kilkanaście tysięcy butelek. Banderole są reliktem w całej Europie, erzacem idiotyzmu. Nawet Rosjanie, którzy byli dotychczas naszym banderolowym kompanem, z nich zrezygnowali. Nie wystarczyłby ryczałt podatkowy płacony przez importera? — pyta retorycznie właściciel Winarium.

Kondrat nie zapomina też o polskich producentach wina.

— Około siedmiuset naszych producentów wina spod Jasła i z Jury Krakowsko-Częstochowskiej wciąż czeka na ustawę skarbową, która przestałaby traktować ich jak producentów wysokoprocentowego alkoholu. To są zapaleńcy, kamikadze, którzy wiedzą, że wielkiego interesu na swojej produkcji nie zrobią, a państwo kładzie im kłody pod nogi — nakręca się nasz rozmówca.

Czy tak mówi aktor Marek Kondrat? Nie, Marek Kondrat przedsiębiorca.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rafał Kerger

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Wreszcie słyszę życie