Czytasz dzięki

Wspierajmy rozwój polskiej biotechnologii

  • Materiał partnera
opublikowano: 09-06-2020, 00:00

Rozmowa o idei patriotyzmu gospodarczego, rozwoju, a także sytuacji w branży biotechnologicznej z Łukaszem Urbanem, prezesem zarządu BioMaxima SA.

BioMaxima SA znalazła się w gronie polskich spółek biotechnologicznych, które ze względu na swoje produkty związane z walką z koronawirusem znalazły się w centrum uwagi inwestorów, a akcje spółki, którą pan zarządza, odnotowały spektakularne wzrosty. Czy sektor polskiej biotechnologii rozpędzi się na fali pandemii COVID-19?

Wyświetl galerię [1/2]

Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA, jest biologiem molekularnym, absolwentem Yale University oraz Hamilton College, posiada również dyplom MBA z IESE Business School. [FOT. ARC]

 Sektor wyrobów medycznych do diagnostyki laboratoryjnej i samokontroli (IVD) ma w Polsce w długim horyzoncie dobre perspektywy. W krajach Unii Europejskiej średnia wydatków na IVD wynosi 19,8 euro na jednego mieszkańca. A Polska, ze swoim wskaźnikiem tylko 9,8 euro na mieszkańca, znajduje się daleko za Czechami, które wydają 15,8 euro i ma duży dystans do pokonania. Dlatego niezależnie od mobilizacji wynikającej z zagrożenia pandemią COVID-19, spodziewam się konwergencji polskiego rynku w kierunku wzrostu wydatków na badania, a więc w długim horyzoncie oczekuję wzrostu popytu na wyroby do diagnostyki medycznej. Pandemia zapewne dodatkowo przyczyni się do zwiększenia wydatków na służbę zdrowia, bo ze względu na stan zagrożenia będzie więcej środków w obiegu. Więc teoretycznie jest paliwo do wzrostu przychodów sektora biotechnologii w Polsce. Ale warto zapytać, czy to paliwo zostanie wykorzystane do napędzania polskiej biotechnologii.

Na czym polega to rozróżnienie?

Chodzi o to, czy patrzymy na przychody realizowane przez sektor jako taki, czy też analizujemy, ile środków ostatecznie trafia do polskich firm. Spółka technologiczna albo produkcyjna jest jak góra lodowa: tylko niewielka jej część wystaje ponad powierzchnię wody i jest widoczna jako służby handlowe. Gros kosztów natomiast firma ponosi pod powierzchnią, gdzie znajduje się B&R i produkcja. A w przypadku sektora biotechnologicznego nakłady na badania i rozwój są szczególnie znaczące dla budżetów firm. To, że wydatki na IVD w kraju urosną, nie musi wcale oznaczać, że środki trafią akurat do polskiego sektora biotechnologii i nakręcą jego rozwój. Jeżeli decydenci w polskich laboratoriach od lat są „przyzwyczajeni” do współpracy z zagranicznymi producentami, to większa część środków płynących z budżetu państwa pójdzie za granicę. Tam, te pieniądze wykorzystywane są do inwestycji w badania i rozwój innowacyjnych wyrobów IVD. Potem te wyroby wracają do Polski, aby konkurować z lokalną produkcją, bardzo często skutecznie eliminując krajowych konkurentów. Pieniądze polskiego podatnika tworzą w ten sposób od lat wysokokwalifikowane miejsca pracy w działach rozwoju czy produkcji, ale za granicą. I koło się zamyka. Polski podatnik buduje siłę międzynarodowych koncernów, zamiast wspierać lokalny biznes.

Dlaczego tak się dzieje?

Jeden z mechanizmów może być taki, że jeżeli jako konsument, nawet teoretycznie bardziej wyedukowany – np. jako lekarz – Iksiński uważa, że tylko produkty największych koncernów światowych zapewniają mu odpowiedni standard – chociażby przez to, że w swoich własnych oczach staje się lepszy, bo korzysta z produktów największych, najbardziej innowacyjnych producentów, to w chwili gdy może decydować o dużych zakupach, ze środków publicznych, nie pozbywa się tych kompleksów. Nadal uważa, że polskie jest gorsze niż „zagraniczne”.

A co można powiedzieć nakładach na usługi?

W Polsce jest mało laboratoriów, bo tradycyjnie robi się mało badań. Kryzys związany z pandemią pokazał płytkość zaplecza diagnostycznego i brak wykwalifikowanego personelu, co przekłada się na znikome zdolności do testowania. Dopiero po dwóch miesiącach udało się w Polsce osiągnąć średnią dzienną ilość testów na poziomie przekraczającym 15 tysięcy i to również dzięki mobilizacji prywatnych laboratoriów. W Niemczech bardzo szybko, jeszcze w marcu osiągnięto poziom 50 tysięcy badań dziennie, a w szczytowej fazie przeprowadzano nawet 200 tysięcy testów, przy tylko dwukrotnie większej populacji. Jeżeli nie inwestuje się w budowę odpowiedniej infrastruktury w czasach normalnych, to potem w nadzwyczajnych okolicznościach nie ma skąd czerpać rezerw, nie ma czego mobilizować.

Czy pandemia wymusi poprawę efektywności ponoszonych na diagnostykę IVD wydatków?

Większość wydatków sektora to oczywiście publiczna służba zdrowia, gdzie od zawsze istnieje przymus oszczędzania, ale uważam, że z czasem wraz z dojrzewaniem profesjonalnego zarządzania w sektorze publicznym zakiełkuje konieczność wykazania się również jakąś efektywnością. Nakłady można zwiększać, ale bez wzrostu efektywności jest to worek bez dna. Na przykład lekarze oszczędzają na diagnostyce przepisując antybiotyki bez uprzedniego wykonania antybiogramu, który zapewniłby że zastosowano właściwy lek. Ale koszty nietrafionej terapii pojawiają się w innym miejscu wydatków NFZ, to znaczy w pozycji dofinansowania recept na nieskuteczne antybiotyki, albo w pozycji kosztów leczenia powikłań u pacjentów, jak chociażby sepsy, wynikającej z nietrafionej terapii, czy wreszcie w postaci olbrzymich kosztów walki ze wzrostem lekooporności bakterii, która jest skutkiem stosowania antybiotyków na oślep. Konieczność oszczędzania jest więc potencjalnie wielkim sojusznikiem sektora diagnostyki medycznej, wymaga tylko nieco szerszego spojrzenia na koszty ponoszone globalnie. Zagrożenie epidemią COVID-19 może w tym kontekście przyczynić się do zwiększania efektywności systemu, bo tak często bywa w sytuacjach nadzwyczajnych, gdy stare układy mają mniejsze znaczenie w obliczu potencjalnej katastrofy.

Co dają społeczeństwu polskie firmy w branży technologicznej?

Spośród ponad 110 osób, które zatrudniamy w BioMaxima, prawie 70 proc. to osoby z wyższym, kierunkowym wykształceniem, również z tytułami doktora, a pozostali to w dużej części studenci. Trafiają do nas absolwenci kierunków biologicznych, którzy po studiach pracowali w sklepie czy w call center, a właśnie polskie firmy – takie jak BioMaxima – umożliwiają im znalezienie pracy w zawodzie. Lublin z populacją studentów przekraczającą 70 tys. jest szczególnym przykładem polskiego miasta zdecydowanie nadprodukującego absolwentów z punktu widzenia chłonności przemysłu, a przecież wykształcenie każdego studenta kosztuje podatnika bardzo dużo. Jeżeli nie będzie więcej takich firm jak BioMaxima, ci ludzie, chcąc pracować w zawodzie, wyjadą z Polski. Ale wykształcenie to nie wszystko. Żeby budować nowoczesny polski przemysł, tak jak deklaruje to rząd w ramach strategii odpowiedzialnego rozwoju, aby przyciągać inwestorów do korzystania z zasobów polskiego kapitału ludzkiego – oprócz wykształcenia pracowników potrzebne jest również nabyte doświadczenie, kultura techniczna, którą zapewniają firmy oferujące zatrudnienie, choćby w produkcji biotechnologicznej, jak to ma miejsce u nas. Podam przykład: na żadnej uczelni nie ma kierunku „produkcja dyfuzyjnych systemów do oznaczania lekowrażliwości”, więc wszystkich umiejętności wymaganych w takiej pracy można się nauczyć tylko w relacji mistrz–uczeń, w takiej firmie jak nasza.

Ale właściwie po co zabiegać o budowę polskiego przemysłu biotechnologicznego, jeżeli już mamy zapóźnienie w tym obszarze i często za granicą można kupić lepsze produkty taniej?

Chociażby ze względu na bezpieczeństwo. Pandemia COVID-19 pokazała dobitnie, że pełen „offshoring” przemysłu jest błędem. Dwie największe gospodarki świata: Unia Europejska i USA uświadomiły sobie swoje całkowite uzależnienie od trzeciej największej – chińskiej. W naszym biznesie – diagnostyce, proszę sobie wyobrazić, że nie ma innego źródła nabywania antybiotyków, aniżeli Chiny. BioMaxima posiada i rozwija nowoczesne technologie produkcji testów związanych z diagnostyką zakażeń. Funkcjonujemy w międzynarodowym obiegu naukowym i przemysłowym jako wytwórca, nie jako zwykły dystrybutor. Dzięki temu mogliśmy zaoferować własne testy – do wykrywania obecności SARS-CoV-2. Pandemia pokazała, jak kruche są międzynarodowe łańcuchy dostaw i jak szybko w przypadku kryzysu wysychają zasoby importowanych towarów. Wszyscy zdają sobie sprawę, że zaplecze produkcyjne w pewnych strategicznych branżach, na przykład w branży zbrojeniowej, musi być zlokalizowane w kraju. Życie w ostatnich miesiącach pokazało, że w takich samych kategoriach powinniśmy myśleć nie tylko o lokalnej produkcji środków ochrony czy leków, ale również środków diagnostycznych. Teraz zmagamy się z SARS-CoV-2, ale w przyszłości mogą pojawić się epidemie wywołane przez inne, znacznie groźniejsze patogeny, jak choćby wyjątkowo oporne na leki pałeczki Klebsiella pneumoniae NDM (New Delhi). Czy będziemy wtedy gotowi? Dlatego istotne jest, z punktu widzenia całego społeczeństwa, aby środki publiczne, np. związane ze zwalczaniem pandemii, były kierowane do podmiotów, które inwestują w innowacje tutaj; w Polsce.

Jednak w obecnych latach bardzo dużo środków płynie na badania i rozwój, między innymi ze środków UE, ale również bezpośrednio państwowych.

To prawda, że państwo albo samo oferuje, albo pośredniczy w przyznawaniu unijnych grantów i dotacji, które mają na celu wspierać badania i rozwój. Tyle, że to potencjalnie może skutkować demoralizująco dla polskiego przemysłu i polskiej nauki. Nie to, że Rzeczpospolita Polska dofinansowuje badania i rozwój. Ale to, że potem państwo polskie nie jest zainteresowane tym, aby kupować po wdrożeniu te innowacyjne produkty, na których wytwarzanie zostały wydane pieniądze polskich podatników. Bo zagraniczne jest postrzegane lepiej. Tworzy to sytuację, w której naukowcom i niektórym przedsiębiorcom opłaca się prowadzić badania bez końca, bez perspektywy wdrożenia wyniku tych badań do produkcji, co powinno być celem. Powstają projekty badawczo-rozwojowe bez szansy na praktyczne zastosowanie, ale gwarantujące utrzymanie wielu ludziom przez długi czas. W ten sposób będziemy tylko umacniać peryferyjność polskiej gospodarki, sprzyjając demoralizowaniu elit, naukowców, przedsiębiorców i konsumentów.

A czy pochodzenie kapitału ma dzisiaj jakiekolwiek znaczenie dla klienta? Czy kapitał ma narodowość?

Słynne „made in” zostało wprowadzone przez Anglików po I wojnie światowej po to, aby wyróżnić produkt brytyjski w szczególności od produktu niemieckiego, pochodzącego od „wroga”. To, że „made in Germany” stało się synonimem wysokiej jakości, to jest zasługa samych Niemców. Natomiast oznaczanie produktu, jego pochodzenia, miało na celu oddziaływanie na konsumenta, który nie miał kompleksu, że to co swojskie, krajowe, jest gorsze aniżeli to, co zagraniczne. W państwach tzw. „pierwszego świata”, czyli w krajach, w których nie funkcjonuje kompleks niższości w stosunku do zagranicy, patriotyzm gospodarczy jest normalną postawą. Skoro brak jest kompleksu tego, że to, co nasze, jest gorsze niż „zagraniczne”, to w związku z tym lepiej jest kupić produkt, który pochodzi od producenta, który jest bliżej, ponieważ pieniądze, które zostaną mu zapłacone, są później wydawane w kraju. Kapitał ma narodowość i miejsce zamieszkania tych, którzy decydują o jego alokowaniu. Tutaj podjęliśmy decyzję o tym, żeby z rozpocząć współpracę z UMCS i Uniwersytetem Medycznym w sprawie projektu, w wyniku którego stajemy się już dzisiaj jedną z czterech europejskich firm dysponującą pewnymi technologiami produkcji testów na lekowrażliwość. Tu podjęta została decyzja o alokowaniu części kapitału naszych akcjonariuszy i stworzeniu firmy dystrybucyjnej w Rumunii, która sprzedaje nasze, wytworzone w Lublinie produkty. Tutaj podejmujemy decyzję o tym, czy podjąć kooperację z zagranicznym partnerem w produkcji potrzebnych polskim lekarzom urządzeń czy odczynników. Możliwość takiej kooperacji jest funkcją naszych, zbudowanych w Polsce zdolności produkcyjnych i doświadczeń z dotychczasowej kooperacji. Dlatego ważne jest, żeby w Polsce tworzyły się ośrodki decydowania o alokowaniu kapitału. Nie kapitału państwowego, bo państwo nie ma kapitału, kapitał mają Polacy. Jesteśmy nie mniej polską firmą aniżeli PGE, PKO-BP czy Pekao SA. Brak przymiotnika „polski” czy „narodowy” nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to, kto i gdzie podejmuje decyzje. Akcje naszej spółki może na giełdzie kupić i sprzedać każdy. Dzisiaj BioMaxima kontrolowana jest przez porozumienie polskich akcjonariuszy; ale nawet jeżeli w spółkę zainwestują inwestorzy zagraniczni, to nie zmieni to faktycznej kontroli, a centrum decyzyjne BioMaxima było, jest i będzie w Lublinie.

rozmawiał Tomasz Popławski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Materiał partnera

Polecane