Wydmowe więzienie

DOMINIK SIPIŃSKI
aktualizacja: 26-10-2017, 23:39

Uchodźcy z Sahary Zachodniej żyją na łasce organizacji humanitarnych, gdy okupujące ich ziemię Maroko korzysta z ich bogactw naturalnych.

Wypełnia go gniew, żal, frustracja. Tak samo jak 125 tys. innych uchodźców, którzy mieszkają w obozach, żywieni przez organizacje humanitarne fasolą i soczewicą, a porcje są zawsze za małe, bo budżet ONZ wiecznie niedomaga. Tymczasem Maroko, które od 1976 r. okupuje Saharę Zachodnią, czerpie zyski z eksportu fosforytów, których najlepsze na świecie złoża są właśnie tam. Korzysta także z okupowanej ziemi i wybrzeża, łowiąc ryby w zasobnym przybrzeżnym Atlantyku, hodując owoce i warzywa, budując elektrownie wiatrowe, czy, ostatnio, szukając w Saharze ropy i gazu.

Wyświetl galerię [1/5]

Na saharyjskich stacjach benzynowych paliwo jest tańsze od wody i lane z plastikowych butelek. Dominik Sipiński

— Mamy wszystko, czego potrzeba do zarządzania własnym krajem. Przez marokańską okupację brakuje nam tylko gospodarki — mówi Hamma Salama, szef biura politycznego rządzącej uchodźcami partii Polisario. Sytuacja uchodźców, ich prawo do kraju i do jego zasobów naturalnych oraz niuanse polityczne to jednak dalszy etap. W pierwszym, który dla Saharawich (tak określa się rdzenną ludność Sahary Zachodniej) trwa od co najmniej 41 lat, muszą w ogóle powiedzieć światu, że istnieją. Bo mało kto o tym wie.

Jalihenna Mohamed musi się długo zastanawiać, by odpowiedzieć na pytanie o to, co zmieniło się w obozie uchodźców w ostatnich latach. — Od zeszłego roku władze Algierii zaczęły doprowadzać do obozów porządne linie energetyczne. Teraz w domach są lodówki, telewizory, pojawiają się klimatyzatory. Ale to jedyna istotna zmiana — odpowiada w końcu.

Jalihenna spędził całe 28 lat swojego życia w Smarze, jednym z pięciu znajdujących się w zachodniej Algierii obozów uchodźców z Sahary Zachodniej. Jest wykształcony, obrotny, z ambicjami politycznymi. Jest też skrajnym flegmatykiem i trzeba go dobrze poznać, by dostrzec, że za fasadą introwertycznego spokoju w duszy Jalihenny się kotłuje.

Zapomniany kraj w zamkniętym kraju

Komisja Europejska marokańsko-saharyjską wojnę uznaje za najbardziej zapomniany konflikt na świecie. A trwa ona od 1975 r., gdy Hiszpania oddała po cichu i nielegalnie swoją kolonię Maroku i Mauretanii, i do dziś nie jest rozstrzygnięta. Od 1991 r. panuje zawieszenie broni, ale referendum niepodległościowego, którego domagają się Saharyjczycy i ONZ, wciąż nie ma. Blokuje je polityka i brak zgody Maroka. To zapomnienie i zawieszenie w geopolitycznej nicości jest dla Saharawich źródłem frustracji, choć, zaskakująco, nadal nie agresji. Stawiają na pokojowe metody, zamiast powrotu do beznadziejnej walki ze znacznie silniejszym Marokiem. Jalihenna Mohamed jest jednym z tych, którzy animują ten pokojowy ruch. Odkąd skończył studia na algierskim uniwersytecie w Batnie, robi co w jego mocy, by świat dowiedział się o trwającym od 41 lat dramacie.

— Jesteśmy zamknięci w obozach, nawet mimo internetu mamy ograniczone możliwości komunikacji ze światem. Musimy zbudować więcej mostów z naszymi stronnikami na całym świecie, bo tylko dzięki nim możemy nagłośnić naszą zapomnianą sprawę — tłumaczy Jalihenna Mohamed.

Naturalna blokada

Trudno im się przebić, bo nie dość, że jest ich niewielu i walczą z potężnymi geopolitycznymi interesami Francji, Hiszpanii i Stanów Zjednoczonych, to w dodatku żyją na łasce Algierii, kraju ostentacyjnie zamkniętego na gości z zewnątrz. Kraj rządzony autorytarnie przez klikę wojskowych, której tylko formalnie szefuje ledwo funkcjonujący po udarze w 2013 r. prezydent Abdelaziz Buteflika, jest czarną plamą w basenie Morza Śródziemnego. Nie zabiega o turystów. Ma tyle ropy, że nie trzeba mu zagranicznych gości. Dla dziennikarzy z zewnątrz też jest niedostępny.

Algier i Oran, dwa największe miasta Algierii, największego państwa Afryki, to rozpadające się pozostałości pereł we francuskiej kolonialnej koronie. Łatwo sobie wyobrazić tamtejsze kawiarnie pełne bohemy, choć równie łatwo — pandemonium z „Dżumy” Alberta Camusa, dziejącej się właśnie w Oranie. Inwestorzy, głównie z Chin, zaczynają odkrywać wybrzeże Algierii, czego świadectwem jest budowany w stolicy kraju za juany groteskowo wielki meczet z najwyższym na świecie minaretem. Ale dostęp do reszty kraju blokuje nie tylko skostniała algierska polityka, ale przede wszystkim jałowa, gorąca i pozbawiona infrastruktury Sahara. To właśnie w jej głębi, 1,5 tys. km na południowy zachód od Algieru, całkiem zapomnieni przez świat, żyją Jalihenna i inni saharyjscy

uchodźcy. Drugie tyle mieszka w ojczyźnie pod marokańską okupacją. Tych dwóch grup jakoś nie wypada nazywać rodakami, bo to sugeruje istnienie kraju, a ten jest tylko na papierze. Saharawi ogłosili wprawdzie w 1976 r. niepodległość, ale uznały ją tylko 84 państwa. 38 od tego czasu uznanie „zawiesiło”, cokolwiek to znaczy, bo w prawie międzynarodowym taki termin nie istnieje. Lepiej więc mówić o „członkach tego samego narodu”. Bo po obydwu stronach zbudowanego przez Maroko muru, odgraniczającego tereny okupowane, mówią w języku hassanija i wywodzą się z tych samych saharyjskich nomadów. Coś ich jednak różni. Ci pod marokańską okupacją mają bowiem możliwości, ale nie wolność. Ci w obozach w Algierii nie mogą zrobić prawie niczego, ale wolno im prawie wszystko.

Państwo nieteoretyczne i niepraktyczne

Stworzone przez uchodźców państwo funkcjonuje na różne sposoby. Najbardziej rzeczywiste jest w obozach. Działają tam ministerstwa, szkoły, związki zawodowe, państwowa telewizja i radio, samochody mają mniej więcej ujednolicone lokalne tablice rejestracyjne, jest nawet piłkarska reprezentacja, grywająca z Kurdystanem i Abchazją w mistrzostwach państw nieuznawanych.

— Instytucje działają u nas doskonale, choćby służba zdrowia, edukacja, zrzeszenia młodzieży czy organizacje dbające o prawa kobiet. Jesteśmy gotowi do przeniesienia tego wszystkiego do Sahary Zachodniej. Nadszedł na to czas — mówi Hamma Salama. Bo właśnie po to powstało to dziwne państwo na wychodźstwie. Jego obywatele chcą je pewnego dnia po prostu przenieść kilkaset kilometrów na zachód, do swojej ojczyzny. Uznali, że nie ma co biernie czekać na odwlekające się rozstrzygnięcie wojny, tylko lepiej, na ile się da, przygotować się do niepodległości. Tam, gdzie ich państwo miałoby się znaleźć, na razie działają jedynie podziemne struktury oporu. Za wszelką aktywność polityczną Maroko aresztuje Saharawich, formalnie nie uznając ich istnienia. Sahara Zachodnia, do której Maroko — co potwierdziła opinia Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości — nie ma żadnych historycznych praw, to dla władz w Rabacie po prostu „prowincje południowe”. Walczą z okupacją, nie zwracając często uwagi na niebezpieczeństwo, ale blokada informacyjna jest na tyle szczelna, że mało kto zwraca na nich uwagę. Do tego Maroko nawozi do Sahary osadników, więc Saharawi już są mniejszością — etnicznych Marokańczyków, mówiących innym językiem i mających inną kulturę, jest nawet czterokrotnie więcej.

Bogaci biedacy

Najbardziej irytuje ich ekonomiczny wymiar impasu. Żyją dzięki pomocy humanitarnej. W zbitym piaszczysto-kamienistym gruncie rozżarzonej słońcem pustyni nie da się prawie niczego wyhodować, choć ambitnie próbują. W obozach działają szczątkowe biznesy, głównie sklepy z mydłem i powidłem oraz warsztaty samochodowe. Ale gdyby nie paczki z ONZ-u umarliby z głodu. Te paczki nie są dla nich praktyczne, bo na ileż sposobów można ugotować fasolę, a też ranią rozbudowane poczucie dumy. Na pomoc Saharawim ONZ przeznacza rocznie 75 mln dolarów, z czego jedna trzecia idzie na żywność. Ta kwota nie uwzględnia finansowania misji ONZ MINURSO, która miała organizować referendum, ale jedynie strzeże rozejmu. Dodatkową pomoc dla obozów przekazują liczne organizacje pozarządowe i prywatne osoby, głównie Hiszpanie. Uchodźcytę pomoc biorą, ale z wielkim zażenowaniem. Kogo tu nie zapytać, podkreśli, że to nie jest danina dla biednych. Bo Saharawi nie są biedni, mają swoją ziemię. Tylko Maroko przy milczącej zgodzie świata im ją zabrało, więc teraz świat musi im pomóc przetrwać. Te znienawidzone fasole to ich prawo. Ta pomoc daje jednak tylko tyle — przetrwanie. Na skąpych inwestycjach napływających do Algierii nie korzystają wcale. Zasoby ropy tego kraju pomagają im tyle, że dzięki nim mają prąd za darmo. A chcą więcej.

— Żyjąc tylko z pomocy humanitarnej, nie możemy tu zbudować niczego porządnego ani stałego, jeśli chodzi o miejsca pracy i edukację. Panują tu przecież skrajnie niekorzystne warunki. Jedyne, czym możemy się zajmować, to aktywizm — mówi Jalihenna Mohamed. Saharawi nie szczędzą więc wysiłków, by nagłośnić swoją sytuację. Apelują przede wszystkim o przestrzeganie prawa międzynarodowego, bo ono dość precyzyjnie wyznacza ich racje.

— Sahara Zachodnia ma określone jeszcze przez kolonialistów granice, które my szanujemy. Referendum niepodległościowe to nasze prawo, a od zawieszenia broni zrobiliśmy wiele, by zyskać dla niego demokratyczne poparcie. Ale kraju nikt nam nie da, sami musimy się o niego wystarać. Polisario zawsze przyznawało, że to może potrwać — mówi Hamma Salama.

Jego zdaniem, pokojowe intencje dowodzą, że ich niepodległy kraj stabilizowałby rozedrganą fundamentalizmem islamskim i migracjami z całego kontynentu Afrykę Północną. Do tego świat oszczędziłby na pomocy humanitarnej, a Europa zyskałaby mocnego demokratycznego sojusznika. Na razie jednak muszą ścierpieć to, że Maroko bogaci się na ich ojczyźnie. Dogadane z Hiszpanią w sprawie kontroli granic, sprzedaje światu fosforyty z kopalni z północy Sahary Zachodniej i ryby z jej wód przybrzeżnych, próbuje nawet ściągać turystów do saharyjskiej Dahkli. Zmienić miał to wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z grudnia 2016 r., który podkreślił, że umowa o wolnym handlu między Unią a Marokiem dotyczy tylko Maroka, a nie Sahary Zachodniej. Saharawi nie są jednak przekonani, czy wyrok będzie respektowany, tym bardziej, że Francja, najbliższy sojusznik Maroka, wspiera je w okupacji.

— Francja to największa przeszkoda. Ale wierzę, że to, co sprawiedliwe i uczciwe, zwycięży — ocenia Jalihenna Mohamed.

Hamma Salama dodaje, że Polisario przetrwało wiele reżimów i przetrwa kolejne. Ale cierpliwość kiedyś się kończy, a radykalizacja młodych to realny problem w obozach. To właśnie z frustracji wybuchła pierwsza wojna o niepodległość w 1975 r. Martwi się tym też Jalihenna. Ma poczucie, że jeśli zmiany w obozach nadal będą tak powolne, że pociągnięcie kilkuset metrów sieci energetycznej urasta do rangi wydarzenia dekady, to ludzie w końcu wybuchną. Dodaje mu to więcej energii, by jeździć po Europie i zabiegać o pokojowe wsparcie. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: DOMINIK SIPIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Wydmowe więzienie