Wyganianie diabła butelką i kozą

Jacek Konikowski
opublikowano: 11-09-2009, 00:00

Poszukiwanie złóż gazu nie jest rzeczą prostą. Od chwili znalezienia złoża do odkręcenia kurka mija od 7 do 10 lat.

Poszukiwanie złóż gazu nie jest rzeczą prostą. Od chwili znalezienia złoża do odkręcenia kurka mija od 7 do 10 lat.

Taki obraz: gdzieś w terenie, daleko od szosy. Zimowy poranek, trzaskający mróz, śnieg skrzypi pod stopami. Człowiek wychodzi z barakowozu, przeciąga się i widzi oszronioną wieżę wiertniczą skrzącą się miliardami białych płatków. Niektórzy doszukują się w tym nutki romantyzmu.

— Coś w tym jest. Robota jest fajna i ciekawa. Ale dla twardzieli. Pamiętam, jak w latach 80., żeby się rano umyć, trzeba było wyrąbać sobie przerębel w wiadrze z wodą. Teraz to już inne czasy, inne warunki, takie trochę mniej romantyczne, ale wtedy było ciężko. Wszystko robiło się ręcznie. Teraz pomaga nam hydraulika — mówi Piotr Gliniak, dyrektor departamentu poszukiwania złóż w PGNiG. On jest nafciarzem, jego ojciec też był, i dziadek. Całe pokolenie.

Dawniej przed rozpoczęciem wiercenia tradycyjnie wyganiano diabła.

— Wiertacz, czyli majster, otwierał pierwszą flaszkę i wlewał ją do otworu pod świder, żeby nie było problemów. W Pakistanie ta tradycja jest nadal kultywowana, tyle że tam… zabija się kozę — mówi Gliniak.

Szukanie łatwe nie jest

Od lat nic się nie zmieniło. Pracownicy w terenie, zaczynając wiercenie, nigdy nie wiedzą na sto procent, do czego się dowiercą, bo wszystkiego przewidzieć się nie da mimo postępu nauki i pomocy wszechwiedzących komputerów.

— Nie raz było tak, że na tym samym terenie wierciliśmy otwór koło otworu i dane z pierwszego odbiegały od tych z drugiego, chociaż dzieliło je raptem kilkanaście metrów? Prawda jest taka: nauka nauką, ale wszystko weryfikuje świder — mówi Gliniak.

Natura broni swoich skarbów. Jest trudnym przeciwnikiem. Dlatego w tej robocie trzeba być twardym. I wiedzieć, co się robi, bo natura jest sprytna, szybko weryfikuje ludzkie błędy. Niekiedy boleśnie. Raz, dopiero co wywiercony otwór zaleje woda i cała robota idzie na marne, odwiert wypada z eksploatacji. Innym razem dojdzie do erupcji i nieraz urządzenia pójdą z dymem.

— Sam byłem świadkiem, jak wieża wiertnicza wysoka na 30 metrów zapadała się pod ziemię tak, że wystawał tylko jej czubek. Niezapomniany, pouczający to widok — dodaje dyrektor.

Wiercić!!

Łatwo powiedzieć. Koszt jednego tylko odwiertu waha się między 15 a 80 mln zł. Bywa że i nawet 100 mln zł. Decyduje głębokość. Odwiert na 6,5 km kosztuje około 100 mln złotych. W Polsce wierci się średnio do 3,5 km.

Niektórzy naukowcy twierdzą jednak, że prawdziwe złoża są znacznie głębiej.

— Z tymi "niektórymi" naukowcami jest tak, że jak się ich zapyta o to, gdzie w takim razie należy konkretnie wiercić, wskazując palcem na mapie, rozkładają ręce. U nas mówi się, że jak nie ma płytko, to poszukamy głębiej — dodaje Gliniak.

Zresztą, z tym wierceniem i wydobywaniem coraz to większych ilości gazu to jest grubsza sprawa. Gdyb tylko chodziło o pieniądze! Wielu zarzuca PGNiG, że mało wydobywa, bo mało szuka.

— Wszystkim wydaje się, że znalezienie nowego złoża to od razu większe wydobycie. Nie, bo wpierw musimy wyrównać zasoby gazu w już eksploatowanych złożach, a dopiero to, co zostanie, jest nadwyżką. Tak to działa. Żeby zwiększyć wydobycie powiedzmy o 1 mld m sześc. to musimy odkryć prawie dwa razy tyle — mówi Gliniak.

A samo odkrycie to też niełatwa sprawa. Bo natura nawet dziś potrafi zadziwiać, dlatego szukanie to także loteria.

— 40 procent to wiedza, reszta to szczęście. Dwa lata temu na 10 otworów siedem trafiało. W zeszłym roku było kiepsko — tylko cztery. W tym jest pół na pół. Generalnie, nie schodzimy poniżej czterech. Nie jest łatwo, ale gdyby szukanie ropy i gazu było łatwe, to jedno i drugie by tyle nie kosztowało — mówi Gliniak.

Jak w każdym biznesie, także i tu ważna jest odrobina szczęścia. I cierpliwość, bo czas między odkryciem złoża a jego eksploatacją jest wyjątkowo długi.

— Gaz to nie węgiel, że się go wykopie, załaduje na ciężarówki i po sprawie. Cykl inwestycyjny od samego trafienia w złoże do puszczenia gazu w rurę potrafi trwać nawet 10 lat. Bo co z tego, że znajdziemy gaz, skoro trzeba go jeszcze oczyścić, przetransportować. Do tego potrzebne są potężne instalacje, małe fabryki — mówi Gliniak.

Od momentu uzyskania koncesji do udokumentowania zasobów mija około 5 lat. Potem wiercenia, stosunkowo szybkie. Później budowa instalacji do oczyszczania i przesyłu gazu. 7-10 lat — szybciej się nie da.

Dlatego dopiero dzisiaj zaczynamy wydobywać gaz ze złóż, które odkryto kilka lat temu. Taka branża, taki surowiec. Co prawda, PGNiG szuka gazu również za granicą. Ale to już inny gaz i inni klienci. I duże pieniądze — na razie inwestowane.

650

mln zł Taki jest roczny budżet PGNiG na poszukiwanie nowych złóż w kraju. Kolejne 450 mln zł przeznaczone jest na poszukiwania za granicą.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy