Wysoka inflacja (u)ratuje świat

Andrzej Stec
opublikowano: 11-05-2011, 00:00

Surowcowa bańka napędza inflację. Ta pomaga zadłużonym po uszy krajom pozbyć się po cichu długu. Z czasem korzyści odniosą też inwestorzy giełdowi

Jeszcze rok, dwa lata temu analitycy straszyli inwestorów deflacją, która mogła pogrążyć globalną gospodarkę i giełdy w marazmie. Do tego jednak nie doszło, dzięki m.in. wpompowaniu w rynki finansowe przez amerykański bank centralny setek miliardów dolarów, które z kolei wywindowały ceny surowców na świecie. Teraz pojawiło się inne zagrożenie. Chodzi o inflację. Z jednej strony zjada ona siłę nabywczą konsumentów. Z drugiej, z punktu widzenia zadłużonych po uszy krajów, może okazać się wręcz zbawienna. W dłuższym okresie (do 3-5 lat) powinna też zaowocować nową, inflacyjną hossą na rynkach akcji.

To już nie przelewki. Główny Urząd Statystyczny ujawnił niedawno, że w marcu inflacja w Polsce wyniosła 4,3 proc. (wobec 3,6 proc. w lutym). W uproszczeniu można więc stwierdzić, że w ujęciu realnym staliśmy się o tyle ubożsi — stać nas na coraz niej towarów i usług. Drożejące w oczach ceny towarów i usług w sklepach to nie tylko polska przypadłość. Podobnie jest za granicą. W Chinach ceny rosną w ponad 5-procentowym tempie, a w Indiach są o ponad 10 proc. wyższe, niż rok temu. Inflacja ostatnio przyspiesza także na Zachodzie — w krajach Unii Europejskiej i w USA. Na przykład w konserwatywnej Wielkiej Brytanii ceny rosną szybciej niż nad Wisłą. Co ciekawe — banki centralne nie palą się do podnoszenia na gwałt stóp procentowych, by zahamować wzrost cen.

Można zaryzykować stwierdzenie, że obecnie inflacja jest "sterowana". Ceny towarów i usług windują bowiem drożejące surowce (miedzi, ropy), które z kolei są dziełem przede wszystkim globalnych spekulantów. Gwałtowne reakcje banków centralnych, które mogłyby znacząco podwyższyć stopy procentowe chcąc ograniczyć akcję kredytową i zmniejszyć ilość pieniądza w obiegu (czyli generalnie schłodzić gospodarkę), na niewiele się tu zdadzą. A do tzw. inflacji popytowej (na nią banki mają zdecydowanie większy wpływ), napędzanej przez bogacących się konsumentów, droga jeszcze daleka.

Abstrahując od tego, czy inflacja jest kosztowa czy popytowa, rosnące ceny mogą okazać się wybawieniem dla zadłużonych po uszy państw, w tym Polski. Chodzi o to, że z jednej strony inflacja może napędzić "nominalny" wzrost gospodarczy, a z drugiej strony — zjada po cichu realną wartość obligacji skarbowych, emitowanych na potęgę przez rządy. O ile nominalnie długi państw rosną, o tyle w ujęciu realnym są bowiem coraz mniejsze. Jeśli hossa surowcowa, która ostatnio zanotowała sporą przecenę, przedłuży się, to za rok realny dług będzie już o jedną dziesiątą mniejszy, niż rok temu. Warto zauważyć, że w wielu krajach na świecie dług publiczny dochodzi właśnie do punktu krytycznego, czyli maksymalnych limitów wyznaczonych przez Kongres (w USA) czy Konstytucję (w Polsce).

A co z akcjami? Warto zauważyć, że inflacja to tylko jeden z setek czynników, które wpływają na giełdowe indeksy. Warto ją jednak docenić. W długim terminie korelacja giełdowych indeksów i inflacji nie może być inna, niż dodatnia. Powód? W obiegu krąży bowiem coraz więcej pieniądza, który wcześniej czy później trafi na giełdowy parkiet. Niektórzy analitycy (np. guru inwestorów Mark Mobius z globalnej grupy inwestycyjnej Templeton) twierdzą nawet, że akcje to obok złota najlepsza inwestycja chroniąca przed inflacją. W krótszym okresie, na przykład roku, drożejące ceny też z reguły sprzyjają giełdowym bykom. Inaczej, niż w przypadku obligacji.

Tak było przynajmniej w minionej dekadzie. Niższej inflacji towarzyszyły na ogół spadki indeksów, a rosnącym cenom w gospodarce — przecena na rynku obligacji i wzrosty kursów akcji (przynajmniej do pół roku przed jej szczytem). Przykład? W 2003 r. w USA pojawiła się inflacja — wskaźnik wzrósł trzykrotnie (z 1 proc. do 3 proc.), co było między innymi efektem szybko drożejących surowców (ropy, miedzi). Od tego czasu giełdowe indeksy, nie tylko w USA, zaczęły rosnąć (z krótką przerwą w 2004 r.). Przez kolejnych pięć lat inwestorzy na Wall Street cieszyli się 7-procentowymi zyskami (średniorocznie). Na rynkach wschodzących było w tym czasie trzy razy lepiej. Podobną zależność można było zauważyć na warszawskiej giełdzie.

Akcje lepsze niż złoto!

Inwestorzy uważają, że akcje oferują lepsze zabezpieczenie przed inflacją niż złoto. Tak przynajmniej wynika z sondażu przeprowadzonego przez brytyjski bank inwestycyjny Barclays Capital wśród 129 zarządzających. Akcje okazały się najbardziej polecanym aktywem na najbliższe sześć miesięcy. Złoto uplasowało się na drugim miejscu.

— Na giełdach są określone sektory, których przedstawiciele są zdolni przerzucić koszty związane z inflacją na konsumentów — mówi Peter Hu z singapurskiego oddziału Barclays.

Z notowań amerykańskich obligacji konwencjonalnych i chroniących przed inflacją wynika, że rynek w ciągu najbliższych 10 lat oczekuje dynamiki cen 2,66 proc., najwyższej od marca 2008 r. Przeciętnie w ciągu ostatnich trzech lat oczekiwania inflacyjne wynosiły 1,86 proc.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Stec

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy