Z łazikiem na Marsa

MICHAŁ OLSZAŃSKI
16-12-2011, 00:00

Kto na poważnie rozmawia o locie na Marsa albo polskich technologiach kosmicznych? Oni. Są młodzi, pewni siebie i nie boją się patrzeć w przyszłość. A wzrokiem sięgają... być może nie gwiazd, ale Mars jest jak najbardziej w polu ich widzenia

Pięciu młodych ludzi obsiadło niewielki stół. Wszyscy oglądają niebiesko połyskujące statuetki. Właśnie dotarły ze Stanów. Każdy ma swoją – imienną. To nagrody za wygranie prestiżowego międzyuczelnianego konkursu na łazik marsjański University Rover Challenge, który corocznie odbywa się na pustyni Utah. W 2011 r. ich Magma2 pokonała wszystkich konkurentów, w tym drużynę uniwersytetu na stałe współpracującego z NASA. Siedzą na korytarzu Wydziału Elektrycznego Politechniki Białostockiej. Obracają trofea w rękach, międlą, badają paznokciami. – To jest naklejone... – odzywa się jeden. – Akryl... Myślałem, że to będzie bardziej zaawansowane tworzywo – dodaje drugi. – Pewnie zamówili w Chinach – śmieje się trzeci. – Żebyście wiedzieli! Sprawdziłem w Internecie kod z pudełka – mówi Wojciech Głażewski, prowodyr całego zamieszania.

Właściwie tylko ta ciekawość, skłonność do zaglądania wszystkiemu do środka wyróżnia ich z tłumu studentów. Wysocy, uśmiechnięci, na oko równie dobrze mogliby być studentami AWF. – Gdybyśmy byli kujonami, to nigdy byśmy się w coś takiego nie angażowali. Siedzielibyśmy na dupie i pilnowali ocen. Bo wbrew pozorom taka działalność w studiach nie pomaga. Szymon przez ten projekt omal nie wyleciał z uczelni – śmieje się Głażewski. Faktycznie, na liście studentów wywieszonej nieopodal Szymon Zimnoch dopisany jest na samym dole. Długopisem.

Sterowanie procesami dyskretnymi

– Od kiedy pamiętam, zawsze fascynowała mnie mechanika, modelarstwo. W naszym pokoju stały dwa biurka. To należące do siostry zawsze było prawie puste, eleganckie. Tylko jakieś zeszyty, równo ułożone długopisy.Na moim stos rzeczy: pudełka, jakieś złomy, części – opowiada Głażewski. Jako nastolatek sklejał modele samolotów, ale zdarzało mu się robić – jak mówi – „proste roboty jeżdżące”. Był też zafascynowany tematyką astronautyczną, SF. No i przede wszystkim Lemem. Na studiach zapisał się do polskiego oddziału Mars Society (MS). – Politechnika jest naturalnym wyborem, kiedy ma się na maturze dwóję z historii – wzrusza ramionami. – Na początku było to budownictwo, zawsze interesowała mnie architektura. Ale nudziło mnie uczenie się na pamięć wzorów, więc przeniosłem się na automatykę i robotykę. W końcu zawsze chciałem konstruować roboty. Pierwszy model łazika marsjańskiego zbudował w 2007 r. na potrzeby Festiwalu Marsjańskiego w Krakowie. Tam poznał studentów z Koła Astronautycznego Politechniki Warszawskiej. Zaproponował im wspólny start w zawodach University Rover Challenge 2009. Łazik Skarabeusz powstawał głównie w Warszawie. Głażewski odpowiadał za aparaturę badawczą pojazdu. Zajęli szóste miejsce. – Mogliśmy wygrać, ale łazik nie dotarł na czas i nie wzięliśmy udziału we wszystkich konkurencjach. Rok później stworzył drużynę białostocko- -toruńską. Białystok odpowiadał za podwozie i manipulator, Toruń za peryskop i aplikację sterującą. W rodzinnym mieście zaprosił do projektu Piotra Ciurę i Emila Błońskiego. To dwaj skorzy do śmiechu, blondwłosi drągale nazywani przez znajomych „Bliźniakami”. – Wiedziałem, że jest na moim roku dwóch wariatów, którzy zajmują się elektroniką. Wystarczyło zobaczyć ich pokój w akademiku: wszędzie migające diody, jakieś urządzenia. Pomyślałem, że się przydadzą – wspomina Głażewski. Zwariowanego pokoju już nie ma. Obaj panowie się ożenili. Wciąż mieszkają w akademiku, ale teraz przez ścianę. Pokoje są schludne, a wszelkie gadżety głęboko pochowane. Wiadomo, kobiety... – Tata jest stolarzem, a jednocześnie elektronikiem hobbystą. To od niego dostałem pierwszą lutownicę. Jako siedmiolatek już nieźle nią wywijałem – opowiada Emil. Pisze właśnie pracę magisterską o samopoziomującej się platformie mobilnej. Wcześniej czeka go jednak dużo poważniejsza misja. Już wkrótce zostanie ojcem. Piotra do zabaw z prądem zachęcał wujek. – Gdy miałem jakieś 6, 7 lat, po raz pierwszy wsadziłem silnik w samochodzik do zabawy – wspomina. – Pamiętam demonstrację w domu. Byli jacyś goście, wszyscy bili brawo. Siostrze się wyrwało, że kiedyś Nobla dostanę. Jego praca magisterska to sterownik inteligentnego domu.

– Z Wojtkiem znaliśmy się bardzo luźno: „cześć”, „siema” i tyle. Podszedł do nas na zajęciach w sali na parterze... To było chyba sterowanie procesami dyskretnymi? – zastanawiają się. To kolejna cecha charakterystyczna całej grupy – starają się być precyzyjni do bólu. Nawet w drobiazgach, nieistotnych szczegółach. – Wiedzieliśmy już, że robi jakieś łaziki. Gdy nam zaproponował wejście do drużyny, po prostu się zgodziliśmy – kwitują. Łazik Magma zajął na zawodach URC 2010 trzecie miejsce.

My chcemy na Marsa

„Nadszedł czas, w którym ludzkość powinna podjąć próbę dotarcia na Marsa. Jesteśmy gotowi. To prawda, że Mars jest daleko, lecz jesteśmy obecnie znacznie lepiej przygotowani do wysłania ludzi na Czerwoną Planetę, niż byliśmy przygotowani do lotu na Księżyc 30 lat temu. Jesteśmy w stanie postawić stopę na Marsie w ciągu jednego dziesięciolecia, pod warunkiem że będziemy do tego dążyć z całą wytrwałością” – tak zaczyna się deklaracja założycielska Mars Society podpisana w sierpniu 1998 r. na Uniwersytecie stanu Kolorado w Boulder przez 700 osób. Byli wśród nich naukowcy, pracownicy NASA, inżynierowie. Już rok później powstał polski oddział. Stowarzyszenie działa na całym świecie. Stara się wspierać wszystko to, co może doprowadzić do lotu na Marsa. Wybudowało dwa habitaty – symulowane bazy marsjańskie (na pustyni w Utah w USA i w północnej Kanadzie). Podbój Marsa to nie tylko wymysł grupki fanatyków. Na początku listopada zakończył się eksperyment Mars 500 prowadzony przez Rosyjski Instytut Problemów Medycznych i Europejską Agencję Kosmiczną.Trzech Rosjan, Francuz, Włoch i Chińczyk przez 520 dni przebywali w hermetycznie zamkniętej kapsule. Przeprowadzali doświadczenia, kontrolowali urządzenia i sprawdzali procedury operacyjne. Kontakt z Ziemią odbywał się wyłącznie za pomocą sygnału radiowego oraz Internetu. – Prawdziwy lot będzie możliwy już w ciągu najbliższych 10, 15 lat – mówi Mateusz Józefowicz, prezes Mars Society Polska. – W Polsce coraz więcej uczelni bierze udział w projektach badawczych. Rozpoczęła się również ogólnopolska kampania edukacyjna „Klasa ze snów”, której tematem jest wyprawa na Marsa. Gorzej, że nie ma u nas inwestycji w technologie kosmiczne. Jednym z najważniejszych projektów realizowanych przez Mars Society Polska jest wspieranie polskich studentów, którzy konstruują marsjańskie łaziki i biorą udział w zawodach URC (w tym roku rywalizowały trzy nasze drużyny).

Magma2 zrywa kwiatek

Emil i Piotr są na studiach magisterskich. Wojtek nie ma już z politechniką nic wspólnego. – Jestem inżynierem, tytułu magistra do szczęścia nie potrzebuję. Wiem, co chcę robić w życiu: budować roboty – tłumaczy. Na ostatnim roku studiów postanowił jeszcze raz wystartować w zawodach. I tym razem je wygrać. – Jechaliśmy po zwycięstwo, innej opcji nie było – mówi Szymon Zimnoch. Razem z Bartoszem Sonikiem pomagali przy konstrukcji pierwszej Magmy, ale nie byli oficjalnymi członkami drużyny. W ubiegłym roku obaj uzupełnili teraz już czysto białostocki zespół. Szymon z półdługimi, opadającymi na oczy włosami sprawia wrażenie największego luzaka w grupie.

– Od zawsze lubiłem rozbierać różne rzeczy, potem je składać i sprawdzać, czy działają. Elektronika, mechanika – to mi się podobało. Do tego sporty ekstremalne. I zawsze takie głupoty zajmowały mnie dużo bardziej niż lekcje – przyznaje. I tak już mu zostało. W końcowej fazie projektu niemal nie pojawiał się na zajęciach, bo łazik był o wiele bardziej interesujący. Do zespołu wniósł świeżość i doświadczenie wyniesione z modelarstwa. To on podczas zawodów pilotował heksakopter (model helikoptera z sześcioma śmigłami), który był elementem Magmy2. Operatorem samego łazika był jednak Bartosz. Wydawało się, że będzie informatykiem (liceum profilowane, wydział na uczelni), ale znudził go zalew suchej teorii i przeniósł się na automatykę i robotykę. – Kiedyś Wojtek wpadł do nas na spotkanie koła naukowego i zapytał, czy ktoś nie zrobiłby mu pojemnika na próbki. Zgłosiłem się. To było jeszcze przy pierwszej Magmie – wspomina spotkanie z zespołem. – Potem, jak próbowaliśmy sterować łazikiem, okazało się, że mnie to najlepiej wychodzi. Być może dlatego, że jestem chłopakiem ze wsi i operowanie czymś, co ma dużo dźwigni, przychodzi mi naturalnie. Wiadomo, od małego obsługuje się różne maszyny – tłumaczy. – Ale mknęliśmy przez tę pustynię! Reszta przy nas po prostu pełzła – śmieje się. Mimo że jest w wieku kolegów, pozostało mu jeszcze kilka lat na uczelni, bo miał przerwę spowodowaną leczeniem łagodnego nowotworu kości. Dzięki kontaktom uzyskanym za sprawą łazika chciałby po zakończeniu nauki w Białymstoku wyjechać do któregośz mocnych amerykańskich ośrodków naukowych. Marzy o pracy przy projekcie robota – humanoida. Budowa łazika to tysiące godzin spędzonych w pracowni. Trzeba rozwiązać problemy z zakresu mechaniki, elektroniki, informatyki, łączności. Im bliżej zawodów, tym więcej czasu spędza się w pracowni lub na testach pojazdu w terenie. – Pod koniec siedziało się i 20 godzin dziennie. Częściej widzieliśmy się z chłopakami niż z żonami – śmieją się „Bliźniaki”. – A rekord Szymona to ponad dwie doby non stop. Same zawody to kilka zadań. Członkowie teamów siedzą w zamkniętym namiocie, na monitorach śledzą obraz przekazywany z kamer łazika. Trzeba pobrać próbkę gruntu i zbadać jej zawartość, odnaleźć astronautę, poprzełączać przyciski na panelu sterowniczym, określić położenie GPS rozsianych na terenie tyczek. Teraz, żeby zobaczyć Magmę2, trzeba mieć sporo szczęścia. Od momentu zwycięstwa w konkursie ciągle jest gdzieś pokazywana, m.in. na największych na świecie targach lotniczych w Le Bourget pod Paryżem, polski Urząd Patentowy prezentował ją w Genewie, towarzyszyła ministrom edukacji podczas europejskiego szczytu w Sopocie, ostatnio pojechała na targi AirTec we Frankfurcie. Filmy z prób i zawodów można jednak obejrzeć na stronie MS. Okazuje się, że Magma2 potrafi np. zerwać kwiatek.

Akcja komercjalizacja

Toruńska Starówka, ul. Prosta 8. To w tym domu urodził się Tony Halik. Na pierwsze piętro wchodzi się po drewnianych, trzeszczących schodach. Za to światło zapala się automatycznie. Pod numerem 1B mieści się ABM Space Education Sp. z o.o. W trzypokojowym biurze waży się komercyjna przyszłość Magmy. W drzwiach witają prezes Mateusz Józefowicz (tak, tak, ten z Mars Society) i wiceprezes Sebastian Meszyński. – Po wygraniu zawodów chłopaki z Białegostoku kilkadziesiąt razy pojawili się w telewizji. Pisano o nich kilkaset razy. Na Zachodzie wokół takich projektów pojawiają się prywatni biznesmeni, którzy chcą korzystać z rozwiązań i potencjału medialnego takich przedsięwzięć. Postanowiliśmy sami wkroczyć w tę niszę – tłumaczy Józefowicz. Dzięki grantowi zdobytemu w Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości szykują wersję Magmy w postaci zabawki edukacyjnej – Wojtek Głażewski pracuje nad projektem. Łazik będzie miał ok. 30 cm długości (oryginał ma metr i waży ok. 30 kg), można nim będzie sterować za pomocą konsoli albo z komputera. Do tego materiały edukacyjne dotyczące Marsa i astronautyki. – Ale to dopiero początek – mówi Meszyński. – Bo pojazd będzie można tuningować, rozbudowywać jego funkcje i elektronikę. Dodatkowe kamery, manipulatory itd. Np. nastolatek będzie mógł nim sterować przez Internet. Student dokupi sobie moduł, który pozwoli mu programować robota. Może powstaną wersje specjalistyczne, np. z rozbudowanymi czujnikami dla strażaków. Robot będzie wjeżdżał w miejsca niebezpieczne dla ludzi. W przyszłości może powstać wersja do monitoringu. – Projektowanie trwa. Co ważne, widzimy zainteresowanie naszym produktem, m.in. w krajach azjatyckich – dodaje Józefowicz. Kończą się także prace nad grą na smartfony (system Android). – Będzie to gra w budowanie i sprawdzanie hipotez na bazie łazika marsjańskiego, symulacja misji marsjańskiej sterowanej z Ziemi – tłumaczy Meszyński. – Gracz będzie mógł programować wirtualnego robota na Marsie, planować misję, zmagać się z terenem, pobierać próbki, prowadzić badania i dokonywać odkryć, weryfikować swoje hipotezy z innymi graczami, a nawet, po podaniu swoich współrzędnych, poprosić o pomoc, gdy np. zakopie się w marsjańskim gruncie. – Gra nie będzie się toczyć w czasie rzeczywistym ze względu na opóźnienie występujące w łączności z Marsem – mówi Józefowicz. – Uczeń zaprogramuje łazik, jadąc tramwajem do szkoły, a efekt sprawdzi sobie na przerwie.

Roboty reklamowe

Pizzeria w pobliżu Politechniki Białostockiej. Ogromna pizza błyskawicznie znika ze stołu, zostają kufle z piwem. Członkowie drużyny wspominają Amerykę, ogniska na pustyni, ludzi poznanych na zawodach. Opowiadają o braku wsparcia uczelni, o tym, że wszystkie elementy łazika musieli robić ręcznie. Z bardziej zaawansowanych maszyn nie mogli korzystać, bo studenci mogą pracować co najwyżej z napięciem 12 V. Tworzą się podgrupy. Z drugiej strony stołu od czasu do czasu dolatują „technosłowa”. To „Bliźniaki” dyskutują o jakimś skomplikowanym zagadnieniu. – Loty w kosmos to pożywka dla wyobraźni. Mnie zawsze nosi, żeby coś zrobić, zmajstrować. Rakiety w domu nie wybuduję, ale robota już tak – opowiada Głażewski. – Wszyscy mówią, żeby ulepszać świat, i ja chciałbym zrobić coś dobrego. Polska dramatycznie potrzebuje inwestycji w przemysł kosmiczny. Tu nie chodzi o to, żeby samodzielnie wysłać misję na Marsa, ale żeby być krajem technologicznie rozwiniętym. Kasa, którą trzeba włożyć, to nie są pieniądze skonsumowane, tylko zainwestowane – tłumaczy z powagą. Najbliższe plany wiąże jednak z czymś bardziej przyziemnym. Złożył aplikację do Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości. Czeka na przesłuchanie przed komisją inwestycyjną. – Chcę budować roboty reklamowe, które byłyby wykorzystywane np. w centrach handlowych. Zakwalifikowałem się do obrony przed komisją inwestycyjną – opowiada. Dlaczego właśnie roboty reklamowe? – A na co patrzy facet w galerii handlowej? Na cycki i gadżety! Hostessy są w tej przestrzeni od zawsze, ale gadżetów brakuje. I to jest szansa – śmieje się.

Szalony plan

Dziwacznie wyglądający pojazd pędzi po pustkowiu. Płaski, rdzawobrunatny teren, w oddali majaczą pagórki. Czyżby Mars? Łazik podjeżdża do kompleksu równie jak on dziwnych, futurystycznych budowli. Oglądamy je z lotu ptaka, okrążamy... Koniec. Toruń, siedziba ABM Space Education. Obejrzeliśmy właśnie wizualizację projektu bazy marsjańskiej wykonanego przez Jana Kozickiego (praca dyplomowa na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej). Jej główny moduł to dwupoziomowy walec o średnicy 8 m i takiej samej wysokości. Wokół niego rozmieszczone są trzy nadmuchiwane kopuły. Taka baza ma stanąć pod Toruniem. – Być może już w przyszłym roku uda nam się zorganizować europejską edycję zawodów URC. Potem przyjdzie czas na bazę. Gdy szukaliśmy miejsca na lokalizację, pojawiło się kilka ofert. Toruń wstępnie zaproponował 1,5 ha gruntu. To najlepsza oferta, choćby ze względu na zaplecze Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, który ma silną fizykę i informatykę stosowaną, a także ze względu na kosmiczne tradycje miasta – mówi Józefowicz. – Byłaby to duża atrakcja turystyczna o wielkim znaczeniu edukacyjnym. No i jedyny habitat marsjański w Europie. Baza – w przeciwieństwie do tych w Ameryce – byłaby otwarta dla zwiedzających, mogliby tam nawet zanocować. W ten sposób inwestycja zwróci się najszybciej. – Nie chodzi o wysokobudżetowy program kosmiczny. Chcemy tanio, na bazie grantów i funduszy unijnych doprowadzić do tego, by młodzi naukowcy nie musieli wyjeżdżać za granicę, żeby prowadzić badania nad nowymi technologiami – dodaje Meszyński. – Zależy nam na tym, żeby Polska nie była technologicznym zaściankiem. Wiadomo, wielkie badania przeprowadza się w poważnych laboratoriach w oparciu o uczelnie. Chcemy w nich uczestniczyć, choćby na małą skalę. Na uczelni często trudno się przebić z projektem. Na drodze stoją różne rady naukowe, no i inercja wielkiej instytucji. A do tego, gdy kończy się grant, wyniki nawet ciekawych badań lądują w szufladzie. My, zarówno jako Mars Society, jak i ABM Space Education, jesteśmy bardziej elastyczni. Do tego możemy korzystać ze środków unijnych nie tylko na działalność naukową, ale też technologiczną, edukacyjną czy turystyczną – emocjonuje się Józefowicz. – Jeśli uda nam się jeszcze pozyskać polskich inwestorów dla tych technologii, to być może uruchomimy lawinę. Panowie rozmawiali o swoich projektach m.in. z Simonem P. Wordenem, szefem Ames Research Center, jednego z najważniejszych centrów badawczych NASA (2,5 tys. pracowników i 800 mln dolarów budżetu).

– Warden był w Polsce na konferencji zorganizowanej przez Wojskowy Instytut Medycyny Lotniczej. Chcieliśmy się z nim spotkać w Warszawie, a on przyjechał do nas – opowiadają, pokazując zdjęcia z tego wydarzenia (zorganizowali spotkanie w jednej ze szkół i poprosili amerykańskiego naukowca o oficjalne otwarcie ich biura). – Był dla nas bardzo życzliwy.

Duch Krzemowej Doliny

Toruński projekt znany jest w środowisku naukowców. – Parę tygodni temu mieliśmy telekonferencję z dyrektorami z NASA, którzy są zainteresowani projektami Mars Society (u nich była 9 rano, w Polsce 6 po południu, a w Singapurze, gdzie akurat byłem, północ). Zobaczyliśmy, że podchodzą do tego bardzo poważnie i można liczyć na ich szeroką współpracę. Po wizycie w Toruniu podkreślali, że panuje u nas duch Krzemowej Doliny – opowiada prof. Włodzisław Duch z Katedry Informatyki Stosowanej UMK w Toruniu. Nie ukrywa, że i jemu projekt się podoba. – Wszelkie przedsięwzięcia związane z rozwiniętymi technologiami, które nie wymagają wielkich inwestycji, są cenne. W Polsce działa Centrum Badań w zakresie Astrobiologii i Dziedzin Pokrewnych (CASA), które z pewnością byłoby zainteresowane wykorzystaniem marsjańskiego habitatu do eksperymentów, np. badań możliwości uprawy roślin w warunkach słabego oświetlenia i marsjańskiej gleby. Przy współpracy z NASA Ames Intelligent Robotics Group zamierzamy rozwijać systemy sterujące łazikami i robotami, pracujące w sposób autonomiczny. NASA zainteresowana jest też rozwojem systemów podtrzymywania życia, np. pochłaniania dwutlenku węgla, które mogą znaleźć zastosowanie również w warunkach ziemskich. – Znam projekt. To są entuzjaści, ale przecież już nieraz właśnie entuzjaści popychali naukę do przodu. A naszej niedoinwestowanej nauce każda możliwość rozwoju jest potrzebna – mówi prof. Piotr Wolański, przewodniczący Komitetu Badań Kosmicznych i Satelitarnych PAN. Od razu jednak studzi... no właśnie, entuzjazm. – Pytanie brzmi, kiedy ta zabawa przerodzi się w naukę. Jak poważnie się tym zajmą, jak głęboko w to wejdą. To wymaga solidnej pracy. Na początku nie oczekiwałbym za dużo, ale życzę im wszystkiego najlepszego.

No to w kosmos!

– Wchodzicie w to?! – Wchodzimy! Pizzeria w Białymstoku. Nie było mnie przy stole przez chwilę, a tu takie zamieszanie. – Zaproponowałem chłopakom nowy projekt. Chcę się zwrócić do politechniki, żeby razem z nimi zbudować satelitę – Głażewski uśmiecha się szelmowsko. – Spokojnie, chodzi o satelitę typu cubesat. Jest to sześcian, zwykle ma litr pojemności i waży ok. 1 kg. Niemusi robić wielkich rzeczy – uspokaja, widząc moją minę. – Coś w sam raz dla studentów, pierwszy krok do technologii kosmicznych.

PS Ostatnio sporo się zmieniło w życiu niektórych bohaterów. 11 listopada przyszła na świat Julita, córka Emila. Wojtek Głażewski przysłał e-mail, w którym pisze m.in.: „To, że nie mam już z politechniką nic wspólnego, jest nieaktualne, bo od grudnia będę tam pracował przy budowie satelity. Z Akademickimi Inkubatorami Przedsiębiorczości nic nie wyszło, komisja nie poznała się na koncepcji, będę szukał finansowania w Białymstoku”. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MICHAŁ OLSZAŃSKI

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Z łazikiem na Marsa