Z niejednego pieca chleb

Robert Korzeniowski
27-03-2009, 00:00

Nie ma zaczarowanej diety, dzięki której zawodnicy stają się silniejsi albo szybsi. Odżywianie sportowca to życiowa — nie treningowa — konieczność. I sztuka. Bo nie istnieje uniwersalny model żywienia zawodników. Nawet tej samej konkurencji.

Nie ma czegoś takiego jak dieta maratończyka. Inne rzeczy będą jeść biegający maraton Azjaci, inne Amerykanie, a jeszcze inne — Afrykańczycy i Europejczycy. Byłem w szoku, widząc, jak się odżywiają Etiopczycy — ich podstawowy pokarm to kasza. Mięsa praktycznie nie widzą, warzyw też jedzą niewiele. I na tym biegają! Obserwowałem Meksykanów jedzących jabłko tuż przed zawodami, bo uważali, że to udrażnia jelita. Widziałem też, jak żywią się Azjaci, i wydawało mi się, że po takich posiłkach miałbym kłopoty z trawieniem…

Tyle jest szkół dobrego żywienia sportowego, ile kultur, a jednocześnie wszystko opiera się na tym, by lubić, co się je. Bo jedzenie powinno być kojarzone ze sferą psychiczną. Nie powinniśmy nawet mówić o żywieniu, lecz o kulturze kulinarnej. Zawsze będę pamiętał obiady z kolegami w centrach sportowych. Chodziliśmy tam nie tylko po to, by się posilić, ale żeby pogadać, spędzając przy stole godzinę albo więcej. Fast food — i mam tu na myśli nie tylko skład jedzenia — w sporcie jest czymś wysoce nagannym. Sport, również w sensie kulinarnym, powinien się opierać na harmonii, a nie tylko na wrzucaniu do organizmu tego, co słuszne ze względów biochemicznych, bądź rekomendowane przez mędrców od zdrowego żywienia.

Ważne, by sportowiec potrafił się odnaleźć ze swoją dietą w każdej strefie geograficznej i kulturowej. Pierogów ruskich nie znajdziemy w Tokio. W Polsce trudno zaś liczyć na dobre ryby i owoce morza. A tu jednak trzeba się dostosowywać, wpasować w otoczenie, w jakim trenujemy. Bo nie wyobrażam sobie, by zawodnik przebywający miesiąc w jakimś miejscu był w stanie nakłonić lokalnego kucharza do gotowania ściśle według jego przyzwyczajeń. Za to dania tradycyjne dla danego kraju będą świeże i dobrze zrobione. Warto więc wybrać coś, co nam pasuje, z lokalnego menu. I najlepsi tak robią. Zresztą, nie na darmo o ludziach doświadczonych — i to nie tylko w sporcie — mówi się, że z niejednego pieca chleb jedli. Te piece za każdym razem różnie wyglądają, chleb smakuje inaczej, ale trzeba go jeść i znaleźć przyjemność jedzenia chleba, który nie był pieczony w naszym piecu.

Zabieranie ze sobą kucharza ma sens tylko w przypadku sportów zespołowych i tylko na krótkie wyjazdy, np. na jeden mecz. Wtedy nie ma czasu na wsłuchiwanie się w kulturę kulinarną gospodarzy, a własny kucharz może pomóc zminimalizować szok wywołany zmianą klimatu. Tym bardziej że zespół to grupa, a wiadomo, że ludzie różnie adaptują się do nowych warunków. W takich sytuacjach własny kucharz zapewnia znany wszystkim standard. Na mistrzostwach świata czy igrzyskach olimpijskich taki standard gwarantują wyspecjalizowane firmy cateringowe. I tak, mimo całego bogactwa lokalnych kultur, za kuchnię podczas igrzysk w Barcelonie odpowiadali Francuzi, a w Pekinie — Amerykanie.

Z naszą kulturą kulinarną związany jest alkohol — piwo, wino i mocniejsze trunki. Trudno sobie wyobrazić, by na stałe towarzyszyły sportowcom, ale też nie ma potrzeby odmawiania sobie kieliszka wina do kolacji. Zresztą, przez długie lata trenowałem w wysokogórskim ośrodku we Francji, gdzie do posiłków podawano czerwone wino. Kto chciał, mógł się napić, a mimo to nie widziałem pijanych sportowców. Gorzej z trenerami, lubiącymi dłużej posiedzieć przy jedzeniu... Wspomnę też historię z Sydney. Byłem już na diecie przedstartowej, lecz na tydzień przed chodem na 20 km zapragnąłem — do znakomitej kolacji, jaką przyszło mi zjeść na deptaku w Brisbane — wypić kieliszek merlot. Zjadłem krewetki, wypiłem wino, a tydzień później zdobyłem złoty medal olimpijski na 20 km. Większość ludzi powie, że przed konkurencjami długodystansowymi należy jeść makarony i kaszę, bo tam są węglowodany. Owszem, tak. Ale pod warunkiem, że organizm nie zacznie się nagle domagać czegoś innego. Kiedyś na dzień przed chodem na 50 km zjadłem duży krwisty stek, bo uważałem, że był mi potrzebny. I był to jeden z bardziej komfortowych startów, jeśli chodzi o moje zapasy energetyczne.

Tuż przed startem — z reguły 2-3 dni — zaczyna się jednak nie tyle żywienie, co dostarczanie organizmowi produktów przemiany materii. Posiłki są niby normalne, ale pozbawione wszystkiego, co stanowi o ich kolorycie i smaku. Do tego dochodzą preparaty białkowe i węglowodanowe, bo z samych posiłków organizm nie jest w stanie zaabsorbować tyle energii, by wystarczyła na dzień ekstremalnego wysiłku, m.in. dlatego po zawodach zawodnicy są w stanie zadziwić dziennikarzy, jedząc rzeczy z czarnej listy niezdrowych produktów — frytki, golonkę czy tłustą pizzę. Nic im się nie stanie. Gorzej, jeśli jedliby golonkę codziennie, a frytki byłyby dodatkiem do każdego posiłku. Takie odreagowanie zdarza się też po wycofaniu się z czynnego uprawiania sportu. Znam ludzi, którzy przytyli kilkanaście lub więcej kilogramów niemal natychmiast po zakończeniu kariery. Pewne nawyki żywieniowe generalnie jednak zostają. Zasada, którą mogę polecić wszystkim, to nieobciążanie organizmu jednym obfitym posiłkiem, tylko równomierne rozłożenie jedzenia na cały dzień. l

Robert Korzeniowski: Sport, również w sensie kulinarnym, powinien opierać się na harmonii, a nie tylko na wrzucaniu do organizmu tego, co słuszne ze względów biochemicznych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Korzeniowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Z niejednego pieca chleb