Czytasz dzięki

Z podróży przywożę przyjaźnie

Robert Rybarczyk
opublikowano: 27-02-2020, 22:00

Nocna wspinaczka na szczyt wulkanu Erta Ale, wyprawa przez Spitsbergen ze strzelbą do obrony przed niedźwiedziami… Maciej Stańczuk, doradca ekonomiczny Konfederacji Lewiatan, opisuje swoje przygody na blogu thetravelingeconomist.com.

Przez 30 lat odwiedził 150 państw. W planach ma podróże do kolejnych — głównie tych najmniej znanych i dostępnych. Takich jak Liberia, w której już był.

Nietypowy bloger. Maciej Stańczuk odwiedził już 150 krajów i — jak wielu zapalonych podróżników — dzieli się zdjęciami i wrażeniami z wypraw na blogu. W odróżnieniu od innych autorów analizuje głównie zagadnienia gospodarcze, wykorzystując swoje doświadczenie zawodowe i życiowe.
Wyświetl galerię [1/9]

Nietypowy bloger. Maciej Stańczuk odwiedził już 150 krajów i — jak wielu zapalonych podróżników — dzieli się zdjęciami i wrażeniami z wypraw na blogu. W odróżnieniu od innych autorów analizuje głównie zagadnienia gospodarcze, wykorzystując swoje doświadczenie zawodowe i życiowe. Fot. Archiwum prywatne Maciej Stanczuk

— Kraj został doszczętnie zniszczony długotrwałą wojną domową — konflikt trwał z przerwami od 1989 do 2003 r. Monrowia to jedyna stolica na świecie bez sygnalizacji świetlnej, a kanalizacji wciąż nie odbudowano, choć wojna dawno się skończyła — mówi Maciej Stańczuk.

Wstyd dla świata

Bez zaufanego przewodnika turysta nie znajdzie w Monrowii miejsca, w którym można coś zjeść. Handel odbywa się na targach, sklepów praktycznie nie ma. Płaci się tylko gotówką, dolary amerykańskie są w powszechnym użyciu. Należy unikać spacerów po zmierzchu. Lepiej wstać o świcie i wykorzystać dzień, bo „to nie są bezpieczne miejsca”, jak mówi Maciej Stańczuk. Zaszokował go tragicznie niski standard życia Liberyjczyków. Chociaż przywódcy tego kraju są rozpoznawalni na świecie, więc uzyskanie pomocy rozwojowej od międzynarodowych instytucji nie powinno stanowić dla nich problemu — była prezydent Ellen Johnson-Sirleaf (2006-18) to szanowana noblistka, a obecny George Weah jest uważany za najlepszego piłkarza Afryki — w Liberii nie widać żadnych inwestycji infrastrukturalnych. Centrum Monrowii ze wspaniałymi niegdyś hotelami obróciło się w ruinę. Chodników brak. Częste deszcze zamieniają drogi w bajora, nikt ich nie remontuje, niektóre wciąż straszą dziurami po wybuchach bomb.

— Wygląda to wyjątkowo deprymująco. Wielki wstyd dla świata zachodniego, że nikt się tym krajem nie interesuje. Widzieliśmy bose dzieci, które na śmietniku w centrum miasta grały w piłkę nożną, omijając potłuczone szkło. Wszystko w fetorze gnijących odpadków, których nikt nie sprząta — wspomina Maciej Stańczuk.

Fascynujący kontynent

Doradca ekonomiczny Lewiatana — wcześniej m.in. wiceprezes i główny ekonomista Pracodawców RP i prezes Polimeksu-Mostostalu — studiował handel zagraniczny w warszawskiej Szkole Głównej Planowania i Statystyki (obecnie Szkoła Główna Handlowa). Włada pięcioma językami, co ułatwia mu komunikację i pozwala na interakcję z lokalnymi społecznościami. Pierwszym egzotycznym kierunkiem Macieja Stańczuka była Algieria, kraj dzieciństwa jego przyszłej żony.

— Afryka to kontynent, który najbardziej mnie inspiruje i fascynuje. Lubię nocować w domach poznanych tam rodzin, rozmawiać z gospodarzami. Zależy mi, by moje dzieci mogły się przekonać, że problemy cywilizacji zachodniej są niczym w porównaniu z codzienną walką o przeżycie w najbiedniejszych zakątkach świata. W wyprawach do egzotycznych miejsc towarzyszy mi najmłodszy syn, który podziela moje zainteresowanie podróżami w trudnych, nieturystycznych warunkach. Zwykle nie planujemy noclegów, zatrzymujemy się u przyjaznych, gościnnych rodzin bądź w misjach chrześcijańskich — twierdzi podróżnik.

Wspomina wspinaczkę w 50-stopniowym upale na wulkan Erta Ale w Etiopii. Szczyt wypluwający lawę wznosi się na Pustyni Danakilskiej, jednym z najmniej gościnnych miejsc na ziemi.

— Sam nie wiem, jak dałem radę... Po pierwsze, trudno się tam dostać. Z Addis Abeby dolecieliśmy samolotem do Mekele, potem czekała nas wielogodzinna podróż jeepem po pustyni. Nikt sam się tam nie zapuszcza, to zbyt niebezpieczne. Potrzebna jest ochrona wojska, gdyż teren znajduje się blisko granicy z Erytreą, z którą Etiopia była wówczas w stanie wojny. Etiopczycy sprawnie wszystko organizują, łącznie z posiłkiem na szczycie wulkanu i spaniem pod gołym niebem — mówi Maciej Stańczuk.

Wspinaczka na szczyt wulkanu trwała siedem godzin. Zaczęła się o godz. 17, wcześniej nie można ze względu na upał. Co prawda bagaże niosły wielbłądy, lecz każdy turysta sam musiał dźwigać butelki z wodą. Pięć litrów znikło szybko…

— Upał był wielki, ale trudno powiedzieć, jaka temperatura, bo wskaźniki zatrzymały się na 50 stopniach. Mimo skwaru wytrzymaliśmy, gdyż klimat jest skrajnie suchy. Trzeba jednak bardzo uważać, kilka osób dostało udaru słonecznego i musiały zawrócić na wielbłądach do samochodów. Organizm w takich warunkach inaczej się zachowuje, człowiek się nie poci. Bardzo ciężko się oddycha, ale widok krateru z gorącą lawą w nocy i wschód słońca na wulkanie rekompensują wszystko. Dla takich chwil naprawdę warto żyć. Trudno uwierzyć, że w takich warunkach mieszkają ludzie. Afarowie są nomadami, ale w jakiś niewyobrażalny dla mnie sposób funkcjonują na pustyni — dzieli się wrażeniami Maciej Stańczuk.

Kiedy zwiedza Afrykę, zwykle wynajmuje poleconego przewodnika, który dysponuje jeepem. Taka osoba wie, gdzie można się zatrzymać przed zmrokiem i za niewielkie pieniądze zjeść kolację. Na przykład w Burkina Faso gościny udzieliła im rodzina katolicka, lecz… dość osobliwa. Nad stołem wisiała kapliczka z portretem papieża Jana Pawła II, który konsekrował katedrę w Bobo-Dioulasso, a podróżnik zasiadł między dwiema żonami gospodarza. Panie były ze sobą w dobrych relacjach. Ponoć, jeśli go stać, katolik w tym kraju może mieć kilka żon. Maciej Stańczuk twierdzi, że koszty afrykańskich wypraw nie są duże, 15-20 dolarów wystarczy, by domknąć dzienny budżet. Dochodzi do tego wynagrodzenie dla przewodnika kierowcy.

— Mimo biedy w Liberii i Sierra Leone nie miałem problemów z łapówkami. Ludzie są przyjaźni i mają swoją godność. Ale Gwinea to zupełnie inny świat. Sprawdzanie na checkpointach trwa długo. U nas żołnierz doszukał się niewyraźnej daty wizy wystawionej przez ambasadę Gwinei w Berlinie. Przez kilka godzin nie udało się nam osiągnąć porozumienia. Zażądał od nas 200 euro pod groźbą spędzenia dwóch dni w areszcie. W potwornym upale musiałem ustąpić i zgodzić się na 100 euro. To dużo nawet na warunki gwinejskie. Następnego dnia popłynęliśmy łódką na rajskie wyspy, z dala od zgiełku i smrodu palonych wszędzie śmieci — wspomina ekonomista.

1646e18c-8c31-11e9-bc42-526af7764f64
Puls Biznesu po godzinach
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
Puls Biznesu po godzinach
autor: Marcin Goralewski
Wysyłany raz w tygodniu
Marcin Goralewski
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Pół roku bez słońca

Był także na leżącej niemal 8 tys. kilometrów od Gwinei największej wyspie Norwegii. Na Spitsbergen leci się rejsowym samolotem, lot z Oslo trwa około 3,5 godziny. Na miejscu trzeba się poruszać albo w grupach, których przewodnik jest wyposażony w strzelbę, albo wypożyczyć sobie broń. Zdarzają się bowiem ataki głodnych niedźwiedzi, ale — jak mówi podróżnik — niezbyt często. Wycieczki można robić przez całą dobę, a siedmiogodzinny trekking ze wspinaczką rozpocząć nawet o północy — jest jasno jak w dzień.

— Za to Grenlandia jest zupełnie inna i mniej cywilizowana. Byliśmy na północy wyspy w Ittoqqortoormiit nad największą na świecie zatoką Sundby, która przez większą część roku jest zamarznięta — mówi Maciej Stańczuk.

Awionetki latają z Rejkjaviku tylko przy dobrej pogodzie. Do Ittoqqortoormiit dolecieli helikopterem. Mieli przewodnika, Islandczyka, który tam mieszka na stałe, zatrzymali się w jego domku. Poruszali się skuterami śnieżnymi. Przy temperaturze minus pięć stopni w maju, kiedy jedzie się skuterem z prędkością 70 km/godz., temperatura odczuwalna wynosi -40 stopni.

— Przez pół roku na Grenlandii nie widać słońca, bo jest noc polarna. W takich warunkach sporo osób choruje na depresję, a liczba samobójstw jest największa na świecie. Inuici lubią pić alkohol, ale ich organizmy nie są w stanie go trawić, dlatego po jednym piwie mają już dosyć — twierdzi doradca Lewiatana.

Podróże okiem ekonomisty

Maciej Stańczuk postanowił swoje przygody i spostrzeżenia opisywać na blogu. Jest nietypowy, bo każdy wpis przypomina analizę gospodarczą odwiedzonego kraju przeprowadzoną przez eksperta. Zresztą sam autor zaprasza na swojej stronie na „Podróże okiem ekonomisty”. Na przykład o wyprawie do Libanu napisał tak: „Udało się zrealizować plan odbudowy centrum Bejrutu, co miało symboliczne znaczenie dla odzyskania suwerenności kraju i powrotu inwestorów prywatnych ze świata arabskiego. Rekonstrukcja 160 ha w centrum miasta robi wrażenie, aczkolwiek spółka Solidere, która realizowała ten projekt, została oskarżona o gigantyczne malwersacje środków publicznych oraz wywłaszczanie właścicieli prywatnych tych terenów po cenie znacznie poniżej ich realnej wartości. Wojna domowa doprowadziła do upadku tradycyjnie silnej libańskiej klasy średniej. Bejrut stracił też pozycję centrum finansowego Bliskiego Wschodu, przede wszystkim na rzecz Dubaju”.

— Blog rzeczywiście nie jest typowy. Nie skupiam się na opisywaniu hoteli i atrakcji turystycznych i kulinarnych, bo o nich można przeczytać na tysiącach blogów. Działam w gospodarce od ponad 30 lat, ostatnio specjalizuję się w trudnych projektach restrukturyzacyjnych. Prowadzę na blogu analizy gospodarczo-polityczne, wykorzystując swoje doświadczenie zawodowe i życiowe. Myślę, że takiego spojrzenia na zagranicę nie mamy dużo — uważa podróżnik.

Blog jest… prezentem pod choinkę od córki, która go założyła.

— Odpaliłem go zaledwie przed miesiącem, zachęcony dotychczasowymi pozytywnymi komentarzami moich wypraw na Facebooku. Jest już kilkaset wejść. To chyba nieźle jak na początek. Na razie nie myślę o zarabianiu. Z tego, co wiem, takim punktem rentowności jest kilkaset tysięcy wejść. Wpisy na moim blogu komentują ludzie interesujący się polityką międzynarodową, ale przede wszystkim oceniane są zdjęcia. Jest to jednak dopiero początek — zaznacza Maciej Stańczuk.

Ze względu na pracę wyjeżdża z reguły na dwutygodniowe wyprawy. Przywozi z nich przede wszystkim wspomnienia, przyjaźnie, zdjęcia i filmy, bo od lat ma zakaz zwożenia do domu kolejnych gadżetów.

— Trudno powiedzieć, ile te wyjazdy kosztowały. Pewnie dużo, ale są warte więcej niż kolejne mieszkania, samochody czy wakacje na Seszelach, aczkolwiek te polecam. W moim świecie wartości są bezcenne — twierdzi Maciej Stańczuk.

W planach na ten rok ma kolejną wyprawę do Afryki. Tym razem do czterech krajów: Rwandy, Ugandy, Konga i Burundi ze wspinaczką na wulkan Nyiragongo.

— Rwanda uchodzi za kraj sukcesu gospodarczego, co mnie szczególnie interesuje w kontekście ludobójstwa sprzed zaledwie ćwierć wieku. W innych krajach jest już gorzej i ciekawy jestem, czym mnie zaskoczą. Planuję też kolejny wyjazd do Ameryki Południowej. Tym razem do Chile i na Wyspę Wielkanocną. Najbogatszy kraj kontynentu przeżywa ostatnio trudny okres niepokojów społecznych, będę się starał zrozumieć i opisać, co rzeczywiście tam się stało. W drodze powrotnej zamierzamy odwiedzić winnice w Mendozie w Argentynie. W końcu musi być też coś dla ciała — zapowiada podróżnik.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Rybarczyk

Polecane