Z widokiem na parkiet

Kamil Kosiński
11-06-2008, 00:00

Robią okna jak ojciec. Ale nie takie jak on. Najnowocześniejsze i na najnowocześniejszych maszynach.

Pańskie oko konia tuczy. Z tego założenia wychodzą bracia Tadeusz i Roman Andrzejakowie, którzy stworzyli i wraz z rodzinami kontrolują spółkę Pozbud T&R, która dziś debiutuje na giełdzie. Rzadko kiedy żadnego z nich nie ma w firmie.

— W zasadzie nigdy obaj nie wyjeżdżamy. Oczywiście jak mus to mus, ale takich dni w roku jest bardzo mało. Z reguły któryś z nas jest na miejscu i wszystkiego osobiście dogląda — podkreśla Tadeusz Andrzejak, prezes spółki.

Strategia daje wyniki. W 2004 r. przedsiębiorstwo miało zaledwie 8,3 mln zł przychodów i 40 tys. zł zysku netto. W ubiegłym wartości te wyniosły odpowiednio 26,4 mln zł i 2,8 mln zł. W 2009 r. producent stolarki otworowej zamierza osiągnąć 70,4 mln zł sprzedaży, która przyniesie 6,8 mln zł czystego zysku.

W symbiozie z państwem

Na realizację zamówienia w Pozbudzie T&R czeka się od 5 do 6 tygodni. Kiedy w latach 80. obaj bracia zdobywali pierwsze zawodowe doświadczenia, terminując w zakładzie stolarskim ojca, klient musiał się umawiać z dwu-, trzyletnim wyprzedzeniem.

— Teraz najgorzej mają ludzie odpowiedzialni za sprzedaż. Ci z zaopatrzenia mają bardzo łatwo. Wtedy było odwrotnie. Gdy ojciec pracował w zakładzie, matka jeździła załatwiać okucia. Bo wówczas się nie kupowało, tylko załatwiało. Zakup drewna w Lasach Państwowych był kompletną abstrakcją — wspomina Tadeusz Andrzejak.

Kiedy się usamodzielnił, dla ominięcia problemów zaopatrzeniowych, przyłączył się nawet do Gminnej Spółdzielni w Dopiewie. Prowadził zakład na ryczałt spółdzielczy.

— Była taka forma rozrachunku. Najpierw zakładało się własną działalność gospodarczą. Potem podpisywało się umowę z geesem i z właściciela stawało się kierownikiem zakładu działającego pod szyldem firmy państwowej, co dawało przewagę przy składaniu zamówień na materiały — opowiada Tadeusz Andrzejak.

Niejedyny to moment, gdy losy stolarskiego biznesu krzyżowały się z organizmami państwowymi. Firma uczestniczyła w postępowaniach przetargowych prowadzonych przez Zarząd Komunalnych Zasobów Lokalowych (ZKZL), będący zakładem budżetowym miasta Poznania. W grudniu 2006 r. uzyskała dzięki temu zamówienie na 550 tys. zł, w sierpniu 2007 r. na 921 tys. zł, a w marcu 2007 r. na 1,1 mln zł. Wartość dwóch pierwszych nie przekroczyła 3,5 proc. rocznych przychodów firmy z roku podpisania umowy, ale od 2000 r. kierownikiem działu finansowego ZKZL był Bogdan Kasprzyk. Ten sam, który w sierpniu 2007 r. objął niespełna 4 proc. udziałów stolarskiej spółki, obecnie jest jej wiceprezesem, a między czerwcem a lipcem zasiadał w jej radzie nadzorczej. Zasiada także w radzie nadzorczej Inwest Consultingu, który przed emisją miał ponad 9 proc. akcji Pozbudu T&R.

— Pracując w ZKZL na stanowisku kierownika działu finansowego, nie miałem wpływu na postępowania przetargowe. Do rady nadzorczej, a następnie zarządu Pozbudu T&R trafiłem z rekomendacji Inwest Consultingu, jako osoba odpowiedzialna za relacje inwestorskie. W Pozbudzie T&R nie pobierałem wynagrodzenia do końca maja 2008 r., czyli do zakończenia pracy w ZKZL — komentuje Bogdan Kasprzyk.

Pierwszą unię personalną z państwem twórcy Pozbudu T&R zakończyli zaraz po rozpoczęciu zmian ustrojowych w Polsce. Państwowe fabryki, które dotychczas zbywały ich zamówienia na obrabiarki, odkopywały je gdzieś w swoich archiwach i same zgłaszały się z chęcią ich wykonania. Wcześniej nie pomagał nawet mariaż z geesem. Tadeusz musiał niektóre obrabiarki robić sam, bo oczekiwanie na realizację zamówienia w fabrykach w Jarocinie lub w Gorzowie Wielkopolskim trwało latami.

— Jak składałem zamówienie, to odpowiadali, że przyjmują, ale nie gwarantują żadnego terminu realizacji. Można było czekać 15 lat i maszyny nie dostać. W naszym rodzinnym zakładzie nie gwarantowaliśmy co prawda ceny, ale klient wiedział, że za dwa, trzy lata zrobimy to, czego oczekuje — podkreśla Tadeusz Andrzejak.

Wtedy mieli dwa warsztaty. Dopiero na przełomie XX i XXI wieku połączyli siły.

— Ojciec myślał, że nie potrafimy zgodnie współpracować i pojawią się między nami konflikty, jakie często w rodzinach występują, więc pomógł każdemu z nas stworzyć niezależny zakład. A my akurat doskonale się dogadujemy i połączyliśmy firmy — wyjaśnia Roman Andrzejak, wiceprezes spółki.

Czas wielkich zmian

Wcześniej — jeszcze osobno — przetrwali z bratem najtrudniejszy okres dla producentów drewnianej stolarki otworowej. Chodzi o lata 1989-1991. Wraz z otwarciem granic preferencje nabywców okien radykalnie się zmieniły. Zapragnęli okien z PCV. Nikt nie chciał kupować produkowanych w Polsce okien typu skrzynkowego — mających po dwa skrzydła (zewnętrzne i wewnętrzne), a w każdym po jednej szybie. Aby utrzymać się na rynku, w 1992 r. Roman pojechał do Niemiec i kupił tam nowoczesne okno drewniane. Rozebrali je z bratem na części i zaczęli zgłębiać konstrukcję. Wrażenie było piorunujące.

— Mnie w szkole nie uczono, że aby się nie wypaczało, okno drewniane musi być zrobione z drewna klejonego. Żaden technolog tego nie wiedział. Dopiero po 1990 r. ta wiedza przyszła do nas z Zachodu — komentuje Roman Andrzejak, który w przeciwieństwie do brata arkana stolarstwa zgłębiał również w szkole.

Uruchomili produkcję tzw. ramiaków klejonych. W tej technologii produkuje się dzisiaj w Polsce właściwie wszystkie okna drewniane. Wtedy była to nowość, na którą mogli sobie pozwolić tylko najbogatsi.

— Garnitur okuć kosztował 30 marek niemieckich, a ludzie w Polsce zarabiali około 40 miesięcznie — przypomina Tadeusz Andrzejak.

— Dziś mamy w fabryce magazyn okuć. Ale wtedy nie było nas stać, by kupować na zapas. Jeśli więc ktoś zamówił dziesięć okien, to dopiero jechaliśmy kupić tyle okuć — dodaje Roman Andrzejak.

Potem zautomatyzowali produkcję. W 1995 r. kupili pierwszą maszynę niemieckiej firmy Weinig. Tej samej, której najnowocześniejsza linia produkcyjna była głównym celem przeprowadzonej oferty publicznej.

— Weinig to takie ferrari wśród maszyn do drewna. A czym lepiej jeździć, używanym ferrari czy nowym fiatem — pyta retorycznie Roman Andrzejak.

I dodaje, że po uruchomieniu nowej linii technologicznej koszty stałe wytworzenia metra kwadratowego stolarki okiennej przez Pozbud T&R spadną o 40 proc. Czy zatem kurs akcji spółki pomknie z szybkością ferrari? No i w którą stronę? Od dziś każdy może to sprawdzać osobiście. n

Potrzeba matką wynalazków

Starszy z braci Andrzejaków nie lubił zawodu stolarza — w dzieciństwie dość się napatrzył na ciężką pracę ojca. Jako nastolatek pomagał mu w warsztacie, ale kształcił się w zawodzie mechanika precyzyjnego. Okazało się, że zdobyte wtedy umiejętności pomogły mu w zakładzie stolarskim. W halach Pozbudu T&R po dziś dzień stoi sprawna piła tarczowa, którą skonstruował w latach 80. Ponieważ nie mógł ich normalnie kupić, budował też inne maszyny — dwie frezarki dolnowrzecionowe i szlifierkę tarczową. Jego młodszy brat też ma na koncie samodzielnie złożoną konstrukcję mechaniczną. To mały fiat. Złożył go z kupionych osobno części, bo mimo chęci i pieniędzy, w komunistycznej Polsce nie mógł go normalnie kupić.

Dąb jest w cenie

Choć Pozbud T&R jest firmą rdzennie polską, okna produkuje głównie z drewna egzotycznego. Takie zamówienia stanowią 90 proc. sprzedaży. Sosna i dąb to zaledwie 10 proc. zamówień. I nie jest to tylko kwestia upodobań estetycznych nabywców. Metr bieżący egzotycznej kantówki kosztuje od 16 do 20 zł, dobrej jakościowo dębiny — od 40 do 60 zł.

Emisja w liczbach

7 mln akcji Tyle spółka chciała sprzedać w ofercie publicznej.

5,6 mln walorów Taki pakiet zdecydowali się objąć nowi inwestorzy.

2,4 zł Tyle zapłacili za każdą akcję. Była to dolna granica widełek cenowych. Górna sięgała 3,2 zł.

Operowa chluba Wielkopolski

Luboński producent dostarcza stolarkę nie tylko inwestorom prywatnym. Realizuje też zamówienia nietypowe związane z budynkami użyteczności publicznej. Okna Pozbudu T&R trafiły m.in. do poznańskiego Teatru Wielkiego. Zainaugurował on działalność ostatniego dnia sierpnia 1919 r. wystawieniem „Halki” Stanisława Moniuszki, którego imię nosi obecnie scena. Jej szefem od 1995 r. jest Sławomir Pietras, specjalista od opery. Bo choć początkowo scena służyła również dramatowi, a w działalności artystycznej nie zabrakło miejsca na koncerty symfoniczne z udziałem wybitnych solistów instrumentalistów, to właśnie dzięki operze i baletowi teatr szybko stał się jedną z najważniejszych scen muzycznych kraju.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Z widokiem na parkiet