Zarządzanie galerią to ciągłe szukanie lepszych rozwiązań

  • Marta Sieliwierstow
opublikowano: 29-01-2013, 00:00

O tym, jak się ratuje nieudany projekt i wyciąga centrum handlowe z dołka, opowiada Yoram Reshef, dyrektor generalny Blue City

Budowę centrum handlowego Blue City przy Al. Jerozolimskich w Warszawie rozpoczął turecki inwestor w 2003 r. Inwestor bardzo niezdecydowany, który co chwila zmieniał wizję. W rezultacie powstało centrum o rzadko spotykanej liczbie kondygnacji, z wysokim atrium i gigantycznej, widocznej z daleka szklanej kopule. Słynne stały się już szerokie, ślepo zakończone korytarze, w których gubili się klienci. Obecnemu właścicielowi, który przejął centrum w trakcie budowy, firmie Singspiel Investeringen, z powierzchni korytarzy udało się odzyskać aż 6 tys. mkw. na sklepy, punkty usługowe i restauracje.

Zobacz więcej

W porównaniu z trudnymi początkami Blue City teraz jest o wiele łatwiej. Najemcy chcą u nas być. Jeszcze kilka lat temu było zupełnie inaczej — mówi Yoram Reshef, dyrektor generalny Blue City. [FOT. GK]

Początki Blue City były bardzo trudne. Co sprawiło, że centrum odżyło?

Jest kilka czynników, dzięki którym udało się nam ożywić centrum. Muszę zacząć od naszych udziałowców. Byli bardzo cierpliwi, wierzyli, że uda się nam wyprowadzić centrum na prostą, od początku pozostawili nam całkowitą swobodę działania. Drugim elementem byli i są nasi pracownicy. Zaczynaliśmy od stu osób, teraz jest nas niewiele ponad 20. Większość usług, m.in. ochronę i sprzątanie, zleciliśmy firmom zewnętrznym, które się na tym znają. Dzięki temu możemy się skupić na najważniejszym, czyli na przyciągnięciu do centrum klientów. Ważni są również najemcy, którzy nam zaufali i byli z nami przy ważnych decyzjach. Wszyscy zainwestowali swoje pieniądze, otwierali sklepy, żeby zarabiać, a na początku obroty nie były zbyt wysokie. Byli jednak cierpliwi i sądzę, że to się nam wszystkim opłaciło. Myślę też, że wiele dała nasza postawa, to, że zawsze mogli do nas przyjść i porozmawiać, u mnie w gabinecie drzwi były dla nich zawsze otwarte i tak pozostało.

Ilu najemców jest w centrum od początku?

Na początku roku, po pięciu latach, będziemy odnawiać umowy z około 70 najemcami, a mamy ich prawie 200. Jednym z największych komplementów jest dla nas powrót marek, które odeszły, kiedy nadeszły gorsze czasy. Oczywiście czuję się bardziej zobowiązany wobec tych, które są tu od początku i przeżyły z nami gorsze i lepsze chwile. Teraz jest bardzo łatwo przyjść i powiedzieć, że chce się wynająć powierzchnię handlową, ale jeśli na tym miejscu jest sklep, który działa w centrum od początku jego istnienia i chce odnowić umowę na tych samych warunkach, to on ma pierwszeństwo. W ostatnich latach mieliśmy sporą rotację najemców, z czego byliśmy bardzo zadowoleni.

Spowodowało ją np. pojawienie się TK Maxx, za którym przyszłe inne sklepy z branży modowo-odzieżowej. Dzisiaj wiemy, że do szczęścia brakuje nam jedynie dwóch marek — jedna to restauracja, a druga bardzo znana marka odzieżowa. Chcemy je przyciągnąć najpóźniej w 2014 r. Nie podpisaliśmy jeszcze umów, ale jesteśmy już blisko.

Jak się układają relacje z najemcami?

W porównaniu z trudnymi początkami teraz jest o wiele łatwiej. Najemcy chcą u nas być. Jeszcze kilka lat temu było zupełnie inaczej. Wiedzieliśmy na przykład, że potrzebujemy marki Zara. Nie chciała się na to zgodzić lokalna dyrekcja. Nie pozostało nam nic innego, jak wsiąść w samolot i polecieć do centrali w Hiszpanii. Wróciliśmy z podpisaną umową. Rzadko przedstawiciel centrum aż tak bardzo zabiega o najemcę. Kolejnym przykładem jest sieć z zabawkami Toys”R”Us, która szukała dużej powierzchni na pierwszy sklep w Polsce. Zdecydowaliśmy, że zrobimy wszystko, by w krótkim czasie znaleźć dla niej miejsce. Wymagało to zmienienia lokalizacji aż 13 sklepów, ale się udało.

Jak przekonaliście firmy, że centrum, z którego uciekali najemcy, teraz pozwoli im zarobić?

Położyłem na szali całe swoje doświadczenie i dorobek zawodowy, m.in. z czasu kiedy budowałem Galerię Mokotów. Tam też były ciężkie czasy, tylko teraz nikt tego nie pamięta. Po otwarciu zbuntowali się najemcy, bo większość nie wiedziała, jak prowadzić biznes w centrum handlowym. Myśleli, że wystarczy otworzyć sklep, a on sam na siebie zarobi. Ja mogę przyciągnąć klientów do centrum, ale nie zagwarantuję, że wejdą do konkretnego sklepu — to już rola właściciela. Dlatego zdarzają się również u nas bankructwa sklepów. Przekonanie najemców o wartości, jaką ma dla nich Blue City, to był długi proces. Zrozumieliśmy, że same sklepy nie wystarczą, by ludzie przyszli do centrum. Wiedzieliśmy, że musimy wykorzystać górne piętra i poczyniliśmy dodatkowe inwestycje, np. Inca Play, gdzie miesięcznie odbywa się około 200 imprez urodzinowych dla dzieci. U nas pojawił się pierwszy klub fitness sieci Jatomi Pure. Jako pierwsi otworzyliśmy też korty do squasha w centrum handlowym. Na poziomie +3 mamy tor kartingowy. Nie zawsze wszystkie pomysły i inwestycje są trafne. Raz się udaje, innym razem nie, ale zawsze trzeba próbować dać komuś szansę.

Co było momentem przełomowym w rozwoju centrum?

Jednym z najważniejszych wydarzeń było zagospodarowanie wolnej powierzchni na biura. Na początku miał być tu hotel, mieliśmy nawet podpisaną umowę z hiszpańską siecią Barcelo. Okazało się, że biura będą lepszym rozwiązaniem. Codziennie przebywa w nich dużo więcej ludzi, niż byłoby w hotelu. Biura zajmują 33 tys. mkw. i są w całości wynajęte. To nam daje 3 tys. osób, które codziennie odwiedzają restauracje, robią zakupy i korzystają z usług dostępnych w centrum. Liczymy, że miasto w końcu doprowadzi linię tramwajową do Dworca Zachodniego, co z pewnością znacznie zwiększy ruch nie tylko u nas, ale i w konkurencyjnym centrum handlowym Reduta.

Jaki jest poziom pustostanów?

Czasy dla naszego centrum są tak dobre, że nie mamy już miejsca dla najemców, którzy kiedyś nie chcieli być u nas, a teraz pytają o wolną powierzchnię. Mamy jedynie trzy wolne lokale, na które już są chętni.

Jakie macie plany?

W przyszłym roku zrobimy prawdziwą rewolucję — najprawdopodobniej odnowimy i przeniesiemy food court piętro wyżej. Teraz znajduje się w strategicznym miejscu, przy głównym wejściu na największy parking. Z naszego punktu widzenia jest to strata pieniędzy, ponieważ ludzie przychodzą do food courtu niezależnie od tego, na którym piętrze się mieści. We wszystkich restauracjach, poza Mc Donald’s, będą szklane talerze, pojawią się też nowe restauracje. Myślę, że otwarcie nastąpi w pierwszych miesiącach 2014 r. Planujemy także budowę kolejnych biur, kupiliśmy już działkę, na której może stanąć 4-5 biurowców.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marta Sieliwierstow

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu