Zgadnij, gdzie jestem?

Jacek Konikowski
16-04-2009, 00:00

Znajomi "Rozesa" żartują, że gdy muszą,

wcale go nie szukają. Oni go lokalizują.

On sam odnalazł się po latach w spółce AutoGuard.

pójrzcie na tego faceta: Czy wygląda jak zlepek układów scalonych, różniczek i półprzewodników? Czy nosi okulary o szkłach grubych jak lód na Grenlandii? Czy jego garnitur przypomina pokrowiec na komputer Odra 1001? Nie, choć umysł ma tęgi niczym silnik Vipera. Lub komputer Cray.

Zero przypadku

Przyszłość studenta elektroniki Politechniki Warszawskiej jest jak wiązka promieni puszczonych przez światłowód.

— Trafiłem do Instytutu Automatyki, gdzie zaczęła się moja przygoda z nowoczesnymi technologiami — wspomina Robert Rozesłaniec.

Czyli?

— To były czasy, gdy zaczynał raczkować internet. Już był w akademickich pracowniach, już zaczynało się przesyłać pierwsze pliki, korzystać z IRC. Można było połączyć się z siecią i zajrzeć do zasobów elektronicznej biblioteki. Komputer, wtedy pierwszy pecet AT lub XT, kosztował kilka średnich krajowych pensji. Jednym z naszych pierwszych osiągnięć było połączenie mojego akademika nad Rivierą z wydziałem tuż za rondem Jazdy Polskiej — wspomina dawny student Rozesłaniec.

To był również ten czas, kiedy do Polski zaczynały wchodzić pierwsze zachodnie koncerny, m.in.: IBM, Cisco i HP, a wraz z nimi krótkie, proste zlecenia a to na konfigurację urządzeń, a to na inne mniej skomplikowane prace — źródło pierwszych pieniędzy Rozesłańca.

Choć jeszcze nie wyzwań. Te pojawiły się tuż po studiach.

— Gdy już jako absolwent trafiłem do Centralnego Ośrodka Informatyki przy Politechnice Warszawskiej, czułem się, jakbym złapał Pana Boga za nogi, bo zajmowałem się administracją najnowocześniejszego wtedy w Polsce i jedynego superkomputera Cray — wspomina Rozesłaniec.

Ponad 60 procesorów, przerażające ilości terabajtów pamięci dyskowej, 3 miliony operacji na sekundę…

— Craya wykorzystywaliśmy do robienia obliczeń na zlecenia różnych firm i instytucji, np.: symulacje obliczeń dla fali powodziowej na Wiśle. Najciekawsze były obliczenia wykorzystane później do projektowania foteli lotniczych w boeingach. Robiliśmy analizę odkształceń kręgosłupa. Zbudowaliśmy model matematyczny kręgosłupa i fotela. Po czym puściliśmy cykl symulacji siedzenia człowieka non stop w fotelu przez 20 lat — wspomina Rozesłaniec.

Rok 1995 przyniósł pierwszy kontakt z biznesem. Jeszcze nieśmiały i teoretyczny: prowadzenie laboratorium informatyki w szkole biznesu przy PW. Na jakiś czas związał się również z HP, gdzie realizował ciekawy i rewolucyjny jak na owe czasy projekt.

— Budowaliśmy sieć komputerową dla Polskiego Banku Inwestycyjnego. To był bodajże jeden z pierwszych takich projektów połączenia wszystkich oddziałów banku PBI w jedną sieć. To wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, było coś! Cała sieć oparta była na urządzeniach IP, na routerach aktywnych, bezprzewodowych liniach transmisyjnych z antenami kierunkowymi, tu i tam łączność satelitarna. Sporo nowoczesnych technologii — mówi Rozesłaniec.

Czujecie już, w jakim kierunku podążała kariera naszego bohatera? Pewnego razu zadzwonił kolega ze studiów. Namawiał: Holding Sobiesława Zasady rozwija departament informatyczny. Przyjdziesz?

— Byłem ciekaw, jak informatyka "pracuje" w fabrykach. W takim Jelczu czy Starze. Przyszedłem więc — mówi Rozesłaniec.

Mimo że ciekawszych dla informatyka ofert pewnie znalazłby wiele. Ale niekoniecznie równie intratnych. A informatyk musi umieć liczyć. I tak Robert Rozesłaniec rozstał się ze światem akademicko-uczelnianym, odkrywając nowy. Świat przemysłu i biznesu. Przez wielkie "P" i duże "B". Choć na początku był…

Niesmak i drobnica

Pierwsze tygodnie pracy w holdingu Zasady i pierwsze refleksje: co ja tu do licha robię?

Bo dotychczas Rozesłaniec robił rzeczy ambitne i wielkie. A tu, na co dzień problemy wydawałoby się banalne.

— Początkowo czułem pewien niesmak i zawód, bo dotychczas robiłem fajne, skomplikowane rzeczy, a tu nie było nawet internetu i e-maila. Ale tak było przez moment, bo zaczęły pojawiać się pomysły, wyzwania. I zmiany. Zaczęliśmy od wprowadzenia internetu. Z chwilą podziału na biuro informatyki i biuro systemów informatycznych coś się zaczęło dziać. W tym drugim pojawiły się systemy CADcamowskie, potężny system do projektowania wszystkich elementów pojazdu w jelczu — wspomina Rozesłaniec.

W tym czasie Sobiesław Zasada oprócz produkcji jelcza i autosana prowadził przedstawicielstwo mercedesa na Polskę. I montownię dostawczych Mercedesów w Głownie pod Łodzią.

Na warszawskiej Pradze, tam gdzie dzisiaj swoją siedzibę i magazyn ma sklep internetowy Frisko.pl należący również do Grupy Zasada, był centralny magazyn części do Mercedesa. Wszystko wymagało systemów informatycznych.

— Później brałem udział w przygotowaniu projektu uruchomienia w Polsce montowni samochodów Hyundai pod szyldem Grupy Zasada, w Głownie. Zmontowano pierwszych tysiąc — mówi Rozesłaniec.

Tam, gdzie niegdyś montowano mercedesy, miała powstać fabryka Hyundaia. Nie powstała. W 1997 narodził się pomysł, żeby spróbować zrobić coś z zakresu LBS — location base services. W Grupie Zasada powstała wtedy spółka joint venture z Kanadyjczykami. Cel był jeden: przygotować usługę ochrony na bazie rozwiązań trackingowych z użyciem systemu GPS. Spółka z Kanadyjczykami nie wypaliła. Z różnych powodów. A może po prostu za wcześnie było na takie szaleństwa. Wtedy Rozesłaniec postawił wszystko na jedną kartę.

Porażka zamieniona w sukces

W ramach Grupy Zasada było biuro ubezpieczeń komunikacyjnych, swego czasu największy agent ubezpieczeniowy w Polsce, oraz jedna z pierwszych w Polsce firm leasingowych. Jedna była klientem drugiej.

— Pomyślałem wtedy, a co by było, gdyby połączyć technologię z ubezpieczeniami i stworzyć pudełko z gotowym systemem ochrony przeciwkradzieżowej, którego posiadacz otrzymywałby od firmy ubezpieczeniowej poważną zniżkę. I poszedłem w tym kierunku — mówi Rozesłaniec.

Tyle że wtedy mało kto jeszcze wiedział, co to jest GPS, nie mówiąc już o korzystaniu z niego. Przecież dopiero w 1998 roku system ten z koszar trafił na ulice i do sklepów. Telefonia komórkowa też dopiero raczkowała. O istnieniu transmisji pakietowej i bezprzewodowych połączeniach wiedzieli tylko "jajogłowi".

— Od strony technologicznej trzeba było wycisnąć siódme poty, żeby przygotować dobry serwis. Niewiele mniej potu wymagało przekonanie do niego użytkowników, którzy musieli zobaczyć produkt, a żeby go mieć, wpierw należało przekonać ubezpieczycieli — mówi Rozesłaniec.

Czyli błędne koło. Dzisiaj już nie pamięta, ile odbył rozmów i prezentacji, ile musiał się natłumaczyć, że klasyczny alarm tak się ma do systemu opartego na GPS jak "łódka na wiosła do wycieczkowca".

— Pamiętam, że wygraliśmy tym, że zaproponowaliśmy jednemu z ubezpieczycieli partycypację w kosztach, jeżeli projekt przyniesie straty. Poszliśmy va banque — mówi Rozesłaniec.

I opłaciło się. Po roku okazało się, że system działa znakomicie, a potencjalne straty zamieniły się w pokaźne zyski. Kolejne firmy ubezpieczeniowe przekonywały się do nowatorskiego systemu. Klienci droższych aut też się nie zastanawiali, bo handicap z tytułu zniżki ubezpieczeniowej pokrywał koszt systemu, jego instalacji i jeszcze abonamentu. Perpetuum mobile. Interes zaczął się kręcić. I rozwijać. AutoGuard z małej spółki stała się liderem na rynku.

— Z czasem zaczęliśmy stawiać na zarządzanie tym, co jest w samochodzie, monitorowanie jego parametrów jezdnych i jego lokalizację, a nie tylko jego ochronę przed kradzieżą. Słowem, ewolucja w stronę zarządzania flotami — mówi Rozesłaniec.

Perełką był pilot systemu zdalnego diagnozowania w aucie Rover 75. Urządzenie pozwalało na odczyt tych samych informacji, jakie dostarczają urządzenia diagnostyczne w stacji obsługi, tyle że podczas jazdy samochodu. To rozwiązanie stosuje się już w F1 i pozwala np.: zmienić skład mieszanki, ustawienie dyszy, pracy wtryskiwacza czy nastawy zawieszenia w bolidzie na torze.

Potem kolejne wyzwanie: systemy nawigacji satelitarnej skierowane do Kowalskich.

— Mamy kilka nowatorskich pomysłów. Jednym z nich jest sprzedaż dostępu, a nie pudełka z systemem nawigacji. Klient dostaje to, czego oczekuje: funkcjonalność, i to otrzymuje w postaci dostępu do serwisu i aplikacji. Żadnych systemów i licencji na aplikacje. Po 9 latach mamy już tylu abonentów, że możemy dzisiaj przetwarzać informacje, które urządzenia abonentów przesyłają do naszej bazy danych, w sposób przydatny wszystkim abonentom. Czyli np.: analiza natężenia ruchu na danych odcinkach drogi w czasie niemalże realnym, z ostatnich 15 minut. I to jest podstawowa różnica między naszymi systemami nawigacji, które lada moment wejdą na rynek, a systemami bazującymi na zdjęciach z satelity, które wskazują, że np.: z Warszawy do Katowic jedzie się 8 godzin, gdy w rzeczywistości o połowę krócej lub dłużej, bo akurat gdzieś jest wypadek i powstał korek — mówi Rozesłaniec.

Uwierzę, jak zobaczę. A zobaczę ponoć za kilka miesięcy.

Ale wróćmy na chwilę do przeszłości. Gdzie byłby dzisiaj Robert Rozesłaniec, gdyby przed laty nie postanowił zostawić Craya i odejść z Centralnego Ośrodka Informatyki do HP i świata biznesu? Pewnie utonąłby w algorytmach i modelach matematycznych.

— Albo inną drogą trafił do biznesu, bo od zawsze kręciły mnie bazy danych i komputerowe wspomaganie decyzji. Te ostatnie Amerykanie używają powszechnie, np. podczas symulowania wyników negocjacji. Każdy projekt da się opisać modelem matematycznym. Np., czy decyzja budowy mostu Północnego powinna być podjęta czy nie — mówi Rozesłaniec.

I tłumaczy, kreśląc krzywe, funkcje kwadratowe i mówiąc o zbiorach rozmytych. Z pasją. Taki umysł. Był kiedyś taki film...

Ma 37 lat. Jest absolwentem Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej. Karierę naukowa kontynuował w Centralnym Ośrodku Informatyki przy PW. Pierwsze kontakty biznesowe: współpraca z HP przy tworzeniu sieci komputerowej dla Polskiego Banku Inwestycyjnego. Karierę przez duże "K" w biznesie przez duże "B" zaczął 12 lat temu, w spółce Zasada S.A. jako specjalista w departamencie informatycznym. Szybko objął w nim funkcję kierownika działu. Od 8 lat jest prezesem zarządu spółki AutoGuard, wchodzącej w skład Grupy Zasada. Od 2004 r. — członkiem rady nadzorczej Fundacji Promocji i Innowacji Technicznych oraz akcjonariuszem AutoGuard.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Zgadnij, gdzie jestem?