Złe wieści na GPW wciąż nie przechodzą bez echa

Kamil Zatoński
opublikowano: 04-03-2008, 00:00

Na światowe rynki finansowe znów wróciły obawy o stan amerykańskiej gospodarki. Mocno tąpnęło zwłaszcza w Azji

Kiepski, ale zgody z prognozami początek i zaskakujący finisz — taki przebieg miała poniedziałkowa sesja na GPW. Rozchwianie rynku znów jest duże, a o jednoznaczne wskazania niezwykle trudno. Zgodnie z prostą zasadą: „nie walcz z trendem”, należy przyjąć, że spadki jeszcze potrwają.

Impuls do globalnej wyprzedaży akcji znów nadszedł zza oceanu. W piątek seria kiepskich danych makroekonomicznych, a raczej mierzących nastroje odczytów wskaźników (trzeba pamiętać, że to w większości mierniki odczuć ankietowanych, a nie twarde dane) i wieści z sektora finansowego wywołały około 2,5-proc. spadki indeksów. I na nowo rozbudziły obawy o recesję. Inwestujący na warszawskiej giełdzie już wcześniej przygotowali się na kiepski scenariusz nowojorskiej sesji. WIG20 w piątek stracił ponad 2,3 proc.

Analitycy wielokrotnie podkreślali, że na ostateczne wyhamowanie spadków można liczyć, kiedy rynek przestanie gwałtownie reagować na kolejne złe wieści lub kiedy zaczną się pojawiać pierwsze pozytywne informacje, sugerujące wychodzenie amerykańskiej gospodarki z fazy spowolnienia. Na razie tak się nie dzieje, choć po takich zjazdach na rynkach azjatyckich (japoński Nikkei225 spadł w poniedziałek o 4,5 proc., a południowokoreański KOSPI o 2,9 proc.), można było obawiać się dużo większej przeceny na GPW. Skala spadków na rykach europejskich też nie była dramatyczna (1-1,5 proc.), dlatego przez większą część sesji indeksy oscylowały wokół poziomu z otwarcia. Dopiero osuwające się w pierwszych minutach poniedziałkowych notowań wskaźniki amerykańskich giełd sprowadziły WIG20 w okolice sesyjnych minimów. Do dołka z 21 stycznia (2798,6 pkt) dystans mocno się zmniejszył. Niemniej to, jak bardzo inwestorzy szukają pretekstów do zwyżki (nawet chwilowej), pokazuje zachowanie indeksu w samej końcówce notowań. Straty odrabiano w ekspresowym tempie po tym, jak tylko zazieleniły się Nasdaq i S&P 500. Mimo wszystko reakcję tę — jako emocjonalną — traktować należy jako niemającą większego znaczenia dla obrazu rynku.

Tym razem hamulcowym dla krajowego rynku były opublikowane jeszcze w piątek wyniki większości spółek giełdowych. Generalnie, jeśli przyjrzeć im się z bliska wcale nie były tak dobre, jak chce część komentatorów rynku. I nie były z pewnością tak dobre, jak (sądząc po prognozach i wycenach firm) spodziewali się tego analitycy i inwestorzy. Wczoraj doskonałym tego przykładem była reakcja na fatalne rezultaty Biotonu czy — w mniejszym stopniu — Polnordu.

Kamil Zatoński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Zatoński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy