Złoto opuściło spadkowy trójkąt. Czy znów zabłyśnie?

opublikowano: 07-12-2022, 20:00
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

Po listopadowej zwyżce złoto uciekło spod katowskiego topora. Jest jednak zbyt wcześnie, aby przepowiadać jakąś wielką hossę w wykonaniu królewskiego metalu.

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

— co zdecydowało o odbiciu cen złota

— dlaczego zniknęły czynniki obniżające jego cenę

— jaki scenariusz dyskontują rynki finansowe

— co może zmienić sentyment do złota w 2023 r.

Złoto jest chyba jednym z największych inwestycyjnych rozczarowań roku 2022 — podczas gdy po świecie szaleje niewidziana od dekad inflacja, w Europie trwa wojna oraz kryzys energetyczny, dolarowe ceny złota kończą rok pod kreską (obecnie -2,4 proc.) A teoretycznie to przecież idealna sytuacja dla wystrzelenia kursu królewskiego metalu na wyższą orbitę.

To obraz po zdecydowanym odbiciu. Przez poprzedni miesiąc dolarowe notowania złota poszły w górę o ponad 10 proc., odbijając się od dwuletniego dna. Pod koniec września, w październiku i na początku listopada kurs złota w dolarach trzy razy zatrzymywał się na poziomie około 1615 USD/oz. Była to wartość tuż poniżej umownej granicy bessy, rozumianej jako spadek przynajmniej o 20 proc. od ostatniego szczytu.

Z tego miejsca dolarowe ceny złota ruszyły ostro w górę, w ciągu miesiąca zyskując blisko 100 USD na uncji. Katalizatorem zwyżki był comiesięczny raport z amerykańskiego rynku pracy, który doprowadził do osłabienia dolara, a w ślad za tym do wyższych notowań kruszców wyrażonych w amerykańskiej walucie. Drugą przyczyną listopadowego złotego odbicia było głębokie wyprzedanie rynku. Złoto miało za sobą serię siedmiu spadkowych miesięcy z rzędu — po raz ostatni tak długa seria przytrafiła się 40 lat temu.

Fed, trójkąt i zmiany trendów

Dzięki listopadowej zwyżce dolarowe notowania złota przełamały tegoroczną linię trendu spadkowego, łączącą lokalne szczyty z marca, kwietnia, sierpnia i października 2022 r. Gdy do tej linii dorysujemy kreskę leżącą na wysokości tegorocznych dołków, otrzymamy znaną analitykom technicznym formację trójkąta. Na gruncie AT wybicie górą z takiego trójkąta jest sygnałem odwrócenia trendu — w tym wypadku zakończenia trwającego od marca do początku listopada trendu spadkowego.

Tłumacząc kiepskie tegoroczne wyniki złota miesiąc temu, zwracałem uwagę na dwa czynniki obniżające dolarowe notowania żółtego metalu. Pierwszym była siła samego dolara, przez którego pryzmat patrzymy na wyniki metali szlachetnych. Drugim była presja wywierana przez Rezerwę Federalną, która od marca podnosiła stopy procentowe w tempie niewidzianym od ponad 40 lat. W rezultacie rentowność amerykańskich papierów skarbowych po raz pierwszy od ponad dekady przekroczyła 4 proc., a realne długoterminowe stopy procentowe w USA (czyli skorygowane o oczekiwaną przez inwestorów inflację) przyjęły najwyższe wartości od 2010 r.

Oba te czynniki jesienią zaczęły zanikać. Zaczęło się od dolara, który pod koniec września ustanowił 20-letnie maksimum i od tego czasu osłabił się o 8,5 proc. względem koszyka głównych walut wymienialnych. Prawie miesiąc później szczyt ustanowiła rentowność papierów skarbowych rządu USA. Rzecz jasna nie wiemy, czy w obecnym cyklu dolar i rentowność treasuries ustanowiły już swoje maksima. Patrząc jednak na fazę cyklu koniunkturalnego (tj. prawdopodobny koniec inflacyjnego spowolnienia gospodarczego) i trwałość zmian w poszczególnych segmentach rynku finansowego (tj. rynku długu, walut i surowców), można zaryzykować tezę, że tegoroczne trendy powoli wygasają (albo wręcz już wygasły).

Złoto po 3000 USD za uncję?

Obecnie stopa funduszy federalnych znajduje się w przedziale 3,75-4,00 proc. Jest w zasadzie przesądzone, że na grudniowym posiedzeniu Federalnego Komitetu Otwartego Rynku zapadnie decyzja o jej podniesieniu o 50 pb., czyli do 4,25-4,50 proc. Byłaby to pierwsza 50-punktowa podwyżka od maja po serii czterech z rzędu podwyżek o 75 pb. W cenach są także uwzględnione kolejne podwyżki — łącznie o 50-75 pb. do połowy 2023 r. — wynika z obliczeń FedWatch Tool. Rynek oczekuje więc, że krótkoterminowe stopy procentowe w USA osiągną cykliczny szczyt już za kilka miesięcy i że będzie to poziom zbliżony do 5 proc. Już pod koniec przyszłego roku natomiast oczekiwana jest pierwsza obniżka stopy funduszy federalnych.

I to właśnie ten scenariusz od kilku tygodni zaczynają dyskontować rynki finansowe. Pytanie za bilion dolarów brzmi: czy Fed zacznie ciąć stopy, zanim inflacja wróci do 2-procentowego celu, czy wstrzyma się do czasu zrealizowania swojego zadania? Tak naprawdę jest to pytanie o ścieżkę przyszłorocznej dezinflacji. W to, że inflacja w 2023 r. zacznie spadać, wierzą niemal wszyscy ekonomiści. Różnice zdań dotyczą tylko tego, jak stroma będzie to ścieżka i jak szybko (jeśli w ogóle) powrócimy do świata umiarkowanej inflacji (tj. wynoszącej maksymalnie 2-3 proc.).

„W 2023 r. rynek w końcu odkryje, że inflacja będzie się utrzymywać na wysokim poziomie w przewidywalnej przyszłości. Zacieśnianie polityki przez Fed i zacieśnianie ilościowe doprowadzi do nowego impasu na amerykańskich rynkach obligacji skarbowych. Wymusi to wdrożenie nowych podstępnych środków, mających na celu ograniczenie zmienności na rynku papierów skarbowych, co sprowadzi się de facto do kolejnej rundy luzowania ilościowego” — tak brzmi jedna z 10 szokujących prognoz Saxo Banku.

W tym scenariuszu 2023 r. nadal będzie stał pod znakiem relatywnie wysokiej inflacji (raczej niższej niż tegoroczna, lecz wciąż znacznie wyższej niż w latach poprzednich), ale nie będzie ona już kontrowana podwyżkami stóp procentowych w najważniejszych bankach centralnych, tak jak to dzieje się obecnie. Może tak się stać, ponieważ zadłużone po uszy kraje Zachodu wybiorą drogę inflacyjnej destrukcji długów zamiast bolesnego procesu zaciskania pasa i redukcji nadmiernych wydatków (zarówno publicznych, jak prywatnych). W takich warunkach otrzymalibyśmy powrót do świata realnie ujemnych długoterminowych stóp procentowych w USA oraz deprecjacji dolara względem walut z rynków wschodzących.

W przyszłym roku złoto pokona podwójny wierzchołek w okolicach 2075 USD, jakby go w ogóle nie było, osiągając co najmniej poziom 3000 USD — konkludują analitycy Saxo Banku. Niezależnie od tego, czy ta prognoza się sprawdzi, czy nie, to w 2023 r. prawdopodobnie wejdziemy z zupełnie innym ustawieniem makroekonomicznym. Zamiast wzrostu gospodarczego będzie recesja. Zamiast galopującej inflacji będzie dezinflacja, przy wciąż stosunkowo szybkim spadku siły nabywczej fiducjarnego pieniądza. Zamiast redukcji deficytów budżetowych zobaczymy powrót do fiskalnego rozpasania. I wreszcie zamiast podwyżek stóp procentowych możemy doświadczyć końca cyklu zacieśniania polityki monetarnej w USA i być może także w strefie euro.

To wszystko może też wesprzeć zmianę sentymentu do złota i innych metali szlachetnych. Warto też na sprawę spojrzeć z punktu widzenia inwestora z Polski, który przecież złoto (z reguły) kupuje za złote, a nie za dolary. Patrząc przez pryzmat złotego, od połowy marca cena królewskiego metalu waha się od 7,8 do 8,6 tys. zł. Obecnie uncja złota kosztuje blisko 8 tys. zł (nie uwzględniając marży dilerskich). To o 7,6 proc. więcej niż na początku 2022 r.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane