Złoto, ropa, spekulanci

Włodzimierz Bogucki
opublikowano: 21-09-2006, 00:00

Świat inwestycyjny zwariował ostatnio na punkcie surowców. I ma rację. W tym szaleństwie jest metoda. Na zarobienie.

Wystarczy tylko spojrzeć na 10-letni wykres zmian w cenie ropy i złota, aby od razu wiedzieć, o czym mowa. Dla tych, którzy na co dzień nie śledzą sytuacji na międzynarodowych rynkach finansowych, porównanie dzisiaj rachunku za zatankowanie samochodu czy ogrzanie mieszkania z tym sprzed kilku lat, na pewno zmusza do zastanowienia. Na szczęście relatywnie mocny złoty, który od końca 2000 roku znajdował się w wieloletnim trendzie wzrostowym, zdecydowanie złagodził problemy polskich konsumentów związane z wyższymi cenami płaconymi za olej i inne surowce.

Powody, dla których waluty wielu krajów rozwijających się (nawet tych importujących coraz droższe surowce) rosły relatywnie na wartości w tym samym czasie, kiedy ceny na surowce szły nieustannie w górę, były zresztą bardzo podobne.

Pionierzy zarabiania

Jednym z pierwszych inwestycyjnych geniuszy, którzy postawili na surowce, był Jim Rogers, zwany często Indianą Jonesem rynków finansowych ze względu na swój agresywny styl inwestowania i swoje wieloletnie wojaże dookoła świata, pełne inwestycyjnych doświadczeń.

To właśnie on już w 1998 roku, wtedy kiedy większość z nas nadal zastanawiała się nad tym, kiedy cena za baryłkę ropy spadnie znacznie poniżej 10 dolarów (artykuł opublikowany w tamtym okresie przez „The Economist”, jeden z najbardziej renomowanych tygodników na świecie), stworzył nowy indeks surowcowy (RICI —the Rogers International Commodities Index), którego struktura, w odróżnieniu od innych już wcześniej istniejących, w dużo większym stopniu odzwierciedla rzeczywiste potrzeby konsumpcyjne świata. Specjalistyczny fundusz inwestycyjny oparty na tym indeksie (The Rogers Raw Material Index Fund) rozpoczął swoją działalność 1 sierpnia 1998 roku i od tego czasu stał się prawdziwym inwestycyjnym bestsellerem.

W swojej najnowszej książce „Gorące surowce”, wydanej po raz pierwszy w 2004 roku, Rogers przekonuje, że mający obecnie miejsce surowcowy supercykl potrwa co najmniej kilkanaście lat i stopniowo obejmie swoim zasięgiem wszystkie surowce, zarówno te odnawialne, jak i te nieodnawialne. To, co mamy już za sobą, to dopiero nieśmiały początek tego, co nas jeszcze czeka.

Kolejnym wielkim i sprawdzonym w inwestycyjnych bojach autorytetem, który w swojej wydanej niedawno książce „Następny wielki boom inwestycyjny” powszechnie przekonuje, że surowce stanowią obecnie najbardziej atrakcyjny pomysł inwestycyjny, jest Mark Shipman, prawdziwe nazwisko legenda w finansowym świecie. Obaj panowie stawiają wszystko na jedna kartę. Świat potrzebuje coraz więcej surowców, których mamy i odkrywamy coraz mniej, a w związku z tym ich ceny muszą iść nadal w górę. Oczywiście, że oczekiwany przez nich wzrost cen nie będzie się zawsze przesuwał na wykresach wzdłuż prostej linii i oczywiście, że grożą nam krótko- i średnioterminowe korekty, nawet bardzo bolesne, ale i tak żadna inna grupa aktywów inwestycyjnych nie będzie w stanie zaoferować nam zysków wyższych niż surowce.

Ropa ponad chipy

Dopóki technologia była w inwestycyjnej modzie, surowce bagatelizowano i nikt prawie nie traktował ich poważnie, a już na pewno nie jako oddzielną poważną grupą inwestycyjną wartą grzechu. Mieszkałem wtedy w Afryce Południowej i doskonale pamiętam głęboki kryzys przeżywany przez tamtejsze kopalnie, które nagminnie zwalniały ludzi i które zamrażały wszelkie zbędne inwestycje kapitałowe.

Wszystko zmieniło się po krachu giełdowym, którego początki sięgają marca 2000 roku. Przerażony kapitał, po 2-3 latach gojenia rynkowych ran, nabrał ponownie apetytu na inwestycyjne ryzyko i odkrył surowce, których na świecie zaczynało już wtedy powoli brakować.

Banki centralne zdecydowanie pomogły rozgrzewającym się powoli inwestorom, pompując coraz większe ilości środków do globalnego systemu finansowego, w walce miedzy innymi z grożącym nam ryzykiem światowej deflacji. Tani i nieograniczony kapitał wywołał prawdziwie spekulacyjną euforię.

Ceny surowców zaczęły swój szybki marsz w górę, pociągając za sobą również inne grupy aktywów inwestycyjnych, przede wszystkim tych postrzeganych zwykle jako bardziej ryzykowne, w tym rynki akcyjne krajów rozwijających się oraz obligacje korporacji z wysokim poziomem ryzyka kredytowego. Cenowa hossa nie oszczędziła ani nieruchomości, ani kamieni szlachetnych, ani nawet antyków i dzieł sztuki. Zaczęliśmy głośno mówić o inflacji aktywów inwestycyjnych, w przeciwieństwie do tradycyjnej inflacji cen produktów i usług.

Dopiero wiosną tego roku sytuacja zaczęła się powoli zmieniać, a ostatnie tygodnie przyniosły kolejne spadki cen na wielu rynkach inwestycyjnych, co powoduje, że wśród inwestorów rodzi się coraz więcej znaków zapytania.

Kto ma rację? Jim Rogers i Mark Shipman czy ci, którzy często zapominając o swoich własnych optymistycznych komentarzach jeszcze sprzed paru miesięcy, dzisiaj przekonują inwestycyjną opinię publiczną o nieuchronnych głębokich spadkach cen na wszystkie surowce, od ropy poczynając, a na złocie kończąc?

Jim Rogers i Mark Shipman należą zdecydowanie do tej grupy agresywnych inwestorów miliarderów, którzy w ślad za Geraldem Loebem, przekonują o sensowności „wkładania wszystkich jajek do tego samego koszyka” jako jedynym rozsądnym sposobie na zrobienie rzeczywiście dużych pieniędzy. Było nie było, im ta sztuka naprawdę wyszła.

Pospolite ruszenie

Miliardy nowych pracowników-konsumentów w wielu krajach rozwijających się, z ich rosnącą siłą nabywczą i z ich prawdziwie wilczym apetytem na dobra konsumpcyjne, nie odejdzie z rynku z dnia na dzień i jeszcze przez wiele lat decydować będzie o tym, na jakim poziomie cenowym wykreowany przez nich dodatkowy popyt zrówna się z możliwą do zaoferowania podażą.

Biorąc natomiast wszystko na zimno, nie sposób nie dostrzec prawdziwego pospolitego ruszenia wśród inwestorów i spekulantów, dla których relatywnie niewielkie rynki surowcowe bardzo szybko okazują się zbyt płytkie, aby wchłonąć cały napływający kapitał (kto dziś zauważa, że wartość rynkowa firmy Google stanowi ponad połowę wartości rynkowej 500 największych spółek publicznych operujących na rynku złota, a wartość dziennych obrotów akcjami tej firmy jest bardzo zbliżona do całego dziennego obrotu akcjami wszystkich kopalni złota na wszystkich rynkach akcyjnych świata?).

Kwestia argumentów

Tym, którzy mieliby może ochotę na ulokowanie swoich wszystkich inwestycyjnych jajek w jednym surowcowym koszyku, polecam obie książki i wszelkie zamieszczone w nich praktyczne porady. Jim i Mark są zbyt dobrzy w swoim przekonywaniu i doradzaniu aby z nimi konkurować.

Tym natomiast, którzy uznają potrzebę inwestycyjnego trwania na rynkach surowcowych, ale którzy zdecydowanie preferują bardziej ograniczone lub wręcz mocno zdywersyfikowane strategie inwestycyjne, proponuję, aby starali się nie zapominać o tym, że oprócz tradycyjnych metod inwestowania, takich jak akcje spółek surowcowych, indeksy surowcowe wraz ze wszystkimi instrumentami pochodnymi czy wręcz same surowce z ich opcjami i kontraktami terminowymi (opakowane w fundusze inwestycyjne lub nie), istnieją także strategie bardziej neutralne w stosunku do sytuacji rynkowej, które pozwalają na ograniczenie podejmowanego przez nas ryzyka inwestycyjnego poprzez zabezpieczenie portfela przed konsekwencjami ewentualnych spadków cen, choćby takich jakie miały miejsce ostatnio. Mniejsze zyski, ale z dużo mniejszym ryzykiem.

Będzie nas więcej

Zdaję sobie doskonale sprawę, że bardzo niewielu polskich inwestorów dysponuje środkami, które pozwalają na tego typu inwestycje. Mówimy tutaj bowiem o nieregulowanych prywatnych partnerstwach inwestycyjnych, czyli tzw. funduszach hedgingowych, gdzie minimum inwestycyjne wynosi często milion dolarów i których nikt w Polsce na razie tak naprawdę nie oferuje, zwłaszcza w wersji czysto surowcowej.

Czy to oznacza jednak, że nie należy o tym czytać i myśleć? Z pewnością nie. Im więcej poznamy i zrozumiemy już dzisiaj, tym łatwiej przyjdzie nam podjąć najbardziej odpowiednie dla nas decyzje wtedy, kiedy będziemy już mieli z czego wybierać.

Zakładam bowiem, że wcześniej czy później istniejące już w Polsce niezależne towarzystwa inwestycyjne lub też takie, które dopiero się pojawią, same lub z pomocą zagranicznych partnerów zaczną wprowadzać na nasz lokalny rynek prawdziwe alternatywy inwestycyjne.

Jeśli już damy się przekonać do surowców, to może część naszego ewentualnego zaangażowania przeznaczymy na tradycyjne podejście, a część na strategie alternatywne, takie jak podążanie za trendem, zgrywanie relatywnych wartości, krótka sprzedaż czy wreszcie arbitraż cenowy.

Wtedy będziemy spali dużo spokojniej, a na tym właśnie polega sensowne inwestowanie.

Włodzimierz Bogucki

bankier inwestycyjny z doświadczeniami

z Citibank, MCT Wealth Management,

obecnie Vindig Capital Partners

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Włodzimierz Bogucki

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu