Czytasz dzięki

Złoty chłopiec czarnego sportu

  • Materiał partnera
opublikowano: 28-05-2020, 22:00

Indywidualne mistrzostwo świata, srebrny i brązowy medal, sześć zwycięskich zawodów Grand Prix i 19 miejsc na podium, tytuł Sportowca Roku w Polsce – Bartosz Zmarzlik ekspresowo przeszedł drogę od dziecięcych marzeń do wielkich sukcesów. I nie zamierza się zatrzymywać.

— Stanie w takim miejscu to niesamowite uczucie, zwłaszcza obok pana Roberta, którego obserwuję i nawet byłem na kilku meczach! — to były jedne z pierwszych słów Bartosza Zmarzlika po wręczeniu nagrody dla Sportowca Roku 2019 w Polsce. Tą skromnością i szacunkiem dla utytułowanego rywala pokazał, że nagroda trafiła w godne ręce. Przy okazji zdobył uznanie osób na co dzień nieinteresujących się żużlem.

Na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale żużel to sport bardzo wymagający fizycznie, wymagający zaangażowania wielu mięśni.
Wyświetl galerię [1/6]

Nie tylko silnik.

Na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale żużel to sport bardzo wymagający fizycznie, wymagający zaangażowania wielu mięśni. Paweł Wilczyński/Cyfrasport

Dla części środowiska sportowego wybór kibiców był sporą niespodzianką, bo faworytem wydawał się Robert Lewandowski, mający za sobą świetny rok w Bayernie Monachium. Kibice jednak bardziej niż tytuł króla strzelców Bundesligi docenili tytuł indywidualnego mistrza świata na żużlu. Zmarzlik wygrał głosowanie z wyraźną przewagą.

— Dla mnie to było ogromne wyróżnienie, zwłaszcza że w tym plebiscycie głos mają kibice. Traktuję to jako sukces całego sportu żużlowego, w tym roku byłem jego jedynym przedstawicielem wśród nominowanych. Kibice się zjednoczyli i to było piękne. Gdy wyczytano moje nazwisko jako zwycięzcy plebiscytu, czułem emocje tak wielkie, jak wtedy, gdy zostawałem mistrzem świata. Wtedy również miałem bardzo mocnych rywali i losy tytułu ważyły się do ostatnich chwil — wspomina Zmarzlik, od początku kariery zawodnik Stali Gorzów Wielkopolski, a od lutego także członek grupy sportowej ORLEN Team.

Polski fenomen

O ile globalnie żużel nie może się równać popularnością z piłką nożną, o tyle w Polsce od lat czarny sport cieszy się ogromnym uznaniem. Krajowa liga właściwie nie ma już konkurencji w Europie. Liga brytyjska najlepsze lata ma za sobą, a szwedzka Eliteserien nie odzyskała dawnego prestiżu po zakończeniu kariery przez sześciokrotnego mistrza świata Tony’ego Rickardssona. To polskie kluby w ostatnich latach dysponowały największymi budżetami i dawały zawodnikom najlepsze warunki do rozwoju. Prawa do pokazywania naszych rozgrywek posiada platforma Canal+. W 2017 roku umowa została przedłużona na kolejne trzy lata, a do gry dodatkowo weszła stacja Eleven. Skorzystały na tym nie tylko kluby, ale też kibice, którzy od tamtego czasu mogą na żywo obejrzeć wszystkie ligowe spotkania. To właśnie zaangażowani fani stanowią o sile polskiego żużla. Już kilkanaście lat temu w środowisku krążyło powiedzenie, że „w Anglii jeździ się dla nauki, w Szwecji — dla pieniędzy, a w Polsce — dla kibiców".

W 2019 roku średnia frekwencja na polskich motoarenach przebija tę z piłkarskich stadionów. W ubiegłym sezonie mecz żużlowej PGE Ekstraligi oglądało średnio 10 815 widzów, podczas gdy w piłkarskiej ekstraklasie średnia widzów wyniosła 8878 osób. Ligowy rekord poprzedniego sezonu to 16 500 widzów zgromadzonych na meczu w Częstochowie, ale podczas międzynarodowych zawodów w całości wypełniały się już tak duże obiekty jak Stadion Narodowy (53,5 tys. widzów na Grand Prix Polski) czy Millennium Stadium w Cardiff (44 150 widzów na Grand Prix Wielkiej Brytanii). W pewnych częściach Polski żużel to najważniejszy sport, w niektórych miastach mający wręcz status lokalnej religii. Dla części kibiców kluczowe są sportowe emocje i rywalizacja najlepszych na świecie zawodników, dla innych niepowtarzalna atmosfera na trybunach, jeszcze inni uwielbiają odgłos silników i specyficzny zapach spalonej mieszanki paliwa, unoszący się na stadionie po kolejnych biegach. Każdy ma swój powód, by co roku na wiosnę wyczekiwać początku sezonu żużlowego i przychodzić na mecze.

Często w towarzystwie całej rodziny, bo zamiłowanie do speedwaya jest przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nie bez powodu miłość do czarnego sportu często nazywana jest wśród kibiców żartobliwie „chorobą genetyczną”. W przypadku Zmarzlika pierwsze objawy wystąpiły dość wcześnie. — Od dziecka mieliśmy z bratem kontakt z motoryzacją, szczególnie z motocyklami. Jak wypatrzyliśmy klub miniżużlowy w podgorzowskim Wawrowie, poprosiliśmy rodziców o pozwolenie na treningi.

Negocjacje były długie i ciężkie, ale udało się ich przekonać. Na początku to była zabawa, świetnie spędzany czas z rówieśnikami. Ale gdy w 2012 roku jako 15-latek zdobyłem mistrzostwo Europy juniorów i drużynowe mistrzostwo świata juniorów, poczułem, że pasja i miłość do tego sportu mogą mi pozwolić spełnić dziecięce marzenia o wygraniu cyklu Grand Prix — mówi Zmarzlik.

Żużlowy uniwersytet

Po pierwszych dużych sukcesach wszyscy w środowisku już wiedzieli, że mają do czynienia z ogromnym talentem. „Bartek jest właśnie na »uniwersytecie« żużla. Magisterkę to już dawno zrobił. Pytanie tylko, kiedy zrobi doktorat” — mówił wtedy w „Gazecie Lubuskiej” jego ówczesny trener Stanisław Chomski.

To pod jego okiem Zmarzlik dorastał do poważnego ścigania, choć trochę musiał na to poczekać. Gdy jako 11-latek rwał się już do jazdy na dużym torze, trener narysował na budce telefonicznej kreskę i zapowiedział, że nie wpuści Bartka na tor, dopóki ten nie dorośnie do jej wysokości. Po kolejnych niesatysfakcjonujących pomiarach pewnego dnia junior nagle wyrósł na poziom kreski. Tyle że skorzystał przy tym z małego wsparcia, zakładając… kozaki swojej mamy, ukryte pod szerokimi nogawkami. Trener jednak docenił determinację i wreszcie pozwolił mu wyjechać na duży tor. Ta determinacja w połączeniu z talentem i pracą musiała zaowocować kolejnymi sukcesami.

Zmarzlik jako najmłodszy zawodnik w historii stanął na podium Grand Prix, a dwa lata później jako 19-latek wygrał pierwsze swoje zawody najbardziej prestiżowego cyklu. Zdobywał brązowy, srebrny, aż wreszcie w ubiegłym roku złoty medal mistrzostw świata, do ostatnich zawodów walcząc z Duńczykiem Leonem Madsenem. Tym samym powtórzył osiągnięcie swojego idola, a później też nauczyciela ze Stali Gorzów — Tomasza Golloba. — Od dziecka byłem wpatrzony w Tomasza Golloba. Wiele wniósł w mój rozwój jako zawodnika, pomógł mi szybciej zdobywać kolejne umiejętności, poprawiać technikę jazdy. Pytałem go wszystko, a on chętnie dzielił się wiedzą — opowiada Zmarzlik.

Tętno na 205

Na pierwszy rzut oka speedway wydaje się mało skomplikowanym sportem. Na starcie staje czterech zawodników, taśma w górę, cztery okrążenia i po około minucie mamy zwycięzcę. Tymczasem optymalna jazda wymaga znalezienia harmonii między zawodnikiem i maszyną, opiera się też na bardzo precyzyjnych ruchach, wymagających zaangażowania wielu mięśni. Dlatego codzienność żużlowca to nie tylko jazda, ale też odpowiednia dieta, treningi na siłowni, budowanie wytrzymałości siłowej, równowagi i kondycji, wypracowywanej na basenie lub jazdą na rowerze.

— Jako zawodnicy mocno odczuwamy fizycznie każdy bieg. Badałem kiedyś tętno i okazało się, że ono rośnie już przed startem, gdy czekam w boksie, szykując się do wyjazdu na tor. Pojawiają się stres, presja, swoje robi też koncentracja i atmosfera na stadionie. Po sylwetce tego nie widać, ale całe ciało mocno odczuwa to napięcie. To są czasami minimalne ruchy, ale wykonywane przy pełnym spięciu całego ciała, z użyciem mięśni głębokich i stabilizacyjnych. Nie możemy sobie pozwolić na zbyt gwałtowne czy obszerne ruchy, wszystko odbywa się z największą precyzją. Przy takim wysiłku tętno na pierwszym łuku dochodzi do 205 — tłumaczy Zmarzlik.

Speedway, który oglądamy obecnie, to najwyższej klasy umiejętności połączone z technologią. Pod względem atrakcyjności i bezpieczeństwa dyscyplina w ciągu kilkudziesięciu lat przeszła prawdziwą rewolucję. Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale gdy w latach 40. żużel budował swoją popularność w Polsce, zawodnicy ścigali się, jeżdżąc w marynarkach, które potem zamienili na skórzane kurtki. „Osłoną na głowę były tekturowe kaski, a na twarz — bawełniane chusty, najczęściej kraciaste oraz celuloidowe okulary, które już po pierwszym okrążeniu zrzucano, ponieważ osiadały na nich drobinki żużla, odbierając całkowicie widoczność” — czytamy w „Expressie Bydgoskim”.

Brakowało band ochronnych, a nawierzchnię usypywano z resztek z pieców hutniczych, przez co spod butów zawodników często sypały się iskry. Dziś zawodnicy ścigają się na torach usypanych ze sjenitu i granitu, dla bezpieczeństwa otoczonych dmuchanymi bandami. Prowadzą zaawansowane technicznie maszyny, a ich ciała chronią stroje wykonane z kevlaru, jednego z najmocniejszych materiałów na świecie. Nad motocyklami czuwają sztaby najlepszych mechaników.

60 startów w sezonie

Inna jest też intensywność sezonu. Żużlowcy mają krótkie wakacje, ich przygotowania do nowego sezonu zaczynają się już dwa tygodnie po zakończeniu poprzedniego. Zimą jest czas na budowanie formy i przygotowanie maszyn. Zawodnicy szybko wchodzą w reżim treningowy, rozpisany przez specjalistów od przygotowania fizycznego. Zespół mechaników kompletuje sprzęt i składa motocykl, dostosowując go do preferencji żużlowców. To też czas spotkań i omawiania planów na kolejny sezon. Treningi na torze ruszały zwykle w marcu, miesiąc później rozpoczynał się sezon ligowy, a potem cykl Grand Prix. Zawodnicy, którzy tak jak Zmarzlik występowali w kilku ligach, mieli zwykle mocno napięty grafik. W niedzielę start w lidze polskiej, w poniedziałek prom do Szwecji, we wtorek start w tamtejszych rozgrywkach, po powrocie obowiązkowy trening, w piątek kwalifikacje do sobotniego Grand Prix, a w niedzielę kolejny start w PGE Ekstralidze. Po drodze jeszcze kolejne turnieje, w tym m.in. Puchar Świata i Speedway of Nations, czyli drużynowe mistrzostwa świata. W przypadku Zmarzlika kalendarz startów zamykał się zwykle w liczbie 60-80 zawodów rocznie.

Odmrażanie żużla

Już wiadomo, że ten rok będzie wyglądał inaczej ze względu na epidemię koronawirusa. Start sezonu ligowego opóźni się o dwa miesiące, wiele imprez międzynarodowych zostało przesuniętych, część może się w ogóle nie odbyć. Nowy termin inauguracji PGE Ekstraligi wyznaczono na 12 czerwca, dwa tygodnie wcześniej zawodnicy będą mogli wsiąść na motory i rozpocząć treningi. Wznowienie rywalizacji będzie się odbywać w nowej rzeczywistości, z przepisami przystosowanymi do nowego reżimu sanitarnego.

— Najbardziej brakować będzie kibiców na trybunach. To będzie trudne dla nas wszystkich, ale cieszymy się, że będziemy mogli im dać trochę sportowych emocji. Musimy się dostosować do nowych norm rozgrywania zawodów, limitu osób w parku maszyn i tylko jednego mechanika w boksie. Nie mam jednak zamiaru narzekać i już odliczam dni do pierwszego treningu, bo bardzo brakuje mi rywalizacji na torze — podkreśla Zmarzlik.

Nowy rozdział

Dla mistrza świata ten rok to także otwarcie nowego rozdziału. W lutym zawodnik dołączył do drużyny ORLEN Team, skupiającej już kilkudziesięciu zawodników startujących w rajdach terenowych crosscountry motocykli, quadów i samochodów, rajdach samochodowych, kartingu, wyścigach, Formule 1, DTM, akrobacji samolotowej, zawodach motoparalotniarskich oraz wodnej Formule 1. Zmarzlik będzie reprezentował barwy zespołu w rywalizacji w cyklu Grand Prix, podczas występów w żużlowej reprezentacji Polski oraz przy okazji startów w szwedzkiej Elitserien.

Jedną z nowych możliwości, jakie stworzyła mu ta współpraca, są lepszy kontakt i szansa na wymianę doświadczeń z zawodnikami reprezentującymi inne dyscypliny. Mogli to obserwować kibice, którzy na początku kwietnia na żywo śledzili rozmowę Bartosza Zmarzlika z Robertem Kubicą. To była niezwykle interesująca dyskusja ludzi z ogromną pasją i wiedzą o sportach motorowych, połączona z również z odpowiadaniem na pytania widzów. Obaj sportowcy jako miłośnicy jazdy na rowerze wzięli też udział w ORLEN e-Tour de Pologne Amatorów, czyli wirtualnym wyścigu rozgrywanym stacjonarnie na trenażerach.

Na drugim etapie lepszy okazał się Kubica, ale żużlowiec również pokazał dobre tempo, kończąc ściganie na trzecim miejscu w klasyfikacji VIP. Jazda na rowerze lub trenażerze to jednak tylko element przygotowania formy do nadchodzącego sezonu, w którym Zmarzlik nie zamierza zwalniać.

— Poprzedni rok był magiczny dla mnie i mojego zespołu. Ale mam jeszcze wiele marzeń do zrealizowania i chcę się dalej spełniać. Brakuje mi chociażby indywidualnego mistrzostwa Polski seniorów i dopóki jeżdżę, będę walczyć, żeby go zdobyć — zapowiada.

Wysokooktanowa drużyna.

ORLEN Team tworzy 21 zawodników z Polski, Czech i Niemiec. Startują oni w kartingu, Formule 1, rajdach terenowych, wyścigach samochodowych, żużlu, zawodach motoparalotniarskich, pokazach lotniczych oraz F1 H2O. PKN ORLEN jest też sponsorem strategicznym polskich serii kartingowych oraz wspiera 30 najbardziej utalentowanych zawodników tej dyscypliny w wieku od 6 do 18 lat (fot. PKN ORLEN)

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Materiał partnera

Polecane