Znowu się rozkręca kadrowa karuzela

Adam Sofuł
opublikowano: 05-12-2006, 00:00

Ledwie zdążyliśmy ochłonąć z wielotygodniowych rozterek „wróci czy nie wróci”, dotyczących Zyty Gilowskiej, a już czekają nas kolejne. Tym razem w wykonaniu jej niedawnego szefa Kazimierza Marcinkiewicza. W poniedziałek dostał on od premiera Jarosława Kaczyńskiego oficjalną ofertę powrotu do rządu (choć w odróżnieniu od Zyty Gilowskiej zapewne nie na poprzednio pełnioną funkcję). Jaką? Tego na razie nie wiemy i zapewne przez kilka najbliższych tygodni będziemy zdani jedynie na spekulacje.

Pole do kreślenia najróżniejszych scenariuszy jest olbrzymie. Można tylko z niewielką złośliwością powiedzieć, że dla Kazimierza Marcinkiewicza żaden ministerialny etat nie jest tak naprawdę niedostępny. Rozpiętość obecnych spekulacji — od edukacji przez gospodarkę aż po finanse — dowodzi nie tylko tego, że były premier jest osobą wszechstronną, ale również tego, że stanowiska ministerialne są w tym rządzie mało istotne. Ważny jest jedynie premier, bo to on trzyma w ręku wszystkie sznurki. Nawet jeśli niektórzy ministrowie silą się na własną inicjatywę, to jest ona mocno kontrolowana. Dlatego możemy oczywiście sarkać pod nosem, że — jeżeli zrealizowany zostanie scenariusz przesunięcia Zyty Gilowskiej na stanowisko prezesa NBP — będziemy mieli szóstego ministra finansów w ciągu nieco ponad roku. Można w tym kontekście mówić o niestabilności, ale w mityczną reformę finansów publicznych wierzy coraz mniejsze grono idealistów, a dopóki premier wierzy w moc kotwicy budżetowej, kurs resortu finansów będzie utrzymany. Niezależnie od tego, czy w ministerialnym fotelu zasiądzie Marcinkiewicz, czy pozostanie Gilowska.

Podobieństw między sytuacją Zyty Gilowskiej sprzed kilku miesięcy a obecną Kazimierza Marcinkiewicza jest zresztą więcej. Latem tego roku też w pewnym momencie przestaliśmy się zastanawiać, czy Zyta Gilowska wróci do rządu, a zaczęliśmy, czy będzie miała gdzie wracać. Teraz jest podobnie. Obaj koalicyjni wicepremierzy mają poważne kłopoty — jeden musi odpierać zarzuty natury ideologicznej, drugi obyczajowej. Nie pierwszy wprawdzie raz, tym razem jednak sytuacja wydaje się poważniejsza. Lada chwila koalicja może zakończyć swój żywot. Jeśli dodamy do tego zapowiadaną przez premiera ocenę pracy ministerstw, może się okazać, że w tym roku wielu ministrów dostanie pod choinkę rózgę. Niektórzy być może nawet zasłużenie.

Częste zmiany w rządzie nie muszą oznaczać katastrofy, pod warunkiem że przyświeca im usprawnienie funkcjonowania ministerstw, a nie jedynie dostosowywanie struktury gabinetu do zmieniającej się szybko sytuacji politycznej. Dobrze byłoby, by spodziewanym dymisjom i nominacjom towarzyszyło rzetelne uzasadnienie tych decyzji. Tymczasem tak jak nie wiedzieliśmy, dlaczego Marcinkiewicz odszedł z funkcji premiera, tak teraz nie wiemy, dlaczego ma do rządu wrócić. Czy ma zastąpić złego ministra, czy tylko ministerialna posada ma mu osłodzić gorycz porażki w boju o prezydenturę stolicy. Czy kompetencje Marcinkiewicza są rządowi niezbędne, czy też jedynie premier nie chce pozostawić bez kontroli potencjalnego politycznego rywala. Na te pytania zapewne, tak jak dotychczas, nie poznamy odpowiedzi. Pewne jest już tylko jedno. To nie rząd prowadzi politykę. To polityka kształtuje rząd.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane