Zrozumieć ryzyko

Puls Biznesu, Partner materiału: BossaFund.pl
opublikowano: 24-04-2018, 22:00

Można zaryzykować tezę, że my, Polacy, podobnie jak inne nacje, postrzeganie ryzyka opieramy na uproszczeniach i błędach poznawczych

Polacy posiadający nadwyżki finansowe niezbyt chętnie inwestują je w fundusze. Pytani o przyczyny tej niechęci, wskazujemy głównie strach przed utratą pieniędzy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jednocześnie - jak wynika z badania BGŻ Optimy - uważamy, że kupno nieruchomości na wynajem jest bezpieczniejsze niż obligacje skarbu państwa! Powstaje zatem pytanie: Czy my, Polacy, mamy „zakodowaną” awersję do ryzyka i jesteśmy narodem stroniącym od niego? Czy raczej pewne jego rodzaje przeszacowujemy, a innych niedoszacowujemy? Bazując na wynikach badań naukowych, można zaryzykować tezę, że podobnie jak inne nacje, postrzeganie ryzyka opieramy na uproszczeniach i błędach poznawczych. Znakomicie pomaga nam w tym nasz niski poziom wiedzy na temat inwestowania. Jest to widoczne zarówno w badaniach deklaratywnych (52 proc. nie inwestuje w fundusze, bo się na nich nie zna — wynika z raportu BGŻ Optimy „Polak oszczędny 2017”), jak i w rozmiarach afer piramid finansowych — nabieramy się na hasła, które przy minimalnej wiedzy powinny wywoływać w nas uśmiech politowania. Stosujemy zatem zasadę „nie znam się, to się nie dotykam”. Wygląda na całkiem rozsądne zachowanie. Nie osiągniemy dodatkowych zysków, ale nie będziemy ryzykować straty. Z drugiej jednak strony chciwość nie pozwala wytrwać nam zbyt długo w powyższym postanowieniu i modyfikujemy je na „ja się wprawdzie nie znam, ale zaufam doradcy (czytaj: zrzucę odpowiedzialność z siebie)”.

Będzie pan zadowolony

Chęć pozornego pozbycia się odpowiedzialności za własne inwestycje jest wśród Polaków zaskakująco duża. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że fundusze kupujemy głównie w „okienkach bankowych”, a nie przez internet. Mimo że online jest taniej (brak opłaty manipulacyjnej), wygodniej (24h/7dni w tygodniu), mamy pełną informację o zainwestowanym kapitale i dostęp do tych samych narzędzi co „doradcy” bankowi. Narzędzi, które pomogą nam zbadać nasze potrzeby i ograniczenia (ile chcemy zarobić, ile możemy stracić), wybrać pasujący nam fundusz, jak również sprawdzić, ile za to wszystko płacimy. Tymczasem powszechna jest postawa „nie znam się, nie mam czasu, nie nauczę się”. I to wśród tych samych osób, które potrafią poświęcić wiele godzin na rozszyfrowywanie różnic pomiędzy pralkami dostępnymi na rynku, czyhania przez wiele tygodni na tańsze wakacyjne przeloty czy przemierzania internetu w poszukiwaniu okazji cenowych. Nic w tym złego — autor namiętnie czyni to samo. Pytanie tylko, dlaczego mamy czas na poszukiwanie oszczędności rzędu kilkuset złotych, a nie znajdujemy go, żeby zbadać i wybrać fundusz, w który inwestujemy kilkadziesiąt tysięcy złotych, czytaj: ryzykujemy więcej?

Ile ryzykujemy?

Odpowiedź na pytanie „ile ryzykujemy?” wcale nie jest taka prosta. Mimo długiej historii istnienia funduszy inwestycyjnych i badań naukowych na ten temat nadal brakuje szybkiej i precyzyjnej metody ocenienia ryzyka inwestycji w konkretny fundusz. Branża wije się przed klientem, stosując różne metody opisowe, np. kategoryzując fundusze według instrumentów, w które inwestują, przyznając poziomy ryzyka czy określając, w jakim horyzoncie można spodziewać się zysków. Inwestorom preferującym liczby wylicza się wskaźniki, takie jak: maksymalne obsunięcia (czyli ile mógł stracić inwestor-pechowiec) czy ilość stratnych miesięcy z rzędu. Problemy z takimi metodami są przynajmniej dwa. Pierwszy to poziom skomplikowania. Chcąc spełnić coraz bardziej wysublimowane potrzeby regulatorów, branża mówi do klienta zawijasami, zdaniami wielokrotnie złożonymi, językiem prawniczym w najgorszym tego słowa znaczeniu. To oczywiście wzbudza wśród klientów niepokój i podejrzliwość. I może prowadzić do uproszczeń — patrz fala napływu środków do tzw. funduszy bezpiecznych, niezależnie od poziomu akceptowanego ryzyka. Drugi problem to niestacjonarność rynków. Wszelkie szacowanie ryzyka opiera się na danych historycznych i założeniu, że rynki zachowają się tak samo lub przynajmniej podobnie. Ewentualnie, że będziemy w stanie zareagować na pojawiające się „długie ogony”, czyli niespotykane wydarzenia. Historie kryzysów oraz upadki instytucji, które miały być bezwzględnie bezpieczne, pokazują, że opieramy się jedynie na uproszczeniach. I nie ma w tym niczego złego. Przecież to nie jest jedyna dziedzina naszego codziennego życia, w której narażeni jesteśmy na ograniczoną powtarzalność schematów.

Palcie banknoty każdego dnia

Najistotniejsze jest jednak, żebyśmy to my, inwestorzy, zdawali sobie z tego sprawę i nie wyolbrzymiali ryzyka, a właściwie prawdopodobieństwa negatywnego scenariusza. Tak jak robimy to na co dzień. Przecież intuicyjnie i namacalnie wiemy, że nawet jeśli nasza ulubiona pogodynka 90 razy na 100 miała rację, to wcale nie znaczy, że się nie będzie mylić w przyszłości. Ale czy to oznacza, że rezygnujemy z wyjścia na zewnątrz lub bierzemy za każdym razem parasol? Nie, zwyczajnie szacujemy ryzyko, czyli możliwe straty, koszt zabezpieczeń i zyski z podjęcia tego ryzyka. Czemu więc nie staramy się zrozumieć ryzyka inwestycji w fundusze? Być może dlatego, że trudno jest nam określić, jaki jego poziom akceptujemy. Nie pomaga nam w tym sama branża inwestycyjna. O ile maklerzy i doradcy bankowi odpowiadają na pytanie klienta „ile mogę stracić” długimi wywodami, to od klienta wymagają precyzyjnej, liczbowej informacji. A skąd ten biedny inwestor może wiedzieć, jaką stratę akceptuje, skoro nie miał okazji sprawdzić, albo — co gorsza — nigdy się nad tym nie zastanawiał? Najprawdopodobniej nie ma pojęcia, jakie myśli pojawią się w jego głowie, jakie emocje będą nim targały, gdy zacznie tracić 5, 20 czy 50 proc.? A w jaki sposób może to zweryfikować? Paląc 5 proc. swoich oszczędności? Kłopoty z nienamacalnością ryzyka inwestycyjnego skutkują m.in. błędami poznawczymi w rozróżnianiu straty papierowej od realnej („kupiłem fundusz, który wart jest obecnie 1000 zł mniej, ale dopóki go nie sprzedam, to nie straciłem” versus „zgubiłem 1000 zł”), przeszacowaniem strat nad zyskami (1 zł straty jest warte 2 razy więcej niż 1 zł zysku). To wszystko składa się na nasze inwestorskie zagubienie i może zakończyć się niechęcią do inwestowania w fundusze.

Nie możesz zmierzyć? Porównaj

Co możemy zrobić, żeby lepiej zrozumieć ryzyko, zamiast rezygnować z inwestowania w fundusze lub oddawać decyzje w ręce „doradców”? Jednym z rozwiązań jest porównywanie możliwych inwestycji. Metoda stosowana w wielu dziedzinach, w których mamy problem ze skwantyfikowaniem lub konkretnym określeniem poziomu jakiegoś zjawiska. Dla zobrazowania metody zróbmy skrócone porównanie ryzyka inwestycji w fundusze z kupnem mieszkania przy założeniu posiadania 100 tys. zł wolnych oszczędności.

1. Ryzyko płynności — minimalna kwota inwestycji w fundusze to 100 zł. Możemy zatem za założoną kwotę kupić wiele funduszy. Dodatkowo większość z nich umożliwia szybkie wyjście z inwestycji. A w przypadku większości funduszy pieniężnych i obligacji nie będzie oznaczać strat. Nieruchomość w większym mieście to wydatek rzędu 150-200 tys. zł. Wymaga zatem lewarowania się, czyli kredytu bankowego. Dodatkowo szybka sprzedaż nieruchomości wiąże się zazwyczaj z koniecznością obniżenia ceny, czyli strat finansowych — 1:0 dla rynku funduszy.

2. Ryzyko partnera — partnerem w przypadku inwestycji w fundusze są TFI, które podlegają nadzorowi KNF, mają obowiązek otwartej polityki informacyjnej. W przypadku nieruchomości to zazwyczaj osoby prywatne (rynek wtórny) lub deweloperzy (rynek pierwotny), wśród których można znaleźć wiele niewielkich podmiotów prywatnych. Dodatkowo, wśród wynajmujących znakomita większość to znów osoby prywatne, o których niewiele wiemy — 2:0 dla funduszy.

3. Możliwości dywersyfikacji — zabezpieczania się przed ryzykiem — w przypadku funduszy możemy stosować dywersyfikację, czyli kupno funduszy z nieskorelowanych rynków — opcja niedostępna w przypadku nieruchomości (przy portfelu 100 tys. zł) — 3:0 dla funduszy.

Edukacja, głupcze!

Analizę porównawczą rodzajów ryzyka możemy dla tych dwóch inwestycji rozszerzać — w zależności od tego, które rodzaje ryzyka mają dla nas kluczowy charakter. Warunkiem koniecznym do jej wykonania jest jednak wiedza i obiektywne spojrzenie. Jeśli zatem nie chcemy rezygnować z możliwych profitów z obydwu rynków, a z drugiej strony nie chcemy podejmować decyzji pod wpływem uproszczeń i błędów poznawczych, nie pozostaje nic innego jak edukacja. Wiedza pozwala dojść do głosu rozumowi, zamiast uproszczeniom, przesądom, mitom czy doradcom dbającym przede wszystkim o swój interes. A ile czasu poświęcić na jej zdobywanie? To kolejny dylemat przed którym stoimy jako właściciele 24-godzinnej doby. Pomocne pewnie będzie określenie, jak dużą wartość w naszym życiu ma pomnażanie swoich oszczędności.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Puls Biznesu, Partner materiału: BossaFund.pl

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Zrozumieć ryzyko