Zwiastuny końca bankowej bessy

Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl
21-02-2016, 22:00

Wniespełna miesiąc indeks WIG-Banki urósł o blisko tysiąc punktów, odbijając się z 4-letniego dołka.

Zdaniem niektórych, rynek zdyskontował już wszystkie niekorzystne informacje. Nie zmienia to mojej oceny, że notowane na GPW banki wciąż są zbyt drogie, aby stanowić inwestycyjną okazję.

20 stycznia branżowy indeks WIG-Banki wyznaczył 4-letnie minimum na poziomie 5174,17 pkt. Na przedpołudniowym fixingu 18 lutego jego wartość wzrosła do 6142,43 pkt. W niespełna miesiąc indeks zyskał więc 18,9 proc., co pozwoliło powrócić do stanu z początku roku. Wciąż jednak jest to poziom o 31 proc. niższy od szczytu bankowej hossy z lutego 2014 r.

Zimowe odbicie akcji banków uzasadniane jest na różne sposoby. Po pierwsze, stoi za nim mechanika rynku, który przez poprzednie osiem miesięcy przecenił bankowy indeks aż o 38 proc. Po tak silnych zniżkach nawet 20-procentowe odreagowanie nie stanowi zaskoczenia. Po drugie, w styczniu zmaterializowały się najważniejsze czynniki ryzyka, które stały za zeszłoroczną „masakrą” banków. 1 lutego w życie weszło opodatkowanie kredytów stawką 0,44 proc. rocznie. Zarządy banków, analitycy i inwestorzy zdążyli uwzględnić w wynikach bezpośrednie skutki nowej daniny. Z grubsza wiadomo więc, ile zapłacą poszczególne banki i o ile nowy podatek zmniejszy ich zyski. Po trzecie, nowi członkowie Rady Polityki Pieniężnej nie okazali się takimi gołębiami, jak się wcześniej obawiano. Przynajmniej werbalnie wykazują niewielką ochotę na cięcie i tak już rekordowo niskich stóp procentowych, co ze względu na zapisy tzw. ustawy antylichwiarskiej (ograniczającej nominalne oprocentowanie kredytów do czterokrotności stopy lombardowej NBP) i podatek od kredytów byłoby zabójcze dla wyniku odsetkowego niektórych banków. Po czwarte, zmaterializowały się koszty dopłat do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i branżowego Funduszu Wsparcia Kredytobiorców.

Wreszcie najważniejsze: prezydent Andrzej Duda, zgodnie z przedwyborczą obietnicą, złożył w Sejmie projekt przymusowej restrukturyzacji kredytów walutowych. Według obliczeń NBP, propozycja miałaby kosztować „sektor bankowy” astronomiczną kwotę 44 mld zł. Prezydencka ustawa z dużym prawdopodobieństwem oznaczałaby plajtę kilku dużych banków i choćby z tego powodu szanse jej wejścia w życie w obecnym kształcie są bliskie zera.

Zamiary władzy ujawnił wicepremier Mateusz Morawiecki, mówiąc: „Prezydent przygotował propozycję, ponieważ ją obiecał, ale nie będzie jej forsował”. Inwestorzy w lot złapali aluzję: propozycja Pałacu Prezydenckiego nie zostanie wdrożona, a frankowiczom rzuci się „ochłapy” kosztujące kilka miliardów złotych. Tak przynajmniej zdaje się myśleć rynek, gdyż po wypowiedzi Mateusza Morawieckiego notowania banków wystrzeliły w górę. Aby bankowa bessa na GPW mogła się zakończyć, na rynek muszą wypaść wszystkie bankowe trupy. Na razie wypadły: podatek, franki, SKOK Wołomin i SK Bank. Tyle że sytuacja w sektorze SKOK i w bankach spółdzielczych nie została do końca wyklarowana. Specyficznym problemem

polskich banków jest też zaangażowanie w kredytowanie spółek górniczych (JSW, Kompania Węglowa), gdzie potencjalnie drzemią straty liczone w miliardach. Słaba kondycja finansowa niektórych mniejszych (ale znacznie większych od SK Banku!) instytucji kredytowych także budzi obawy przed pierwszą od 2000 r. niewypłacalnością banku komercyjnego w Polsce. Na razie to ryzyko jest niewielkie, ale patrząc na rynkową wycenę aktywów niektórych podmiotów, nie można go całkowicie bagatelizować.

W odwodzie obozu niedźwiedzi pozostaje jeszcze groźba kryzysu w europejskim sektorze bankowym.

W styczniu i lutym rynek zwątpił w wypłacalność Deutsche Banku. Pod presją znalazł się praktycznie cały europejski sektor bankowy, gdzie aż roi się od potencjalnych „czarnych łabędzi” — czyli bankructw banków z grona „zbyt dużych, żeby upaść”. Czegoś takiego nikt nie potrafi przewidzieć i mało kto bierze pod uwagę w kalkulacjach inwestycyjnych.

Nawet jeśli żadne z powyższych zagrożeń się nie zmaterializuje, trudno uznać akcje banków notowanych na GPW za nadzwyczajną okazję inwestycyjną. Mimo 30-procentowej przeceny nadal są drogie. Przy obecnych cenach mediana c/z dla dziewięciu największych banków wynosi 15. Na koniec 2014 r. rynek wycenił jednego złotego faktycznie osiągniętego zysku za 2015 r. na 17,6 zł.

Z wyjątkiem PKO BP wyceny banków nie należą więc do szczególnie okazyjnych — c/z na bazie oczekiwanych tegorocznych zysków waha się od 13,3 w przypadku Millennium do 19,4 w Pekao. Podczas wieloletnich dołków z lat 2009 i 2011 wskaźnik ten w przypadku wielu banków spadał poniżej 10.

Moim zdaniem, dopiero zejście cen poniżej 10-krotności oczekiwanych zysków stanowiłoby okazję do zakupu akcji banków notowanych na GPW. Nie chodzi nawet o to, że nowy podatek i wymogi regulacyjne zapewne trwale obniżą zwrot z kapitału (ROE) w sektorze bankowym. Rzecz w tym, że kupowanie tak ryzykownego biznesu, jakim jest pożyczanie cudzych pieniędzy, w mojej ocenie wymaga należytej rekompensaty w postaci odpowiednio niskiego punktu wejścia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Zwiastuny końca bankowej bessy