Kott czyli... tygrys polskich finansów

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2005-04-01 00:00

Bogusław Kott, prezes Banku Millennium, jak wieść gminna niesie, najlepiej zarabiający polski menedżer, nie wygląda mi na człowieka specjalnie sentymentalnego i zapewne pamiętników nie prowadzi. A szkoda. I mój żal nie wynika wcale z tego, że komisja śledcza ds. PZU miałaby ułatwione zadanie — niech radzi sobie sama. Tylko zwyczajnie: byłby to dla fachowców niezwykle pouczający podręcznik do najnowszej historii polskiej bankowości, biały kruk dokumentujący okres polskiej transformacji gospodarczej ostatnich piętnastu lat.

W tym kontekście przesłuchanie Bogusława Kotta, zwanego w środowisku bankowym czarodziejem, przypomina mi egzaminowanie starego profesora przez grupę przypadkowo zebranych, bardzo ambitnych studentów pierwszego roku, naszpikowanych wiedzą zaczerpniętą z bryków przygotowanych przez sfrustrowanych kolegów ze starszych roczników, którzy często usiłowali, bez powodzenia, zaliczyć u profesora jakieś kolokwium. Zapału i pryncypialności im nie brakuje, ale nie osiągnęli jeszcze pierwszego stopnia wtajemniczenia, mianowicie umiejętności formułowania sensownych pytań.

Zamiast tego mieliśmy więc albo popisy oratorskie członków komisji, nie mające nic wspólnego z przesłuchaniem, albo dręczenie przesłuchiwanego babraniem się — z miną odkrywcy, co najmniej, mumii Tutenchamona — w nieistotnych szczegółach. Tymczasem posłowie zmarnowali jedyną być może i niepowtarzalną okazję, by dowiedzieć się, jak we współczesnym świecie zrealizować sformułowane już przez Reymonta w „Ziemii obiecanej” marzenie: ja nie mam nic, ty nie masz nic, stworzymy więc... bank. Bo tak przecież powstał, stworzony przez Kotta, Bank Inicjatyw Gospodarczych. Opowiedziałby prezes posłom, jak przejąć bankrutujący bank, ale jednak z oddziałami, nie płacąc za niego ani złotówki, więcej: zarabiając na tym czysty pieniądz, czy wreszcie — jak „łyknąć” i się nie zadławić, znacznie większego od siebie (przejęcie Banku Gdańskiego przez BIG).

Można spokojnie zaryzykować twierdzenie, że gdyby nie dyletanccy „lekarze bez granic”, czyli duet Jamroży-Wieczerzak, wykreowani przez polityków AWS na superfinansistów, do tej pory już całe PZU byłoby w rękach królika, przepraszam, prezesa Kotta, i jego bliższych i dalszych znajomych, i znajomych znajomych (bo to duży kąsek). I o to trzeba pytać, panowie posłowie i pani posłanko: jak to się robi? A nie o to, kto wiózł weksel, nawet na miliard złotych, i gdzie on był zdeponowany?