Próba jedności

Jacek Zalewski
06-11-2008, 00:00

Wczorajszy szczyt czterech premierów Grupy Wyszehradzkiej — której Polska obecnie przewodniczy — wzbogacony o trzech premierów republik bałtyckich, był praktyczną realizacją idei Donalda Tuska, aby obie formacje połączyć. Nie chodzi o tworzenie kolejnych struktur, lecz o zgodne występowanie przynajmniej w niektórych sprawach na forum Unii Europejskiej.

Wielokrotnie pisałem, że zawiązana w 1991 r. Grupa Wyszehradzka wypełniła swoje zadania i po przystąpieniu 1 maja 2004 r. jej udziałowców (Polski, Czech, Słowacji i Węgier) do UE powinna się uroczyście rozwiązać. W naprawdę ważnych kwestiach czwórce państw nie udaje się przemawiać jednym głosem. Najbardziej jaskrawie wyszło to na jaw podczas negocjacji akcesyjnych przed szczytem w Kopenhadze w 2002 r. Nic się nie zmieniło także w UE — wystarczy przypomnieć dwa przykłady rozbijającej regionalną soli-

darność polityki Węgier. Premier Ferenc

Gyurcsány energetyczne zaopatrzenie swego kraju z pełnym zaufaniem powierzył Rosji, ostatnio zaś bank centralny pograł stopami procentowymi dla ratowania forinta, kosztem walut sąsiadów.

Batalia o energetyczno-klimatyczny pakiet UE staje się pierwszym od wielu lat konkretem, który powinien scementować nie tylko Grupę Wyszehradzką, ale cały nasz region. Podczas ostatniego szczytu Rady Europejskiej — zapisanego w kronikach kompromitującym sporem o samolot — Donaldowi Tuskowi udało się zmontować koalicję ośmiu państw, które poparły polską koncepcję wyrozumiałości UE dla państw na dorobku. Miało ich być dziewięć, ale czeski premier Mirek Topolánek oświadczenia nie podpisał. Wczoraj w Warszawie został sygnatariuszem wspólnego komunikatu, z czego należy wnioskować, że na decydującym szczycie w grudniu będzie trzymał sztamę. Jego postawa jest wyjątkowo ważna, jako że od 1 stycznia 2009 r. Czechy przejmują półroczne przewodnictwo Unii Europejskiej.

Tradycją wyszehradzkich szczytów są spotkania na osobności premierów Słowacji i Węgier, którzy ścierają się w sprawach narodowościowych. Wczoraj owa tradycja znalazła świeżą pożywkę w postaci interwencji słowackiej policji, która w weekend spacyfikowała kibiców narodowości węgierskiej. Obu premierów próbował publicznie godzić Mirek Topolánek. Z kolei estoński premier Andrus Ansip słusznie zauważył, że we Francji budowa elektrowni atomowej trwa średnio 7,5 roku, natomiast projektowi litewsko-łotewsko-estońsko-polskiej Ignaliny 2 już 3,5 roku zeszło na pustym gadaniu — co

adresował do odchodzącego litewskiego premiera Gediminasa Kirkilasa.

Jeśli reprezentowana wczoraj na Zamku Królewskim siódemka państw oraz Bułgaria i Rumunia stworzą na grudniowym szczycie w Brukseli rzeczywistą, twardą koalicję biedniejszych członków Unii Europejskiej — będzie to naprawdę wielkim osiągnięciem Polski. Pod warunkiem, że nasza reprezentacja nie będzie znowu orłem dwugłowym.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Próba jedności