Wyborczy diabeł tkwi w szczegółach

20-10-2015, 22:00

Wczorajsza konfrontacja liderów ośmiu ogólnopolskich komitetów nie była jednak teleturniejem „Jeden z ośmiu”

Przed wyborami prezydenckimi debata telewizyjna wszystkich kandydatów, z wyjątkiem Bronisława Komorowskiego, przypominała jako żywo teleturniej „Jeden z dziesięciu”. Wczorajsza konfrontacja liderów ośmiu ogólnopolskich komitetów wyborczych mimo wizerunkowego podobieństwa — w studiu TVP również stanęli za pulpitami w półokręgu — absolutnie nie była jednak teleturniejem „Jeden z ośmiu”.

Zobacz więcej

WM, Puls Biznesu

Po pierwsze — tym razem wybrańców będzie aż 560 (460 posłów i 100 senatorów). Po drugie — w wyborach proporcjonalnych do Sejmu wejdą ze cztery, a być może aż sześć partii. Wybierany większościowo w okręgach jednomandatowych Senat zostanie natomiast rozebrany przez duopol PiS i PO, kandydatom PSL i niezrzeszonym skapną najwyżej ze cztery mandaty. W kluczowej kwestii utworzenia rządu i wyrażenia mu wotum zaufania liczy się jednak wyłącznie układ sejmowy, a druga izba — równie często co błędnie tytułowana wyższą — wyłącznie kibicuje.

Z badań socjologicznych wynika, że w Polsce 40 proc. elektoratu podejmuje decyzje w ostatnich dniach przed wyborami. Inne dane wskazują, że debaty telewizyjne podpowiadają stawianie krzyżyków na kartach około 10 proc. głosujących.

Dlatego w bezpośrednim starciu w studiu jest o co walczyć. Notabene każdy bije się na innym ringu. Dla pewnie przewodzącego w sondażach PiS wyborczym niebem będzie wyłącznie zdobycie co najmniej 231 mandatów, każdy wynik poniżej to męczący czyściec. Komitety balansujące na dolnym sejmowym progu mają zupełnie inny problem — dla nich różnica głosów między szczęśliwym odsetkiem 5,00 a fatalnym 4,99 to granica między politycznym życiem a śmiercią.

Dla koalicji Zjednoczona Lewica te procenty wynoszą odpowiednio 8,00 i 7,99. Życiodajna jedna setna to w skali kraju około 1,5 tys. głosów.

Dlatego zrozumiały jest zgiełk sześciu komitetów, że poniedziałkowa debata wyłącznie kandydatek PO i PiS była nieczystą zagrywką głównych telewizji.

Prawnie mają świętą rację, bo zwłaszcza nadawca publiczny nie powinien w tym uczestniczyć i udostępniać studio. Starcie Ewy Kopacz z Beatą Szydło oglądało łącznie 8 mln widzów, a zorganizowany w TVP2 suplement dla pominiętych maluchów — zaledwie 2,6 mln, różnica jest ogromna. Czołowe telewizje argumentują, że podeszły do tematu nie stricte kodeksowo, lecz realistycznie, wszak od dziesięciu lat w Polsce wiadomo, że premier może wywodzić się tylko z PO lub PiS. Notabene istnieje opinia, że małe komitety wcale nie zostały pokrzywdzone, albowiem w poniedziałek obie rywalki uciekaniem od odpowiedzi na niewygodne pytania nieznacznie… obniżyły notowania swoich partii.

Dopiero przed ciszą wyborczą okaże się, czy w ogóle i jak drgną sondaże po wtorkowej prezentacji liderów partii już w komplecie. Generalne wyniki głosowania 25 października już są ustabilizowane — najwięcej mandatów w Sejmie oraz — o czym trzeba pamiętać — w Senacie zdobywa PiS przed PO. Pozostają tylko i aż szczegóły, do których odnosi się tytuł — komu z balansujących uda się do Sejmu wskoczyć oraz jaka w związku z tym będzie zdolność PiS do utworzenia stabilnego rządu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Wyborczy diabeł tkwi w szczegółach