W rocznicę podpisania 4 kwietnia 1949 r. traktatu przed kwaterą główną sojuszu w Brukseli wciągnięta została na dostawiony maszt flaga Finlandii. Zaplanowane jest już także miejsce na szwedzki, ale musi on poczekać w magazynie. Rok temu na szczycie NATO w Madrycie 30 prezydentów/premierów jednomyślnie zatwierdziło akcesję obu neutralnych państw nadbałtyckich. Później jednak turecki prezydent Recep Erdoğan i węgierski premier Viktor Orbán okazali się politycznymi oszustami, którzy zastopowali ratyfikację. Po wielu naciskach z łaski przepuścili jedynie Finlandię, natomiast Szwecji wciąż nie pozwalają.
Dla Władimira Putina wieść o sfinalizowaniu akcesji akurat Finlandii jest hiobowa. Napadając 24 lutego 2022 r. na Ukrainę z przekonaniem o błyskawicznym obsadzeniu w Kijowie wasalnego rządu, nie spodziewał się skutku agresji w postaci wydłużenia aż o 1340 km lądowego styku Rosji ze znienawidzonym NATO, przy czym to granica z bitnymi Finami. Szwecja na razie pozostaje ze statusem prawie członka oficjalnie zaproszonego. Akcesja sąsiadów zza Bałtyku, z ich silnymi armiami i przemysłami obronnymi, bardzo wzmacnia od północy obronność Polski, Litwy, Łotwy i Estonii.
Fińska flaga w NATO i sojusznicza w Helsinkach symbolizują ostateczne wyrzucenie do kosza kategorii tzw. finlandyzacji. Od zakończenia drugiej wojny światowej była to bardzo wygodna dla Związku Radzieckiego formuła, praktycznie realizowana właśnie przez Finlandię i nie tylko. Chodziło o bufor państw tzw. kapitalistycznych, ale merdających ogonami wobec Moskwy. Helsinki zachowywały się potulnie, czasami wręcz wasalnie, dzięki czemu bywały akceptowane jako punkt neutralnych spotkań Wschodu z Zachodem. Teraz duma z tego powodu uleciała już nieodwracalnie, ale poczucie bezpieczeństwa jest dla Finów – w tej sprawie od roku zjednoczonych – po stokroć ważniejsze.

