Prywatne polisy lekiem dla służby zdrowia

GN
opublikowano: 2010-04-09 00:00

Kolejki chorych, a szpitale pracują na pół gwizdka, bo NFZ nie ma pieniędzy. Ale rzuca kłody ubezpieczycielom.

Kolejki chorych, a szpitale pracują na pół gwizdka, bo NFZ nie ma pieniędzy. Ale rzuca kłody ubezpieczycielom.

Służba zdrowia jest chora. Ponadto jej stan się pogarsza, mimo że kroplówka jest coraz mocniejsza. Tegoroczny budżet NFZ — 53,2 mld zł — jest o 19 mld zł większy niż pięć lat temu. Mimo większych pieniędzy ani jakość, ani dostępność świadczeń się nie poprawiła.

— Około 650 tys. osób oczekuje w kolejkach do szpitali i gabinetów zabiegowych. Jednocześnie wykorzystanie łóżek szpitalnych jest na poziomie 70 proc., podczas gdy bezpieczny poziom to 80-85 proc. Widać więc rezerwę: mamy zaplecze szpitalne, sprzęt, lekarzy. Problemem jest brak pieniędzy, dlatego szpitale nie wykonują więcej zabiegów. Aby rozładować kolejki, trzeba jednorazowo wpompować w system służby zdrowia około 3 mld zł, co w obecnej sytuacji budżetu jest niemożliwe — mówi Paweł Kalbarczyk, dyrektor biura ubezpieczeń zdrowotnych PZU Życie.

Zdaniem ubezpieczycieli, wyjściem jest wprowadzenie systemu prywatnych ubezpieczeń szpitalnych. Dziś to produkt marginalny, łączna składka z nich to zaledwie kilka milionów złotych rocznie, a takie polisy oferują trzy towarzystwa: PZU, Signal Iduna i Medicover.

— Jeśli wprowadzimy sprzyjające warunki dla rozwoju ubezpieczeń szpitalnych, w ciągu pięciu lat do systemu ochrony zdrowia trafi 300 mln zł, potem będzie to 200 mln zł rocznie. Te warunki to przede wszystkim likwidacja barier w kontraktowaniu szpitali z ubezpieczycielami. Dobrze byłoby, gdyby rząd zdecydował się na ulgę podatkową i umożliwił zakup z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych — wylicza Paweł Kalbarczyk.

Teoretycznie każdy szpital może świadczyć usługi dla towarzystw ubezpieczeniowych. Robią to nieliczne.

— Przepisy są skomplikowane i dyrektorzy szpitali nie wiedzą, jakie mają możliwości. Pokutuje przekonanie, że NFZ jest jedynym możliwym kontrahentem. Istnieje też przeświadczenie, że nie ma legalnego sposobu na szybsze dotarcie do świadczenia zdrowotnego. Wszystko dlatego, że źle jest rozumiana zasada równego dostępu do świadczeń. Jest mit kolejki do łóżka szpitalnego, podczas gdy jest to kolejka do publicznych pieniędzy. Posiadacz polisy nie przeskakuje kolejki, nie zajmuje czyjegoś miejsca, ale płacąc z własnych pieniędzy wykorzystuje wolne zasoby szpitala — mówi Marcin Matczak, partner w kancelarii Domański Zakrzewski Palinka.

Spora w tym wina NFZ.

— W kontraktach NFZ stosuje zapisy hamujące rozwój ubezpieczeń: kładzie łapę na szpitale, chce, by były one dostępne 24 godz. na dobę, ale jednocześnie nie płaci tyle, by w pełni wykorzystać ich możliwości. Szukamy możliwości wykazania szkodliwości i niezgodności z prawem takich zapisów — zapowiada Marcin Matczak.