Underground pochłonie inwestora

Mniej znane awangardowe ugrupowania wychodzą z cienia wielkich nazwisk — z obrazami na poziomie europejskim i abstrakcyjnie niskimi cenami

Prace najwyżej cenionych krajowych abstrakcjonistów mogą kosztować setki tysięcy złotych, a niezależnie od tego, czy wypełniają je starannie geometryczne koła, czy postrzępione rozbryzgi farby, z katalogowych opisów udaje się zwykle wyłowić, że chodzi w nich o coś związanego z przestrzenią. Pozorny chaos — określany ogólnie nurtem abstrakcji — da się jednak dosyć szybko uporządkować, i to na przykładach równie pionierskich, ale znacznie mniej kosztownych.

MECHANIZM CENOWY:
Zobacz więcej

MECHANIZM CENOWY:

„Mechanofaktura czarno-biało-czerwona” licytowana będzie od 29 tys. zł. Grafika jest znanym dziełem Henryka Berlewiego – w ubiegłym roku cena innej mechanofaktury wyniosła na aukcji 70 tys. zł. ARTISSIMA

Poza kręgiem artystów, których prace są obecnie najdroższe, w latach 50. w kraju działało sporo ośrodków tzw. artystycznego undergroundu, jak na przykład mało komu znana śląska Grupa St-53, która nazwą nawiązywała do miejsca powstania, czyli ówczesnego Stalinogrodu. W związku z tym, że prace mogą istotnie zwiększyć wartość w przyszłości, a teraz kosztują jeszcze stosunkowo mało, poruszanie się w tym obszarze grozi niebezpieczeństwem — wejście w underground jest proste, ale można się wciągnąć na dobre i dołączyć do grupy silnie uzależnionych.

Początki są niewinne, bo w katalogu zaplanowanej na 18 maja aukcji wyraźnie wyróżnia się grafika Henryka Berlewiego, która licytowana będzie od 29 tys. zł. Dom aukcyjny Artissima spodziewa się, że praca może być warta nawet 70 tys. zł, bo dla całej tej abstrakcyjnej masy kanciastych linii i bezkształtnych zacieków z połowy ubiegłego wieku ta właśnie „Mechanofaktura” jest czymś w rodzaju wstępu.

Henryk Berlewi był czołowym przedstawicielem awangardy, ale lat 20., więc bardzo wczesnej i nowatorskiej — a wymyślone przez niego schematyczne mechanofaktury zalicza się do tzw. konstruktywizmu, czyli nurtu polegającego na ograniczeniu się tylko do prostych elementów geometrii. Układając czerwone i czarne kształty, przy zachowaniu odpowiedniego rytmu, Berlewi w pewnym sensie skrócił malarstwo, doprowadził je do najprostszej możliwej postaci, co otworzyło drogę kolejnym pokoleniom rozwijającym abstrakcję.

Inwestor, który chciałby iść tym tropem, może wybierać wśród licznych prostokątów i kwadratów, które w zależności od okresu powstania, zastosowanejtechniki i rozpoznawalności autora, mogą kosztować od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych — jak w przypadku bladych kostek Henryka Stażewskiego, których estymacja kończy się na 35 tys. zł.

Dla inwestycyjnego potencjału tego reliefu — czyli pracy, która trochę odstaje — istotna jest przede wszystkim data, bo 1961 r. to czas ważnych poszukiwań malarza, który niewątpliwie badał przestrzeń, a konkretniej to, na ile prostokąt pozostanie zwykłym, nic nieznaczącym prostokątem, jeśli będzie inaczej ułożony względem innego zwykłego prostokąta. Żeby na przykład pokazać jakiś ruch, wystarczyło jeden z nich przekrzywić — i tym m.in. zajmowała się abstrakcja geometryczna, którą trudnili się nie tylko poszukiwany Stażewski, ale też coraz bardziej odkrywani Krystyn Zieliński, Janusz Orbitowski czy Andrzej Gieraga.

Mniej prostokątem, a bardziej walcem operowała natomiast Zofia Artymowska, której prace z lat 60. i 70. mają ceny wywoławcze na poziomie 12 tys. zł. Walcom lśniącym na jej obrazach metalicznym blaskiem warto się przyjrzeć trochę uważniej, bo swoją precyzją sprawiają wrażenie trójwymiarowości, co pozwala przypisywać je do op-artu, czyli nurtu sprawnie oszukującego wzrok. Zaczynając od konstruktywizmu i przechodząc przez różne wersje geometrycznych figur, inwestor chcący zróżnicować portfel, dojdzie do abstrakcjonistów, których te matematyczne rygory zwyczajnie zmęczyły.

Artyści, którzy chcieli pokazać, że prawdziwy dramatyzm nie kryje się w poprzesuwanych kwadratach, ale w swobodnie rozlewanej farbie, która ocieka strugami z obrazu, tworzyli w duchu tzw. informelu — jak chociażby Rajmund Ziemski, którego olej z początku lat 60. ma estymację do 35 tys. zł.

Gwałtownie malowane plamy, wolne o jakichkolwiek kompozycyjnych układów, znaleźć można też na niewielkiej pracy Alfreda Lenicy czy kilku wczesnych obrazach Urszuli Broll, która była przedstawicielką undergroundowej Grupy St-53. Jeśli jednak nierozpoznawalne rozbryzgi nie mają jeszcze szans skojarzyć się z wysoką malarską jakością, bardziej od katalogowych not Urszuli Broll przekonująca będzie prawdopodobnie twarz Gordona Gekko — w zależności od kadru — raz na tle porozrzucanych plam koloru, a raz przy pejzażu Joana Miró, składającego się z większej czarnej bryły i trzech mniejszych kropek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Alternatywne / Underground pochłonie inwestora