Elegant przebiera w wisienkach

opublikowano: 27-07-2016, 22:00

Karoserie błyszczą jak dojrzałe czereśnie, bo to Concours d’Elegance. Inwestor rozgląda się wśród „wisienek” i odjeżdża gruchotem z lat 90.

Samochody w dobrym stanie to wisienki, a kiepsko podreperowane graty to cytryny. Kiedy kupującym brakuje na rynku rzetelnych informacji, cytryn robi się więcej, a wisienki znikają z oferty — uznał pewnego dnia George Akerlof, amerykański ekonomista, któremu po ryzykownym artykule o cytrynach przyznano w końcu Nagrodę Nobla. Na rynku inwestycyjnych samochodów mogłoby być podobnie — bo kolekcjonerzy nie muszą się przecież znać na starych autach tak dobrze jak oferenci — ale nie jest. Kiedy na aukcję wystawiane są okazy z samochodowego konkursu elegancji, nie trzeba się specjalnie wytężać nad rozróżnianiem cytryn od wisienek. Licytowane są same wisienki. A wśród wisienek — straszliwe rzęchy.

DALEKO OD SZOSY: Żeby zarobić, nie trzeba przesiadać się na auto z lat 90. — Renault Alpine może drożeć w garażu, ale trzeba na nie wydać od 20 tys. USD (79 tys. zł).
Wyświetl galerię [1/4]

DALEKO OD SZOSY: Żeby zarobić, nie trzeba przesiadać się na auto z lat 90. — Renault Alpine może drożeć w garażu, ale trzeba na nie wydać od 20 tys. USD (79 tys. zł). DARIN SCHNABEL RM SOTHEBY’S

Grat w garażu

Symbolem dojrzałego rynku inwestycyjnych aut nie musi być wyceniane w milionach dolarów czerwone ferrari, które — owszem — nie straci po latach wartości, ale zbyt szybko nie będzie też drożało. Katalogi zagranicznych aukcji pokazują wyraźnie, że inwestorzy świadomi zarobkowego potencjału przysłowiowych gruchotów osiągają znacznie wyższe stopy zwrotu, przeznaczając przy tym równowartość nie kilku milionów, tylko kilkudziesięciu tysięcy złotych. Auto, które z pozoru wygląda tak, jakby co niedzielę wyjeżdżał nim z garażu emerytowany sąsiad, który nie zmieniał modelu od czasu, kiedy jeszcze miał bujne włosy, może się okazać bardziej inwestycyjne niż wypolerowany kabriolet, ale musi spełniać kilka wymogów. Żeby wyglądający na cytrynę trzydziestoletni mercedes dał zarobić, powinien być przede wszystkim rzadki w obiegu i utrzymany w takim stanie, żeby nadawał się na konkurs elegancji — a więc pomysł, żeby powymieniać mu trochę oryginalnych części na dzisiejsze, doprowadzi tylko do utraty wartości. Oficjalna aukcja z amerykańskiego Concours d’Elegance odbędzie się 30 lipca w stanie Michigan, ale inwestor, który nie zamierza w niej uczestniczyć, też sporo wyniesie — właśnie dzięki wystawionym tam gruchotom. Przykładowy mercedes 450 SLC ma estymację od 30 tys. USD (119 tys. zł), a w katalogu opisywany jest przez ekspertów jako wyjątkowa kolekcjonerska rzadkość. Raczej nie dlatego, że ma stereo Beckera i odtwarza muzykę z kasety — wisienkę robi z niego podaż, bo w przeciwieństwie do modelu 450 SL, takich SLC powstało trochę ponad 1,5 tys.

Nie porsche, nie jaguar

Jeszcze mniej, bo od 20 tys. USD (79 tys. zł) można zainwestować w dobrze zachowany samochód Renault Alpine z 1990 r., ale tym razem informacja, która nie pozwoli zrobić z niego cytryny, dotyczy samego producenta. W połowie lat 50. jeden z francuskich dealerów Renault uruchomił na boku małoseryjną produkcję samochodów, które w dużej mierze składane były ręcznie, ale z bardzo nowoczesnych materiałów i w duchu trochę odważniejszego, awangardowego wzornictwa. W tym przypadku luksusowych samochodów jest mało, bo tak zakładał plan, jednak zdarzają się też serie, których kolekcjonerską wartość podniosły ewidentne błędy producentów. Ciekawym przykładem z aukcji jest wyceniany na 80-100 tys. USD (317- -397 tys. zł) ford z połowy lat 50., który nie dosyć, że nazywa się Fairlane Crown Victoria Skyliner, to jego karoseria ma dwa, oddzielone chromowaną listwą kolory — pastelowy róż i śmietankowy. Potocznie nazywany „Glasstop Vicky” utrzymał się na rynku tylko dwa lata, ale na wyniki sprzedaży nie miały wpływu landrynkowe zestawy kolorów, tylko szyba zainstalowana w dachu, przez którą w środku było za gorąco. Dla inwestora różnicującego aktywa w Polsce szyba utrudniająca przejażdżki w Kalifornii pozostaje przy tym bez znaczenia, a cena i tak jest sporo niższa niż stawka, której dom aukcyjny spodziewa się za najdroższe bordowe ferrari. Nastawiając się na licytację przy pozycji opisanej jako „365 GTB/4 Daytona Berlinetta by Scaglietti”, trzeba przygotować się na wydatek z przedziału 625-675 tys. USD (2,5 mln — 2,7 mln zł) — w zamian za włoski dizajn z lat 70. prosto z Pininfariny i z maską opisywaną w katalogu jako przywodzącą na myśl nowoczesne formy z „Predatora”. Dla skoncentrowanych wyłącznie na ferrari, ale dysponujących mniejszym budżetem, jest też wyceniony od 150 tys. USD (595 tys. zł) sportowy model Testarossa z lat 80. Jest w dobrym stanie i ma wyjątkowo kompletną dokumentację, poza tym to właśnie to typowe ferrari z chowanymi reflektorami, które jest znane z filmów i plakatów. Jest soczyście czerwone, a jego premiera odbyła się przy Champs-Élysées, w znanym z burleski nocnym klubie Lido, co już samo w sobie nie pozostawia wątpliwości, że inwestor ma do czynienia z wisienką czystej próby.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu