Rząd znowu łata budżet pieniędzmi przyszłych emerytów
Mimo najlepszej sytuacji demograficznej w historii, wydajemy oszczędności odkładane na czarną godzinę.
Powołany do życia przez rząd Jerzego Buzka Fundusz Rezerwy Demograficznej (FRD) miał być finansową poduszką bezpieczeństwa, która za 20 lat złagodzi problem starzejącego się społeczeństwa. Tymczasem znowu rząd łata nim bieżące braki w budżecie. Rada Ministrów przyjęła rozporządzenie, zgodnie z którym przekazuje 4 mld zł z FRD na finansowanie bieżących emerytur.
Falstart
Rząd tłumaczy w uzasadnieniu, że ten krok nie zaszkodzi funduszowi, ponieważ pieniędzy jest w nim wystarczająco dużo. Na koniec 2010 r. w FRD zgromadzonych było 10,2 mld zł, a do końca 2011 r. napłynie do niego kolejne 8 mld zł. Nawet po wykorzystaniu 4 mld zł na emerytury kwota zgromadzona w funduszu wzrośnie do 14,2 mld zł.
Rząd przekonuje też, że ma mandat do sięgnięcia do FRD, ponieważ sytuacja demograficzna już się pogarsza. Jako argument przytacza fakt, że "w latach 2005-10 odsetek osób w wieku poprodukcyjnym (60+ dla kobiet i 65+ dla mężczyzn) wzrósł z 15,4 proc. do 16,8 proc." i dodaje, że "w kolejnych latach zjawisko to będzie narastać".
— To jest jakieś nieporozumienie. Sytuacja demograficzna w Polsce nie pogarsza się dzisiaj na tyle, by już korzystać z FRD. Teraz jest czas, kiedy tę poduszkę powinno się maksymalnie pompować, bo prawdziwe problemy demograficzne są dopiero przed nami — ostrzega Marek Góra, ekonomista Szkoły Głównej Handlowej, twórca reformy emerytalnej z 1999 r.
Według Krzysztofa Rybińskiego, rektora uczelni Vistula, obecnie sytuacja demograficzna Polski jest wręcz najlepsza w historii.
— Na rynku pracy są właśnie dwa potężne wyże demograficzne — z lat 50. i 80. Taka sytuacja może się nie powtórzyć przez następnych kilka pokoleń. Dlatego nie ma żadnego powodu, by już przejadać rezerwę — mówi ekonomista.
Łatwy zysk
Rząd Donalda Tuska już drugi raz sięga do FRD. We wrześniu 2010 r. przekazał do budżetu całość z 7,5 mld zł, jakie widniały wówczas na koncie funduszu. Łącznie w latach 2010-11 r. rząd wyda więc na bieżące potrzeby 11,5 mld zł. To równowartość kwoty, którą w tym czasie wydał z budżetu na ochronę zdrowia. To też prawie połowa rocznych wpływów do budżetu z podatku od firm.
— Rząd podjął polityczną decyzję: uznał, że dla ograniczenia długu publicznego woli sięgać po pieniądze z FRD, niż obcinać wydatki czy podnosić podatki. Ma do takiej decyzji prawo, jednak dla równowagi gospodarczej byłoby lepiej, gdyby rezerwę demograficzną gromadzić, niż ją wydawać, a oszczędności szukać gdzie indziej — mówi Piotr Kalisz, główny ekonomista Citi Handlowego.
Kiedy za pierwszym razem rząd sięgał do FRD, znaczenie rezerwy było mniejsze niż obecnie. Głównym zabezpieczeniem przed przyszłym kryzysem demograficznym był — jeszcze wówczas silny — drugi filar systemu emerytalnego. Obywatele w dużej części sami odkładali na przyszłe emerytury. Pół roku temu rząd ściął jednak transfer do OFE o dwie trzecie, przez co drugi filar przestał chronić system emerytalny przed ryzykiem demograficznym. Rola, jaką odegra FRD w przyszłości, znacznie więc wzrosła.
14,2
mld zł Tyle pieniędzy zgromadzonych będzie w Funduszu Rezerwy Demograficznej na koniec 2011 r. — przewiduje rząd...
25,7
mld zł... a tyle byłoby, gdyby rząd nie wykorzystywał funduszu na finansowanie bieżących wydatków.
Irena Wóycicka Moment wydaje się przedwczesny
1Czy 2011 r. to odpowiedni moment na korzystanie z pieniędzy zgromadzonych w Funduszu Rezerwy Demograficznej?
Patrząc na prostą prognozę bilansu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, wydaje się, że to moment nieco przedwczesny. Deficyt w FUS będzie narastał przynajmniej przez dwie-trzy dekady — dopiero wówczas pieniądze z rezerwy byłyby najbardziej przydatne. Ale trzeba pamiętać, że prognoza FUS jest dalece niedoskonała, bo ma charakter statyczny. Nie uwzględnia np. ewentualnych zmian dotyczących wieku emerytalnego, wzrostu aktywności ekonomicznej ludności i wielu innych czynników. Niestety, brakuje solidnej analizy, która uwzględniałaby wszystkie te zjawiska. Dopiero taka prognoza pokazałaby w wiarygodny sposób, jakiej wysokości rezerwa jest nam potrzebna i kiedy należy ją wypłacać.
2Zgodnie z obecnymi przepisami, tworzonymi dekadę temu, rząd ma prawo sięgnąć po pieniądze do FRD od 2009 r. Czy kłódka nie została zdjęta zbyt szybko?
Kiedy pod koniec lat 90. tworzona była ustawa emerytalna, jej twórcy za moment zwrotny przyjęli rok 2009, czyli moment, w którym wypłacone zostaną pierwsze emerytury z nowego systemu. Czy to była dobra data? Przy pobieżnej analizie wydaje się, że ten limit powinien być ustanowiony nieco później. Ale znowu brakuje podstawy do takiego stwierdzenia. Nie można określić żadnej nowej daty, dopóki nie mamy porządnej, wiarygodnej prognozy.
Demograficzna bomba tyka
Rząd Donalda Tuska sięga po pieniądze z Funduszu Rezerwy Demograficznej (FRD) w momencie, kiedy w Polsce — według danych Głównego Urzędu Statystycznego — jest 24,6 mln osób w wieku produkcyjnym i 6,4 mln osób w wieku poprodukcyjnym. Czyli sytuacja emerytalna kraju jest dość komfortowa — na jednego emeryta składa się czterech pracowników.
Tymczasem rezerwa była zaplanowana w ten sposób, by wydać ją, kiedy sytuacja demograficzna znacznie się pogorszy. W 2035 r. liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie do 20,7 mln, a osób w wieku poprodukcyjnym wzrośnie do 9,6 mln. Czyli obciążenie emerytalne statystycznego pracownika wzrośnie dwukrotnie — będzie musiał płacić dwukrotnie wyższą składkę emerytalną, albo rząd będzie musiał podnieść mu podatki.
Przed tym zagrożeniem częściowo miały chronić przyszłych pracowników i emerytów takie instrumenty, jak otwarte fundusze emerytalne czy FRD, ale rząd w ostatnich latach odchodzi od pierwotnych koncepcji.
26,1%
Taki jest stosunek osób w wieku poprodukcyjnym (60+ dla kobiet i 65+ dla mężczyzn) do osób w wieku produkcyjnym (18-59/64). Czyli na jednego emeryta pracują cztery osoby.
46%
Tak będzie wyglądała ta relacja za 25 lat. Jeden emeryt będzie na utrzymaniu dwóch osób w wieku produkcyjnym (w tym bezrobotnych i rencistów).