Co nam mówią wskaźniki koniunktury?

Krzysztof Kolany
opublikowano: 24-10-2019, 22:00

Słabnący przemysł oraz zwalniający transport kontrastują z hurraoptymizmem konsumentów, napędzanym kredytowym boomem. Na dłuższą metę to potencjalnie wybuchowa mieszanka

Od mniej więcej roku wiadomo, że polska gospodarka szczyt cyklu koniunkturalnego ma już za sobą. Jeszcze początek roku mógł oferować złudzenia, że jesteśmy odporni na spowolnienie przychodzące zza granicy (zwłaszcza tej zachodniej). Teraz już wiemy, że były to płonne nadziej. Wzrost gospodarczy wyraźnie hamuje, a ekonomiści obniżają prognozy na kolejne kwartały.

Hamowanie czy spowolnienie

Już nikt nie pyta, czy koniunktura gospodarcza się pogorszy. Pytanie brzmi: jak bardzo? I nie dotyczy ono jedynie Polski. Na całym świecie sektor przemysłowy znalazł się w recesji. Choć mało gdzie tak głębokiej jak w Niemczech — u naszego głównego partnera handlowego. Równocześnie wpływ dekoniunktury nad Renem jest łagodzony przez trend przenoszenia produkcji z zachodu Europy do krajów naszego regionu. Stąd też PMI dla polskiego sektora wytwórczego (47,8 pkt we wrześniu) wskazuje na razie na łagodne spowolnienie, a nie załamanie w stylu niemieckim, gdzie analogiczny wskaźnik spadł do 41,9 pkt.

Jeśli patrzeć tylko na twarde dane nadchodzące z polskiej gospodarki, to sytuacja nie prezentuje się źle. Po kiepskim sierpniu wrzesień przyniósł poprawę statystyk z przemysłu, handlu i budownictwa. Jednak po części za ten stan odpowiadała większa niż przed rokiem liczba dni roboczych. Bez tego efektu kalendarzowego zarówno produkcja przemysłowa, jak i sprzedaż detaliczna wypadły niezbyt okazale. Rozczarowały też statystyki zatrudnienia, które w sektorze przedsiębiorstw we wrześniu zmalało drugi miesiąc z rzędu.

Miękkie dane mówią prawdę

To już dane mocno historyczne. Mówimy o wrześniu, a mamy końcówkę października. Dlatego warto spojrzeć na miękkie wskaźniki koniunktury, które niedawno opublikował GUS. Niestety, nie są to dobre wiadomości. W październiku gusowski wskaźnik koniunktury w przemyśle po raz pierwszy od grudnia 2016 r. przybrał wartość ujemną. Oznacza to, że wśród ankietowanych więcej było tych, którzy oczekiwali pogorszenia koniunktury, niż tych, którzy liczyli na jej poprawę. Analogiczny wskaźnik dla budownictwa był niższy niż przed rokiem i tylko niewiele wyższy niż dwa lata temu. Nawet wskaźnik dla handlu — która to branża teoretycznie powinna najmocniej korzystać na konsumpcyjnym boomie — osiągnął trzecią najniższą wartość od początku 2017 r. Ale chyba najbardziej niepokoi zachowanie wskaźnika koniunktury dla branży transportowej i magazynowej.

To barometr całej gospodarki — każdy towar trzeba przecież jakoś dostarczyć do klienta. A tymczasem nastroje w tym sektorze polskiej gospodarki znalazły się na najniższym poziomie od stycznia 2015 r. Wskaźnik dla transportu podobnie jak w przypadku przemysłu znalazł się poniżej zera. To ostrzeżenie, którego nie można lekceważyć.

Konsument (jeszcze) się trzyma

Całą układankę makroekonomiczną podtrzymuje siła polskiego konsumenta. Ten zachłysnął się najlepszą w historii III RP sytuacją pracownika na rynku pracy (stopa bezrobocia najniższa od 29 lat i nominalny wzrost wynagrodzeń rzędu 6-7 proc. rocznie), nadzwyczajnie hojnymi transferami socjalnymi (500+, 13. emerytura i inne) oraz rekordowo tanim kredytem. Nic zatem dziwnego, że polscy konsumenci tryskają optymizmem. W październiku sporządzane przez GUS bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK) i wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej (WWUK) co prawda ukształtowały się na poziomach niższych niż w rekordowym wrześniu, ale wciąż pozostały bardzo wysokie jak na historyczne standardy. Od maja 2017 r. oba wskaźniki niemal nieprzerwanie notują wartości dodatnie. Oznacza to, że wśród ankietowanych jest więcej optymistów niż pesymistów w kwestii postrzegania własnej sytuacji materialnej.

To historyczny przełom, bo wcześniej oba wskaźniki notowały tylko wartości ujemne. Ale nawet w kondycji polskiego konsumenta da się dostrzec pierwsze rysy. Wskaźnik wyprzedzający (WWUK) — a więc dotyczący przyszłości — od czerwca już nie ustanawia nowych szczytów. Może to (ale nie musi) sugerować, że potencjał dalszego wzrostu konsumpcji zaczyna maleć. Tym bardziej że konsumenci już niemal powszechnie narzekają na rosnące ceny. I nie dotyczy to już tylko galopujących cen żywności, ale bardzo szybko rosnących cen usług. Według GUS-u we wrześniu usługi drożały w tempie 4,8 proc. rocznie, co jest boleśnie odczuwane przez konsumentów.

Kredytowy boom

Tak szybki wzrost cen usług wynika z dwóch powiązanych ze sobą powodów. Po pierwsze, ponieważ płace rosną szybciej od wydajności pracy. A w sektorze usług praca jest zwykle podstawowym kosztem. Po drugie, konsumenci mają więcejpieniędzy, więc firmy wreszcie mogą sobie pozwolić na przerzucenie rosnących kosztów na ceny produktów. Problem w tym, że portfele konsumentów puchną nie tylko z powodu rosnących płac, ale też dzięki transferom socjalnym i galopującej akcji kredytowej. Według świeżych danych Biura Informacji Kredytowej we wrześniu wartość nominalna udzielonych przez banki i SKOK-i kredytów konsumpcyjnych była o 9,3 proc. wyższa niż rok wcześniej. Dynamika „sprzedaży” kredytów mieszkaniowych przekroczyła 20 proc., a w przypadku limitów kredytowych sięgnęła 19,4 proc. Banki wydały też o 22,5 proc. więcej kart kredytowych niż rok wcześniej. Jednym zdaniem: w Polsce mamy konsumpcyjny boom kredytowy. W obliczu hamującego zatrudnienia i malejącej realnej dynamiki wynagrodzeń to właśnie on napędza teraz konsumpcję, a ta z kolei podtrzymuje wciąż przyzwoitą (około 4-procentową) dynamikę PKB. Ale każdy boom (a kredytowy zwłaszcza) kiedyś się kończy.

Gdy konsumenci uświadomią sobie, jak duże długi będą musieli spłacać, to ograniczą wydatki na towary i usługi, tym bardziej że te ostatnie drożeją w bardzo szybkim tempie. Równocześnie wskaźniki koniunktury dla przemysłu i transportu sugerują, że obie branże mogą niedługo zacząć zwalniać pracowników. Zwolnienia mogą być głębsze, jeśli rząd wywiąże się z obietnic dotyczących drastycznego podniesienia płacy minimalnej. A dodatkowo od nowego roku w konsumentów zapewne uderzy skokowa podwyżka stawek za energię elektryczną. Wszystko to razem zapowiada dalsze hamowanie polskiej gospodarki. Pytanie tylko, czy czeka nas łagodne spowolnienie, czy też twarde lądowanie. Tak czy inaczej, lepiej zapiąć pasy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu