Drogi czytelniku. Piszę te słowa znacznie wcześniej, ale zapewne, kiedy będziesz je czytał w poniedziałkowy poranek, lokat prywatyzacyjnych upoważniających do nabycia akcji PKO BP nie będzie już można zakładać, cichły będą sygnały karetek pogotowia odwożących do szpitali ostatnich poturbowanych, niedoszłych posiadaczy akcji tego banku, lekarze w szpitalach opatrywali będą rany cięte i tłuczone, usztywniali złamania, a ekipy szklarzy uzupełniały ubytki w witrynach wybranych placówek PKO BP.
Tak oto rozpocznie się największa w dziejach polskiej transformacji prywatyzacja dawnej Powszechnej Kasy Oszczędności Banku Państwowego, który po tej prywatyzacji... nadal pozostanie państwowy. Bardzo starannie przygotowana oferta, realizowana przecież wbrew opinii parlamentu, ma cel jasny i prosty: zapełnić lukę w przychodach budżetu — inaczej tych 6 mld nie udałoby się zorganizować. Niejako ubocznym skutkiem będzie wciągnięcie w prywatyzację tysięcy ludzi, którzy do tej pory nie mieli z nią nic wspólnego, upowszechnianie kapitalizmu. I ten skądinąd szczytny cel może być prawdziwym strzałem... we własne kolano. Przede wszystkim akcje mogą kupić nie te osoby, o które chodziło inicjatorom, a jeżeli ziścił się scenariusz opisany na początku tekstu, to już jacyś posłowie przygotowują wniosek o wotum nieufności dla ministra Sochy. Być może skuteczny.