Akademia: moja pasja

Rozmawiał: Mirosław Konkel
opublikowano: 2009-01-07 00:00

Artystyczny polot i zimna biznesowa kalkulacja. W tym kontraście tkwi wielka siła.

Zatrudniam tylko osoby z zacięciem artystycznym i pedagogicznym

Artystyczny polot i zimna biznesowa kalkulacja. W tym kontraście tkwi wielka siła.

"Puls Biznesu": Skąd pomysł założenia Warsztatowej Akademii Musicalowej?

Paweł Podgórski, aktor i współzałożyciel Centrum Rozwoju Artystycznego: W czasach licealnych zastanawiałem się, co wybrać: karierę sceniczną czy — wzorem rodziców — zawód nauczyciela. Ostatecznie zdecydowałem się na szkołę aktorską. Po studiach współpracowałem z trzema teatrami: Muzycznym w Gdyni oraz warszawskimi — Roma i Buffo. Ale jednocześnie coś mnie pchało do działalności pedagogicznej. W ośrodkach specjalnych i szkołach średnich zacząłem prowadzić zajęcia dla dzieci i młodzieży. To one mnie namówiły do założenia akademii, która uczyłaby tańca, śpiewu, aktorstwa. Ale przede wszystkim dodawała pewności siebie i kształtowała wrażliwość.

Wielu aktorów wchodzi w biznes, bo z teatru trudno wyżyć.

Na brak propozycji aktorskich raczej nigdy nie narzekałem. Ale tego, czym się zajmuję poza sceną, nie lubię nazywać biznesem. To raczej forma realizacji własnych marzeń. Przez pierwszy rok sporo dokładałem do tego interesu.

Jednak zatrudnia pan ludzi, prowadzi księgowość, płaci podatki, czyli formalnie jest to działalność biznesowa.

Jako artysta nie miałem z tym początkowo łatwo. Po dziś korzystam z merytorycznego wsparcia znajomych — ludzi zaufanych, a zarazem mających przygotowanie ekonomiczne lub po prostu smykałkę do interesów. To między innymi za ich radą otworzyłem szkołę tańca, dzięki której potrafię utrzymać akademię musicalową. No i pomaga mi doświadczenie, jakie zdobyłem, prowadząc agencję artystyczną Podgórski Group. Firma istnieje od 1998 r. i już od dawna zarabia na siebie.

Zwykle artyści postrzegani są jako ludzie nieco oderwani od rzeczywistości.

Jeśli choć trochę odstaję od tego stereotypu, zawdzięczam to swojemu wspólnikowi —Andrzejowi Pieńko. Działamy na zasadzie dobry — zły (śmiech). On też jest aktorem, ale twardo stąpa po ziemi i szybko umie skorygować niektóre moje wizje i plany. Podobną rolę pełni moja narzeczona Marta, która ze światem biznesu i korporacji jest za pan brat.

Do akademii musicalowej da się przenieść zasady rodem z korporacji?

Tajemnica sukcesu akademii tkwi — jak sądzę — w atmosferze, którą razem tworzymy. Trzon naszej kadry stanowią instruktorzy — czynni zawodowo aktorzy, tancerze, wokaliści. Ci ludzie są najbardziej kreatywni, gdy daje się im wolną rękę. Owszem, zdarza się, że niektórzy wykorzystują przyjaźń i kredyt zaufania. Ale to wyjątkowe przypadki.

Łatwo panu przekonać innych do takiej wizji prowadzenia biznesu?

Specjaliści od tzw. zasobów ludzkich powiedzieliby zapewne, że nie jest to odpowiednia droga. Że trzeba wprowadzać sztywne zasady współpracy. Że instruktorzy powinni traktować akademię jak normalną firmę, a później wracać do domu i zapominać o tym, co robili przez osiem godzin. Ale ja wolę się otaczać osobami z pasją artystyczną i pedagogiczną. Tylko takie zatrudniam. I widać efekty. Część dzieci z akademii gra w filmach, serialach i w reklamach.

Plany na nowy rok?

Zakładamy filię szkoły, prawdopodobnie na warszawskim Bemowie. Planuję też powołanie agencji młodego aktora. To w najbliższych miesiącach. A celem dalekosiężnym jest stworzenie znanej marki, musicalowego imperium.

Rozmawiał: Mirosław Konkel