Bezlitosna szarża na bakterie. Z odżywionych wysysa się insulinę, potem oczyszcza w szarej strefie.
Jak u Żeromskiego, gdzieś na Kielecczyźnie: zaśnieżona wiejska droga, wokół pola, jakby je ktoś prześcieradłem przykrył. Wali gęsty śnieg. Pustka. Może ten Macierzysz nie tu? Głupio zgubić się kilka kilometrów od Warszawy.
Nagle z tumanów śniegu wyłania się ktoś otulony w szal — z metalową kanką w ręku. Starsza kobieta walczy z wiatrem.
— Do Macierzysza tędy? — krzyczę, bo inaczej się nie da. Tak wieje.
— Do kogo?
— Do Macierzysza, do Biotonu.
— To PGR, trzeba prosto — odpowiada, nie zatrzymując się.
Jaki PGR? Coś się komuś pokręciło...
Z zamieci wyłania się ozdobny parkan. Zadymka przycicha i w oddali widać otoczone starodrzewem stare budynki. No to jesteśmy w domu: naukowcy w białych kitlach, biegają z menzurkami po marmurowych posadzkach barokowego pałacyku... Po chwili otrzeźwienie: strzałka „Bioton 200 metrów”. W przeciwną stronę. W końcu — niski, nowoczesny budynek otoczony zwykłym parkanem.
Kapcie na kapcie
— Tu nie wolno... To miejsce pana prezesa — krzyczy ochroniarz, który wyłonił się nie wiadomo skąd.
— Wiatr poprzekręcał tabliczki... Marian Przepiórka. Jestem głównym specjalistą ds. bezpieczeństwa. Zapraszam do środka — tłumaczy po chwili sympatyczny przewodnik.
Niepozorny budynek to tylko preludium. Przepiórka prowadzi przez labirynt korytarzy. Wychodzimy na spory plac. No, teraz widać, że to spory zakład. I nowoczesny.
— Kiedyś stały tu czworaki, a tam za tym parkanem był chyba pałac. Nic z niego nie zostało — prócz parku, zabytkowego. Po wojnie te czworaki zamieniono w PGR, z którego też właściwie nic się nie ostało. Na obszarze byłego PGR Instytut Biotechnologii i Antybiotyków rozpoczął inwestycje — początkowo z myślą o produktach onkologicznych — przypomina Przepiórka.
Wchodzimy do niewielkiego pomieszczenia z metalowymi szafkami. Każda zamykana, w każdej zielone kitle i niebieskie, foliowe kapcie na buty. Po chwili wyglądam jak inżynier Gajny z „Czterdziestolatka”.
— Proszę się nie dziwić, gdy ktoś poprosi o nałożenie na te kapcie, które pan ma, drugich. I o pozostawienie ich tam i tam. Teczki i torby trzeba zostawić w szafce. Taki wymóg. Wszędzie mogą się czaić bakterie — instruuje Przepiórka.
Plazmid — ki diabeł?
Znowu plątanina — schodów i korytarzy. Nikt nie biega z menzurkami. W ogóle nikt nie biega. Zakład biotechnologii. Wszędzie mikroskopy, menzurki, probówki, ludzie w białych kitlach. Na ścianie wisi oprawiona w ramkę „akcja na okaziciela” — pierwsza, bo o numerze 00001 i nominale 1 zł. O ile pamiętam, kapitał zakładowy Biotonu to ponad 170 mln takich akcji.
— Części laboratoryjnej nie ma co oglądać, bo tu nic ciekawego nie ma. Wciąż i wszędzie tylko bakterie i bakterie... Bakterie coli — mówi pani w białym kitlu, mgr Bożena Gajewska-Miśkowiec, zastępca dyrektora zakładu. I dodaje:
— Plazmid, kiedy się go włoży do komórki drożdży lub bakteryjnej, wytwarza to, co mu się każe wytworzyć.
Plazmid?
— Taki fragment bakterii, który można wprowadzić do wewnątrz komórki. Można po prostu wyizolować materiał genetyczny z komórki i włożyć do innej — mówi Gajewska-Miśkowiec, patrząc na mnie jakbym nie ukończył podstawówki.
Rekombinacja? — to pytanie jest walką o godność.
— Widzę, że pan coś wie o biotechnologii... — chwali Gajewska-Miśkowiec.
Wchodzimy do ciasnego pomieszczenia laboratorium mikrobiologii.
— Komórki bakteryjne wytwarzają substancję zapasową, w której tkwi insulina. Proces jej pozyskiwania zaczyna się od tego, że bakterie trzeba odpowiednio przechowywać, odżywiać — by ich szczep mógł wytwarzać to, co powinien. Potem w fermentorach namnażamy te bakterie. Tak jak się mnożą ludzie, tak samo mnożą się bakterie. Powstaje białko — cierpliwie tłumaczy Bożena Gajewska-Miśkowiec.
Czyli zapłodnienie? Jajo o jajo!?
— Nie, powstają kolejne pokolenia bakterii, z których się potem wydziela i oczyszcza insulinę. Sama komórka nie tworzy insuliny, lecz białko, z którego się ją wyodrębnia. Ale bez bakterii nie byłoby insuliny — mówi Gajewska-Miśkowiec, kładąc na stole dwie folie — obie z niebieskim wykresem.
To mierniki wzrostu bakterii. Wskazują, ile bakteria ma w sobie białka. Jeśli wystarczająco dużo, to znaczy, że „dorosła” i z jej białka można już robić insulinę.
W jakiej postaci są bakterie?
— Masz jakąś hodowlę bakterii pod ręką? — rzuca Gajewska-Miśkowiec do koleżanki, jakby chodziło o pudełko z rzeżuchą.
Próbka to menzurka z cieczą w kolorze kawy z mlekiem: pożywką z gigantyczną ilością namnożonych bakterii. Gdyby ją teraz upuścić, pisaliby o tym w gazetach...
— W tym laboratorium jedynie badamy przyrost białka, ale proces hodowli zachodzi w jednym z ciągów fermentacyjnych. To serce Biotonu. Właściwie — cztery serca — mówi Przepiórka, znów prowadzący mnie teraz przez kręte korytarze.
Jak kawa z mlekiem
Wkraczamy do sporej hali z czerwoną podłogą. Wydział biosyntezy. Zaskoczenie: insulina wcale nie powstaje w laboratorium pełnym mikroskopów, lecz w szumiącej hali produkcyjnej, w maszynach przypominających destylarnie w browarach. Plątanina rur i rurek. W jednych — para, w innych — woda, jeszcze innymi płyną substancje dokarmiające bakterie. Są rurki metalowe, są i szklane. Część niknie w suficie, inne łączą się w przedziwnych konfiguracjach lub wpadają do pojemników ze stali nierdzewnej — tzw. zbiorników dokarmiających. Tu, w każdym z czterech identycznych ciągów fermentacyjnych, hoduje się bakterie — na skalę przemysłową. Mówiąc obrazowo: z bakterii wyciąga się białko i nie pytajcie o tragiczny los samych bakterii...
— Tu się namnaża bakterie z kolby, którymi szczepi się fermentor posiewowy. A fermentor to kolba ze stali nierdzewnej, zdolna pomieścić kilka tysięcy litrów roztworu masy bakteryjnej. Owej cieczy o kolorze kawy z mlekiem, którą pan trzymał w laboratorium... Wszystko w sterylnej czystości. Później substancja jest wirowana, powstaje jednorodna gęsta masa bakteryjna — i przewodami trafia do „szarej strefy” — mówi Przepiórka.
A gdzie myszy albo drożdże?
— Robimy insulinę z bakterii coli.
A skąd te bakterie?
— Wytwarzamy je sztucznie. To właśnie rekombinacja, o której mówiła pani magister. Stąd masa bakteryjna trafia do wirówek, potem z wnętrza bakterii izoluje się insulinę, a następnie — oczyszcza. Do kilku pomieszczeń nie możemy wejść — z uwagi na wymogi bezpieczeństwa — ale pokażę sedno sprawy: jak się otrzymuje czystą insulinę — tłumaczy Przepiórka.
Względów bezpieczeństwa? To intryguje.
— Nie mogę wszystkiego pokazać, bo konkurencja wiele by dała, żeby wiedzieć, co i jak tam robimy. Nawet jak pan opisze to po swojemu — czyli lapidarnie — oni i tak wiele się domyślą... — martwi się Przepiórka.
Po chwili wchodzimy do niewielkiego pomieszczenia z rzędem wieszaków z białymi fartuchami i pojemnikiem pełnym niebieskich foliowych kapci. Przepiórka każe mi założyć na te, co już mam, jeszcze jedne. On nie musi, bo ma buty, których bakterie się nie imają.
— To na wypadek, jakby jedne się przetarły... — tłumaczy.
Chwilę potem stoimy przed drzwiami z napisem: „szara strefa”.
Szara strefa
Dotarliśmy do wydziału chemii — w zakładzie biotechnologii. To tu izoluje się i oczyszcza insulinę, która — po odwirowaniu — jest w postaci sypkiej. Gołym okiem przypomina kryształy cukru.
— Najpierw jest oczyszczanie na kolumnie chromatograficznej, potem wytrąca się sól cynkową, później dochodzi do oczyszczania na drugiej kolumnie. W końcu — krystalizacja i ostateczne oczyszczenie — tłumaczy Henryk Klukowski, kierownik wydziału chemii.
Wszystko wokół wykonano ze stali kwasoodpornej: i rury, i zbiorniki wielkości człowieka. Obie kolumny chromatograficzne są masywne niczym kasy pancerne. Wielkie śruby, którymi je skręcono, nie licują z delikatnością samego „produktu”.
— Muszą takie być, skoro w ich wnętrzu ciśnienie dochodzi do 20 i więcej atmosfer! — opowiada Klukowski.
Takich kolumn nie ma nigdzie w Polsce. Cały proces nadzorują komputery, kontrolowane rzecz jasna przez ludzi. Roztwór z bakteriami wędruje rurami — od maszyny do maszyny. Oczyszczona insulina idzie do… oczyszczania.
— Musi, bo na razie jej czystość nie przekracza 90 proc. Trafi do kolumny, podobnej do tych, jakie pan widział przed chwilą, tyle że ciśnienie wewnątrz niej sięga prawie 100 atmosfer. Sprowadzaliśmy ją z Francji. Pod ciśnieniem wszelkie brudy znikają i dopiero potem insulina nadaje się do krystalizacji — wyjaśnia Klukowski.
Do krystalizacji dochodzi w maszynie wielkości człowieka. A z niej rurkami czysta insulina wysypuje się do plastikowych butelek, w sąsiednim starannie izolowanym pomieszczeniu, gdzie nie ma prawa dostać się choćby cień bakterii.
Specjalista tam zatrudniony odziewa się w strój kosmity. Widać zza pancernej szyby jak nasypuje „cukier” do plastikowych butelek. Wchodzimy do salki obok — z dwoma lodówkami (identyczna stoi u mnie w kuchni). Wewnątrz, w kilkunastu pękatych butelkach z niebieskimi nakrętkami spoczywa czysta insulina. Jedno takie opakowanie starcza na leczenie wszystkich chorych na cukrzycę w Polsce przez dzień.
— To efekt jednej szarży — mówi Klukowski.
Szarży?
— Nie kawaleryjskiej przecież... To nazwa farmaceutyczna, inaczej: cykl produkcyjny. Z każdej szarży, na „konfekcji” sporządza się kilka serii gotowego leku — insuliny, trafiającej do aptek pod nazwą Gensulin — wtrąca Przepiórka.
— Widział pan książkę szarżową? Cały ciąg technologiczny, cała jedna szarża — wszystko: od zaszczepienia bakterii w tym pomieszczeniu z czerwoną podłogą, po wsadzenie butli z gotową insuliną do lodówki — jest krok po kroku dokładnie opisywane. Nawet sterylizacja lejka czy menzurki musi być odnotowana: kto, kiedy, jak to zrobił, kto po nim sprawdził. Kto, z czego i jak zrobił taki czy inny roztwór. Powstaje gruba książka — tzw. raport szarżowy. W razie czego widać, jak robiliśmy lek. Takie zasady tworzą wysoką jakość — tłumaczy Gajewska-Miśkowiec.
A ta szara strefa?
— Nazwa rodem z farmakologii. Oznacza strefę wyjątkowego ryzyka — przypomina Gajewska-Miśkowiec.
Czas na finał — miejsce, w którym fiolki z insuliną pakuje się w pudełka z napisem Gensulin. W fachowym języku — formy gotowe.
— Wszystkiego pan nie zobaczy, bo mamy przerwę technologiczną. Zresztą i tak już zobaczył pan za wiele. Ja nie wiem... Jak pan napisze ten tekst, to dla konkurencji jak elementarz... — znów powtarza Przepiórka.
Przez szybę widać fragment linii produkcyjnej. Przypomina rozlewnię wody sodowej. Małe, szklane fiolki tańczą upchane w olbrzymich bębnach, aby po chwili w karnym rządku, jedna po drugiej, podjechać pod aparat dozujący bezbarwną substancję do ich wnętrza. Wszystko pod czujnym okiem postaci z goglami na oczach, ubranych w białe kombinezony.
Zrzucamy kitle — i wracamy do cywila.
Szabla w pogotowiu
W gabinecie Adama Wilczęgi, prezesa Biotonu, na komodzie pod ścianą leży generalska szabla. Gospodarz mówi, że na tych, co podnoszą rękę na polską insulinę.
— Jeśli nie trafiają inne argumenty... — żartuje prezes, robiąc dziarski zamach.
Oglądam puchary i dyplomy, wśród których ze zdziwieniem dostrzegam Nagrodę Specjalną „Kryształowego Kolibra”… od Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków — i to w dodatku za polską insulinę.
To jak w końcu? PSD trzyma stronę konkurencji i robi „czarny piar” Biotonowi czy rozdaje mu dyplomy? W prasie huczy od plotek, że Novo Nordisk, konkurent Biotonu, finansuje działalność PSD.
— Plotki rozsiewają niektórzy szefowie lokalnych oddziałów PSD. Z prezesem Baumanem jesteśmy w dobrej komitywie, nóg sobie nie podstawiamy. On sam twierdzi, że nasza insulina jest znakomita — tłumaczy Wilczęga.
Niektóre gazety piszą co innego: że insulina Biotonu jest „brudna” — i dlatego tańsza.
— Domyślam się, kto i dlaczego rozsiewa te oszczerstwa... Kto tylko mógł, badał naszą insulinę. Testy insulin importowanych wykazały, że Gensulin ma porównywalną z nimi czystość — w odróżnieniu od insulin z Chin czy Indii...
Ej, Chińczycy się wkurzą.
— Podczas pobytu w Chinach po prostu kupiłem fiolkę chińskiej insuliny w jednej z pekińskich aptek. No i badania pokazały, że jest dobrej jakości — ale po trzech miesiącach od wyprodukowania, bo od takiego czasu była na rynku. Jakość insuliny może się zmieniać z upływem czasu. I na przykład po roku pula zanieczyszczeń może nie spełniać norm. Dobra insulina musi być stabilna: zachowywać czystość wiele lat. Nasza pierwsza polska insulina taka właśnie jest! Poza tym... Zachodnie firmy mają po prostu olbrzymie narzuty, do czego nie chcą się przyznać... Wyobraża pan sobie reakcje pacjentów? — mówi prezes Wilczęga.
Pierwsza polska, ale chyba nie na długo, skoro prezes Sobczak z Polfy Tarchomin zapowiada, że wejdzie ze swą insuliną lada moment.
— Coś mi się wydaje, że prezes troszkę blefuje... Nawet jeżeli wejdzie — to nie jako producent drugiej polskiej insuliny, a jedynie form gotowych z substancji chińskiej. A czy wejdzie w marcu? Tarchomin ma warunkową rejestrację i nie ma badań klinicznych, a to trwa... Jeżeli się „wyrobi” w tym roku, będzie dobrze... Poza tym: ich insulina nie jest na liście refundacyjnej, więc ekonomicznie leżą już na starcie.
Nieprawda: minister Balicki mówił, że w grudniu insulina tarchomińska weszła na listę
— Tak, ale gdy my obniżyliśmy cenę, trzeba było zrobić nową listę — i Tarchomin sam wycofał z niej swą insulinę! Dlaczego? Przecież wszyscy się biją, żeby się na niej znaleźć!
Była tam jedynie pro forma?
— Niech pan sobie sam dopowie — mówi z tajemniczym uśmiechem Wilczęga.
— Skończmy z plotkami. Pańskim szefem jest Ryszard Krauze. Wie pan, że ma ksywkę „król”?
— Teraz już tak.
— To jak się z „królem” pracuje?
— Pytanie za 100 punktów... Dobrze (uśmiech). Pan Krauze jest mistrzem strategii. To, na co inni szefowie potrzebują wielu dni, jemu zajmuje godziny. Szybko podejmuje decyzje i pozwala na dużo samodzielności… — Wilczęga urywa w połowie, gdy do gabinetu wpada sekretarka:
— Szefie, konferencja za godzinę! Jeśli za kwadrans nie wyjedziemy, to się spóźnimy!
— A niech to! Tak mnie pan zagadał. Musimy kończyć… — Wilczęga zrywa się z fotela.
Raz jeszcze spoglądam na puchary, nagrody, szablę. Taka polska specyfika: nie sztuka osiągnąć sukces, trzeba go jeszcze mocno bronić. Konkurencja nie śpi.