George W. Bush zdobył we wtorkowych wyborach przeszło 3,5 mln głosów więcej niż Demokrata John Kerry i uzyskał przewagę w 538-osobowym Kolegium Elektorskim, które w amerykańskim systemie dwustopniowych wyborów dokonuje oficjalnie wyboru prezydenta.
Bush czekał jednak z ogłoszeniem zwycięstwa w nadziei, że jego rywal odstąpi od zamiaru sprawdzania głosów w kluczowym dla rezultatu walki stanie Ohio, i uzna się za pokonanego.
Po obliczeniu wyników w 47 z 50 stanów i stołecznego Dystryktu Kolumbii prezydent Bush miał 254 głosy elektorskie, a senator Kerry - 252. To, który z nich uzyska "magiczną liczbę" 270 głosów elektorskich wystarczającą do zdobycia prezydentury, zależy od tego, komu przypadnie zwycięstwo w Ohio, gdzie do zdobycia jest 20 głosów elektorskich.
W stanie tym po obliczeniu głosów z 99 procent obwodów Bush miał 145 tysięcy głosów więcej niż Kerry i sieci telewizyjne podały, że wygrał. Jednak Demokraci nie uznali zwycięstwa prezydenta, argumentując, że najpierw trzeba sprawdzić i uwzględnić 250 tysięcy tak zwanych głosów tymczasowych (warunkowych).
Głosy tymczasowe - wprowadzone w tych wyborach prezydenckich po raz pierwszy - przyznaje się osobom, które nie znalazły swego nazwiska na liście wyborców, ale oświadczają, że mają prawo głosować. Sprawdzenie, czy tak rzeczywiście jest, może potrwać w Ohio nawet dwa tygodnie.
"Będziemy walczyć o każdy głos" - oświadczył w Bostonie kandydat Demokratów na wiceprezydenta, John Edwards.
Szef personelu Białego Domu Andy Card powiedział, że Bush jest przekonany, iż wygrał reelekcję, ale zaczeka z ogłoszeniem zwycięstwa, aby dać Kerry'emu "czas do zastanowienia się" nad wynikami wyborów.
Card oświadczył, że w Ohio Bush ma przewagę co najmniej 140 tysięcy głosów, tak iż nie zdoła jej zniwelować nawet uwzględnienie ważnych "głosów tymczasowych".
Prawnicy Busha polecieli przed świtem z Waszyngtonu do Ohio, aby dołączyć do setek prawników Partii Republikańskiej już tam obecnych. Demokraci też mają w Ohio tysiące prawników.
Komentatorzy nie dają Demokratom większych szans, między innymi dlatego, że w odróżnieniu od wyborów w 2000 r., kiedy Al Gore zdobył pół miliona głosów bezpośrednich więcej niż Bush (ale przegrał w głosach elektorskich), tym razem Kerry ma ich przeszło 3 miliony mniej niż urzędujący prezydent.
Ze stanów uważanych za przysłowiowy języczek u wagi, Bush przegrał w Pensylwanii, ale zwyciężył na Florydzie w stosunku 52 do 47 procent i zdobył tam ponad 300 tysięcy głosów więcej niż Kerry. Wygrana ta dała mu 27 głosów elektorskich.
Kerry okazał się lepszy w niemal wszystkich stanach, gdzie miał zdecydowane poparcie już przed wyborami, głównie na północnym wschodzie i na wybrzeżu zachodnim.
Są to obszary zurbanizowane, zamieszkane przez Amerykanów bardziej wykształconych i liberalnych, od dłuższego czasu popierających kandydatów Partii Demokratycznej.
Senator z Massachusetts zdobył też większość głosów w uprzemysłowionych stanach rejonu Wielkich Jezior, jak Michigan, Minnesota i Illinois. Ich mieszkańcy szczególnie ucierpieli wskutek stagnacji na rynku pracy i innych kłopotów gospodarki.
Kerry nie potrafił jednak uczynić wyłomu w murze poparcia dla Busha na konserwatywnym Południu, na rolniczym Środkowym Zachodzie i w rejonie Gór Skalistych - bastionie Partii Republikańskiej co najmniej od czasu prezydentury Ronalda Reagana w latach 80.
Jak wynika z badań opinii publicznej, o wygranej Busha w kilku kluczowych stanach "wahających się" zadecydowało głównie to, że Amerykanie ufają mu bardziej niż Kerry’emu jako przywódcy w wojnie z terroryzmem. Prezydentowi udało się przekonać wyborców, że senator z Massachusetts jest politykiem chwiejnym i niewiarygodnym, bo zmienia zdanie i wygłasza sprzeczne poglądy, głównie na temat wojny w Iraku.
Z sondaży wynikało, że dla wyborców największe znaczenie miał ich lęk przed terroryzmem, trwający w USA od ataku 11 września 2001 r., oraz niepokój o stan gospodarki.
Amerykanie, dla których ważniejszy był terroryzm, popierali Busha, natomiast ci, dla których istotniejsze były problemy gospodarcze i oceniali, że kraj zmierza w niedobrym kierunku, woleli na ogół Kerry’ego.
Tych pierwszych okazało się nieco więcej. Kerry nie zdołał ich też przekonać, że wojna w Iraku nie jest nieodłącznym elementem wojny z terroryzmem, jak twierdził Bush, broniąc swej decyzji inwazji na ten kraj.
Mimo wygrania co najmniej dwóch z trzech debat telewizyjnych, kandydat Demokratów stracił uzyskaną wówczas przewagę w końcowym okresie kampanii, kiedy liczył się bezpośredni kontakt z wyborcami na wiecach i bardziej kameralnych spotkaniach.