CM cK: nie można zwlekać z prywatyzacją sektora

Agnieszka Berger
opublikowano: 2002-01-28 00:00

Najbardziej palący problem polskiej energetyki to poprawa efektywności — wynika z raportu przygotowanego przez Cameron McKenna na zamówienie Ministerstwa Gospodarki. Według Dariusza Mioduskiego, partnera CMcK, jedyną receptą na niską efektywność branży jest prywatyzacja. Dlatego najgorsze, co może zrobić rząd, to wstrzymać przekształcenia własnościowe w energetyce.

Prywatyzacja jest, według Dariusza Mioduskiego, odpowiedzialnego za przygotowanie energetycznego raportu Cameron McKena, jedynym sposobem wymuszenia na spółkach energetycznych poprawy efektywności. Dlatego nie można pozwolić sobie na jej odwlekanie. Dotyczy to także trwających już procesów prywatyzacyjnych — grupy G-8 i warszawskiego Stoenu.

— Administracyjna konsolidacja spółek energetycznych, gdyby się na nią zdecydowano, spowoduje opóźnienie prywatyzacji o minimum trzy lata. Dlatego trudno uznać to rozwiązanie za optymalne, choć może się okazać, że ze względów politycznych tylko ono będzie możliwe — uważa Dariusz Mioduski.

Jeśli miałoby dojść do łączenia przedsiębiorstw w większe organizmy, powinno się to odbywać już po prywatyzacji i na zasadach rynkowych.

— Rozdrobnienie krajowej energetyki, postrzegane przez polityków jako złe, może stać się szansą dla Polski — szansą, jakiej nie miały inne państwa europejskie, w których sektor był skonsolidowany „od zawsze”. Gdyby rząd zdecydował się na szybką indywidualną prywatyzację spółek wytwórczych, mielibyśmy na polskim rynku prawdziwą konkurencję — podkreśla ekspert.

Lekarstwem na stosunkowo małe zainteresowanie inwestorów sektorem wytwarzania energii elektrycznej byłoby obniżenie cen (zwłaszcza, jeśli wiązałoby się z likwidacją kontraktów długoterminowych) i wyeliminowanie ryzyka regulacyjnego.

— Tak długo, jak długo będą utrzymywane relatywnie wysokie ceny prywatyzowanych przedsiębiorstw, w sektor będzie inwestować tylko kilka zagranicznych koncernów, często kontrolowanych przez rządy, jak np. EDF. Natomiast przyciągnięcie do Polski innych graczy, w tym licznych zainteresowanych polską energetyką inwestorów amerykańskich — dla których priorytetem jest zwrot z kapitału, a nie zdominowanie rynku — wymaga ograniczenia ryzyka związanego z regulacją — podkreśla Dariusz Mioduski.

Nie oznacza to bynajmniej osłabienia roli Urzędu Regulacji Energetyki.

— Przeciwnie, URE należy wzmocnić i zapewnić mu całkowitą niezależność od organów rządowych. Jednocześnie trzeba stworzyć czytelne zasady działania regulatora, pozostawiając jak najmniej miejsca na uznaniowość. Trudno oczekiwać od inwestorów, że zaryzykują zaangażowanie w branżę, nie wiedząc nawet, w jakich warunkach prezes URE może nałożyć taryfę na przedsiębiorstwo, a w jakich z niej zwolnić — mówi współautor raportu.

Według Dariusza Mioduskiego, konieczne jest również wyeliminowanie błędów w systemie opłat kompensacyjnych. SOK, pomyślany jako remedium na długoterminowe kontrakty na sprzedaż energii, mimo kilkuletnich przygotowań, nigdy nie został wprowadzony. Jednak, zdaniem eksperta, system można jeszcze uratować.

— SOK powinien być dobrowolny, nie musi natomiast być systemem powszechnym, tzn. obejmującym wszystkie kontrakty długoterminowe. Wystarczy objąć nim najdroższe i największe umowy, np. kontrakt Elektrowni Opole, Turów i Jaworzno III. To umożliwi uwolnienie około 25 proc. rynku. Jeśli dodatkowo zniknie tani kontrakt Bełchatowa, co jest konieczne, bo ta elektrownia musi zacząć zarabiać i inwestować, problem kontraktów długoterminowych będzie można uznać za rozwiązany — uważa ekspert z CMcK.

Podstawowym mankamentem SOK, który jednak można łatwo usunąć, jest brak określenia terminu obowiązywania systemu.

— Banki finansujące elektrownie muszą mieć pewność, że SOK zapewni kredytobiorcom zwrot wszystkich kosztów finansowych. Należy pamiętać, że niektóre kontrakty będą obowiązywały jeszcze wiele lat po planowanym otwarciu polskiego rynku energii. Kalkulując kompensaty, trzeba ten fakt uwzględnić — podkreśla ekspert.