Cztery obroty wokół

Anna Popek
opublikowano: 29-06-2007, 00:00

Może być policjantką albo bankowcem. Ale rzuca młotem. Stabilizacja? Codzienna harówa nie zawsze przynosi medal. A mierzy wysoko: prosto w ten olimpijski. Dla niej — już drugi.

Puls Biznesu: Co teraz robisz?

Kamila Skolimowska: Przygotowuję się do mistrzostw świata w Osace w spalskim Centralnym Ośrodku Sportu, gdzie będziemy ćwiczyć aż do samego wylotu reprezentacji na mistrzostwa świata. Podstawowy trening? Od 7.30 do 8.30 rozruch techniczny: doskonalę zamach i pierwszy obrót. Trener kładzie duży nacisk na szybkość obrotu, wysokość wyjściową, pozycję nóg. Potem śniadanie i trening od 10 do 13; pół godziny później obiad i znów trening — od 16.30 do 19. Po kolacji jestem tak zmęczona, że najczęściej idę spać. Wykorzystuję każdą chwilę na sen, zajęcia są bardzo wyczerpujące. Niedziela jest „ustawowo” wolna. Taki cykl obowiązuje od listopada do połowy kwietnia, później liczba treningów się zmniejsza — do dwóch dziennie, a potem do jednego. Nasza grupa to Szymon Ziółkowski, Tomasz Zagórski — doskonały fizjoterapeuta, Marcin Fernówka i nasz trener Piotr Zaitsau.

Najwyższe laury na olimpiadzie w Sydney zdobyłaś bardzo wcześnie. Czy teraz masz motywację do pracy?

Rzut młotem kobiet jest konkurencją młodą, rozgrywaną oficjalnie od 1997 roku. W 1932 kobiety rzucały do 23 metrów, teraz — niemal czterokrotnie dalej. Kiedy startowałam w Sydney, wyniki nie były wyśrubowane. Ale rzut młotem się rozwija, zatem i rosną wymagania wobec sportowców. Moją największą konkurentką jest dziś Rosjanka Tatiana Łysenko (rok ode mnie młodsza, rekordzistka świata — 78,61 m). Silne są też dziewczyny z Białorusi, Niemiec, Kuby i Chin. Osiem zawodniczek uzyskuje rezultaty różniące się w granicach czterech metrów.

Ale nie kapitulujesz?

No, pewnie, że nie! Z Tatianą wygrałam trzy razy i sama sobie udowodniłam, że mogę z nią walczyć. Rzut młotem to konkurencja typowo techniczna. Siła i szybkość są bardzo ważne, ale największe znaczenie ma technika i doświadczenie. Zamierzam trenować jeszcze 10 lat. Niedawno z trzech obrotów w kole przeszłam na cztery.

A co to daje?

Lepsze rezultaty. Lecz to żmudny proces — najtrudniej zmienić wieloletnie nawyki. Wydaje się: tylko obrót więcej, ale wiąże z tym inna praca nóg, inne: prędkość początkowa, ułożenie rąk, bo przy trzech obrotach ręce mogą być od razu wyżej i tak dalej, i dalej. Nowa technika musi wejść w krew.

Czy korzystasz z pomocy psychologa?

Zasadniczo nie, choć niekiedy taka pomoc jest nieodzowna. Pracowałam swego czasu z Nikodemem Żukowskim z Lublina, ale stwierdził, że nie wymagam stałych kontaktów z psychologiem. Moja motywacja jest silna, potrafię się zmobilizować, konsekwentnie ćwiczyć. Mam wiarę w zwycięstwo. Kiedyś sporo w mojej pracy zależało od atmosfery na studiach, w domu, w sprawach osobistych. Szybko jednak nauczyłam się wyraźnie oddzielać sport od codziennego życia. Problemy zostają za drzwiami sali treningowej.

Czy taki wysiłek się opłaca? Ile sportowiec twojego pokroju i klasy zarabia?

Na dość wysokim poziomie. Lecz żeby zarabiać na sporcie, trzeba brać udział w mityngach. To nie są kokosy: od otrzymanej sumy odliczamy podatek, procenty dla menedżera i procenty dla trenera, gdyż osiągnięty rezultat jest wspólną pracą grupy. Wejście na taki szczyt wymaga wcześniej pomocy z zewnątrz. Mieszkam z rodzicami, chociaż za medal w Sydney dostałam mieszkanie od miasta. Inaczej bym nie mogła działać. Od półtora roku nie otrzymuję pieniędzy z klubu. Polski Związek Lekkoatletyczny płaci mi teraz 2500 zł miesięcznie, to nie wystarczyłoby na życie. Bo z własnej kieszeni kupuję niektóre odżywki, pokrywam też koszty leczenia.

A sponsoring?

Rzut młotem nie jest „sportem medialnym” — jak skok o tyczce czy w dal. Albo sprint. Współpracuję z menedżerem, Słoweńcem Alfonsem Juką, którego polecił mi Andrzej Kulikowski. Firma Samsung sama zaproponowała współpracę; o akcji można się dowiedzieć m.in. z billboardów i internetu. Wspieramy dzieci przygotowujące się do przyszłorocznych Mistrzostw Świata Juniorów w Bydgoszczy.

Czy strój kupujesz sama?

Ten do ćwiczeń i startowy dostaję od sponsorów, ale jeśli idzie o buty… Tutaj są bardzo specyficzne potrzeby.

Po Sydney proponowano ci stypendium na uniwersytecie w Yale i możliwość rozwoju sportowego. Dlaczego nie skorzystałaś?

W Polsce było mi dobrze, niczego mi nie brakowało. Lubię nasze jedzenie, kulturę, ludzi. Jeśli coś jest dobre, to po co to zmieniać?

Kiedyś będziesz musiała zakończyć karierę?

Miałam już pięć zabiegów: szwankuje kolano, był zabieg kostki… Musiałam schudnąć 15 kg — ze względu na stawy. I być bardzo ostrożna w treningach. Z rozsądku nakładam sobie ograniczenia — nie skaczę na bungee, nie uprawiam narciarstwa. Ostatnio z Szymonem zastanawialiśmy się nad tym, co byśmy zrobili, gdybyśmy znaleźli się w takiej sytuacji, że przyszłoby nam się z kimś bić. Wniosek jest prosty — nogi za pas. Trzeba tak robić, by nie stała się żadna krzywda — w szczególności nam, jako sportowcom.

Ale jakiś plan B musi być.

Mogę być policjantką albo bankowcem. Skończyłam szkołę policyjną w Legionowie, a potem na Uniwersytecie Warszawskim obroniłam tytuł magistra bankowości na wydziale ekonomicznym. Zobaczymy...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Popek

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu