Damski interes

Aleksandra Więcka
opublikowano: 2005-10-18 00:00

Ich ubrania tak samo dobrze sprzedają się w Londynie, Rzymie i Nowym Jorku jak w rodzinnym Krakowie.

Pierwszą własną metkę wyhaftowała w wieku 12 lat.

— Do swoich ubrań doszywałam znak I.K.A. — czyli inteligentna kobieta aktywna — śmieje się Monika Pietrzak-Szlęk, współwłaścicielka i projektantka firmy Femini z Krakowa. Osiem lat później otworzyła sklep z własnymi ciuchami. Trochę pieniędzy zarobiła w wakacje, trochę pożyczyła od rodziców, w sumie było jakieś 30 tys. zł. Na negocjacje umowy najmu lokalu zabrała swojego chłopaka, bo wyglądał poważniej.

— Wtedy oprócz chińszczyzny i polskiej produkcji na rynku nie było prawie nic. Oryginalne ubrania, które szyłyśmy ze wspólniczką Elą Kwasek pod marką Uff, szły jak woda — opowiada Monika Pietrzak-Szlęk.

Femini–zacja

Uff przetrwało cztery lata.

— W tym czasie kończyłyśmy studia. Jednocześnie w 2001 r., stworzyłam markę Femini, z rzeczami do noszenia na co dzień: kobiecymi, z miękkich tkanin i z dzianin — wspomina Pietrzak-Szlęk.

Sprzedawała je w kilku butikach w Zakopanem, Nowym Targu i w Warszawie. Brały po 50 sztuk tygodniowo i szybko okazało się, że ta kolekcja cieszy się większym powodzeniem niż Uff.

Drogi dotychczasowych wspólniczek się rozeszły. Nową została Katarzyna Wilk-Filipowicz, właścicielka autorskiego butiku Zone i szwalni, która szyła dla Femini. To wymarzone rozwiązanie: własna produkcja obniża koszty, a podwyższa jakość, bo wszystko można kontrolować. Do tego, mając podobne doświadczenia w biznesie, świetnie się rozumiały.

Wilk-Filipowicz rozpoczęła działalność gospodarczą na drugim roku studiów, korzystając z kredytów studenckich i pomocy rodziców. Bez przygotowania zawodowego, ale szybko poznała tajniki produkcji od projektowania, konstrukcję odzieży, do kroju i szycia.

— I udało się, ale do dziś słyszę ostrzeżenia mamy: „Dziecko, przecież ty nawet guzika nie potrafisz przyszyć, a co dopiero produkcja” — śmieje się.

Desant na Anglię

W 2001 r. ubrania Femini sprzedawały dwa firmowe sklepy — w Krakowie i Warszawie — kilka butików sieci Szafa w centrach handlowych i mniejsi odbiorcy w różnych miastach. Tylko sama Szafa co miesiąc brała ubrania za 80-100 tys. zł.

Przez jakiś czas interesy szły świetnie, ale w 2003 r. rynek konfekcji damskiej bardzo się nasycił. Konkurencja była ogromna. Na rynek wchodziło coraz więcej zagranicznych marek, jak Zara czy Promod, które Polki bardzo polubiły.

— Nasi odbiorcy zaczęli mieć kłopoty finansowe. Pieniądze od jednego ze sklepów odzyskiwałyśmy półtora roku, inni też spóźniali się z płatnościami.

Oni nie płacili, my miałyśmy długi. Kasia urodziła dziecko, ja zdążyłam wybudować dom i też byłam w ciąży. Obie byłyśmy u kresu wytrzymałości, Femini groziło zamknięcie. Ale na szczęście jesteśmy kobietami — mogłyśmy wrócić do domu i się wypłakać. A potem zebrać siły do walki — opowiada Monika Pietrzak-Szlęk

Wróciła do pracy w osiem miesięcy po urodzeniu syna. Pół roku później do Londynu pojechała pierwsza partia ubrań.

— Sukcesem okazały się targi w Wielkiej Brytanii. Od razu pojawiło się kilka zamówień. W tej chwili nasze ubrania w Londynie sprzedaje pięć butików. W jednym z nich zauważył nas ktoś z Nowego Jorku, udało się dogadać z odbiorcami z Rzymu. Teraz mam w planach Kijów i Tokio — zapowiada Pietrzak-Szlęk.

Proste?

— Tam są tacy sami ludzie jak my, tylko bardziej otwarci na nowości — kwituje szefowa Femini.

Dlatego — choć koszta są niemałe, nawet 30 tys. zł — ma stoisko na ważniejszych imprezach w stolicy mody. We wrześniu 2005 r. kolekcja Femini wiosna-lato 2006 była prezentowana podczas London Fashion Week Profile 6 w Londynie. W grudniu ubrania Femini pojadą na największe na świecie targi mody Clotheshow Live w Birmingham.

— Odkąd zarejestrowałam spółkę w Wielkiej Brytanii, jestem tam traktowana tak samo jak tamtejsi przedsiębiorcy. Mogę liczyć na dotacje rządowe, organizatorzy targów udzielają mi rabatów, bo podoba im się to, co robimy. Klimat do robienia interesów jest inny niż w Polsce, życie wydaje się łatwiejsze — mówi szefowa Femini.

Do tego Angielki są zamożniejsze niż Polki, wydają na ubrania kilkakrotnie więcej, częściej wymieniają garderobę.

Zaistnieć globalnie

Katarzyna Wilk-Filipowicz odpowiada za nadzór produkcji i to, co dzieje się w Polsce. Monika Pietrzak-Szlęk niemal nie wysiada z samolotu, a na miejscu projektuje. Zmieniły trochę profil produkcji. Z rzeczy „na co dzień” na „occasional wear” — eleganckie ubrania wyjściowe.

Oprócz tego funkcjonuje linia Femini Special Design — pojedyncze egzemplarze na specjalne zamówienie. Szyją wszystko, od płaszczy po torebki.

Co pół roku powstaje 160 modeli w pełnej kolorystyce. Katalogi i wzory rozsyłane są do sklepów. To, co wybiorą — wchodzi do produkcji. Ubrania Femini można kupić w 13 miejscach w Polsce i ośmiu za granicą. Plany?

— Marzy mi się sieć sklepów firmowych, ale to ogromne koszty — mówi Szlęk. Na razie jest jeden w Krakowie. Pierwszy zagraniczny być może powstanie w Kijowie, następne — jeśli znajdzie się inwestor.