Dokąd zaprowadzi nas drukowanie pieniądza

  • Michał Wróblewski
opublikowano: 14-10-2013, 13:37

Dzisiejsze problemy finansowe gospodarki światowej rozpoczęły się pięć lat temu wraz z upadkiem banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Wtedy w 2008 r. świat stanął na skraju poważnego załamania gospodarczego.

Wszystko zaczęło się w Stanach Zjednoczonych, które są liderem gospodarczym świata i centrum finansowym. Instytucje rządowe i finansowe z Departamentem Skarbu i Rezerwą Federalną na czele, stanęły przed najważniejszymi decyzjami w historii. Stawką był ratunek dla całego systemu finansowego. Ówczesny sekretarz skarbu Henry Paulson oraz prezes Rezerwy Federalnej Ben Bernanke przestraszeni wizją  upadku systemu i powtórki kryzysu z 1929 r., który ten drugi jako profesor ekonomii studiował w trakcie swojej kariery akademickiej zdecydowali, że najlepszym sposobem do walki z kryzysem będzie dofinansowanie gospodarki poprzez zastrzyki pieniężne dla banków i  korporacji zagrożonych bankructwem. 

Rząd USA wyłożył wtedy na  program TARP 700 mld dolarów, które miały być przeznaczone na wykup lub ubezpieczenie toksycznych aktywów, będących w posiadaniu instytucji finansowych na skraju upadku. Kolejnym krokiem było zainicjowanie przez Rezerwę Federalną programu stymulującego gospodarkę zastrzykiem kapitału, poprzez wykup obligacji skarbu państwa. Program ten znany jest pod nazwą QE (quantitative easing). Od tego momentu cała światowa gospodarka weszła na drogę bardzo luźnej polityki monetarnej kopiując ruchy stanów zjednoczonych. To znaczy obniżając stopy procentowe oraz zwiększając podaż pieniądza, czyli po prostu drukując więcej waluty.

Od wybuchu kryzysu minęło już 5 ciężkich lat. W tym roku sytuacja gospodarcza zaczęła się nieco poprawiać, napłynęły lepsze dane, wiele krajów zaczęło powoli odczuwać ożywienie gospodarcze. Po tych latach luźnej polityki monetarnej prowadzonej przez praktycznie wszystkie gospodarki świata wszyscy spodziewali się, że szef Rezerwy Federalnej Ben Bernanke w końcu zacznie ograniczać program QE dając sygnał do zaostrzenia polityki monetarnej.

Tak się jednak nie stało, FED nadal gra na zwłokę oczekując jeszcze lepszych danych gospodarczych. Tymczasem zwolennik ograniczania i szybkiego wycofania się z QE Lawrence Summers namaszczony przez prezydenta Obamę na nowego szefa rezerwy, zrezygnował. Nominowana przez prezydenta na nowego szefa Rezerwy Federalnej została prawa ręka obecnego szefa Janet Yellen, która zdecydowanie woli dalej drukować. Na froncie Europejskim Szef EBC Mario Draghi stwierdził, że luźna polityka monetarna będzie tak długo kontynuowana jak to konieczne. W Polsce RPP oznajmiła, że najniższe w historii stopy finansowe zostaną utrzymane przez dłuższy czas. Do tego pod koniec sierpnia Ministerstwo Finansów na czele z Jackiem Rostowskim ogłosiło, iż w nowelizacji do ustawy o NBP zamierza umożliwić bankowi centralnemu drukowanie złotówki bezpośrednio za papiery skarbowe od państwa, czego zakazuje konstytucja. W sprawie emerytur nie okazała się być ona przeszkodą nie do pokonania.

Bieżąca sytuacja jest taka, że wszyscy drukują, po to, aby wprowadzić i utrzymać światową gospodarkę w nieskończonym wzroście. Drukowanie pieniędzy nie produkuje dóbr i usług, nie zatrudnia ludzi. Może się wydawać, że to dobre krótkoterminowe rozwiązanie, lekarstwo na bolączki kryzysowe, jednak przedawkowane lekarstwo często okazuje się gorsze od samej choroby. W zdrowej gospodarce ludzie zarabiają pieniądze i idą je wydać, w chorej gospodarce pożyczają pieniądze i następnie je wydają.
Od ponad 40 lat, kiedy weszliśmy w system finansowy oparty na walutach fiducjarnych, czyli prawnych środkach płatniczych, których wartość determinuje nakaz rządowy. Ilość pieniądza zaczęła rosnąć wykładniczo, mieliśmy do czynienia z największym wzrostem podaży pieniądza w historii. Wydaje się, że to dobrze, ponieważ na pierwszy rzut oka więcej pieniędzy oznacza większe bogactwo.

Najwięcej na tym systemie korzystają ci, którzy mają prawo do druku pieniądza, czyli banki i rządy. Następnie firmy i  instytucje, które dostają je najwcześniej. Mogą wydać te środki zanim ceny towarów, które chcą kupić, wzrosną ze względu na ilość nowego pieniądza w obiegu. Dzięki czemu nabywają produkty, usługi i aktywa tanio. Ceny wkrótce zaczynają rosnąć, co przekłada się na wzrosty na rynku nieruchomości,  czy akcji bez żadnego realnego działania na rzecz tychże wzrostów. Często przeradza się to w napompowanie bańki spekulacyjnej jak w 2008 r.

Co wtedy dzieje się z normalnymi ludźmi, którzy zarabiają, płacą podatki i oszczędzają? Kiedy pieniądz przesłany do obiegu przechodzi do nich na sam dół, ceny dóbr i usług zaczynają rosnąć. Płaca zostaje na tym samym poziomie, a oszczędności topnieją. Wtedy, aby było ich stać na to, co chcieli kupić zanim ceny wzrosły są zmuszeni zadłużyć się, wziąć kredyt w banku. Cały ten proces kreacji pieniądza opiera się właśnie na długu i zaufaniu społeczeństwa do środków płatniczych wydawanych przez rząd. Bogactwo jest  redystrybuowane z dołu, czyli od normalnych ludzi z powrotem do góry czyli rządów i banków.

Rezygnując ze złota jako podstawy monetarnej w 1971 r. i przechodząc na system finansowy walut fiducjarnych oparty na powiązaniu ich kursem z dolarem amerykańskim, łącząc to z frakcyjną rezerwą bankową otrzymuje się dług niemożliwy do spłacenia, ponieważ nie da się nadążyć z produkcją, aby go spłacić. Na każdą złotówkę Polskiego PKB przychodzi kilka złotych długu, podobnie wygląda to w innych krajach. Na tę chwilę jedynym rozwiązaniem rządów i banków centralnych jest drukowanie waluty i zwiększenie długu.

Nie da się wytworzyć bogactwa drukując pieniądze oparte na długu, aby spłacić dług, jest to ekonomicznie nie możliwe. Gdyby to, aż tak dobrze działało to w 1923 r. Republika Weimarska byłaby najpotężniejszym imperium na świecie, tymczasem Niemcy zamiatali papierowe pieniądze z ulicy. Podobnie Zimbabwe w ostatnich latach, gdzie próbowano działać według zasady nieskończonego wzrostu kontrolowanego przez interwencjonizm państwa w gospodarkę.

Drukowanie pieniądza w bieżącym momencie można utożsamiać z zamiataniem problemów pod dywan. Kiedy za jakiś czas ktoś podniesie ten dywan, brud rozprzestrzeni się po całym pomieszczeniu doprowadzając do ogromnego bałaganu. Robiąc to banki centralne ukrywają i kumulują problemy gospodarcze oddalając je na przyszłość. To efekt silnej wiary w podupadający system finansowy lub chciwość i chęć wyeksploatowania tego co jest, aby problemy zostawić kolejnym pokoleniom.
Dodruk waluty doprowadzi nas w końcu do dużo większej katastrofy finansowej niż w 2008 r. , co potwierdzają fakty historyczne w przypadku Niemiec czy Zimbabwe i fizyka negująca nieskończony wzrost. 

Gdyby Rezerwa Federalna zaczęła ograniczać QE i w końcu zrezygnowałaby z programu, a jej śladem poszły inne banki centralne to wszystkie problemy wyszłyby na jaw, ponieważ płynność nagle zostałaby zachwiana i nieskończony wzrost przerwany.
Oznacza to, że podstawowe założenia całego systemu finansowego opartego na długu i zaufaniu są błędne. Jedyną drogą do naprawienia go są duże zmiany w systemie finansowym, które zostaną przeprowadzone dopiero po silnych perturbacjach gospodarczych. Możliwe, że wszystkim byłoby łatwiej gdyby doprowadzić do zmian w naturalnych warunkach stworzonych przez wolny rynek w 2008 r. Teraz zamiast walczyć z kryzysem za pomocą silnego interwencjonizmu państwowego i drukowania pieniędzy  gospodarka kwitłaby w nowych realiach. Nad tym powinien zastanowić się profesor Bernanke, który tak boi się powtórki kryzysu z 1929 r. Oddalając problemy na później zamiast je rozwiązując bankierzy i politycy powinni pomyśleć nad tym jak długo jeszcze dadzą radę zanim sytuacja wymknie im się z rąk.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michał Wróblewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Dokąd zaprowadzi nas drukowanie pieniądza