Wartość dwóch wygłaszanych wczoraj niemal w tym samym czasie programowych przemówień — ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego w Sejmie oraz nowego prezydenta Rosji Dymitra Miedwiediewa w Wielkim Pałacu Kremlowskim — dla świata nawet nie ma porównania. Z naszego punktu widzenia proporcje rozkładają się rzecz jasna inaczej. Notabene rangę corocznej debaty o polityce zagranicznej obniżyła nieobecność prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w taki sposób ukarał — przynajmniej we własnym mniemaniu — rząd Donalda Tuska za zmiany, których głowa państwa nie akceptuje. Zestawienie obu wspomnianych wystąpień ma sens nie tylko kalendarzowy, ale także merytoryczny, jako że właśnie stosunki Polski z Rosją okazały się najbardziej zapalnym punktem głębokiego sporu w Sejmie. Zgodnie z logiką demokracji parlamentarnej PiS złożyło wniosek o odrzucenie informacji Sikorskiego, który to wniosek
— zgodnie z tą samą logiką — przepadnie.
Obóz prezydencki krytykuje premiera Donalda Tuska najbardziej za gesty dobrej woli wobec Moskwy, oceniane jako kapitulanctwo. PiS oburza zwłaszcza okoliczność, że Władimir Putin zasygnalizował, iż rozróżnia w Polsce koncyliacyjnego premiera oraz okopanego na twardych pozycjach prezydenta. Jest w tym sporo racji, jako że Putin prezentuje znakomitą KGB-wską szkołę rozgrywania przeciw sobie nie tylko ludzi, ale całych państw członkowskich UE — na przykład przez intensywne promowanie Węgier kosztem interesów ich sąsiadów. Trudno jednak nie zauważyć, że główną przyczyną lamentów opozycji był żal, że od 2005 r. nigdy nie doszło do spotkania prezydentów Polski i Rosji — poza siedzeniem przy jednym stole na szczytach UE i NATO — które Lech Kaczyński wielokrotnie zapowiadał. Teraz pojawia się szansa, bo być może Dymitr Miedwiediew okaże się nieco mniej wyniosły.
Wczorajsza zmiana władzy na Kremlu, będącym siedzibą prezydenta, wcale nie oznaczy zmiany władzy w Rosji. Wszak Władimir Putin od dzisiaj zasiada na dwóch fotelach: szefa rządzącej partii Jedna Rosja — której oczywiście daleko do KPZR, ale w niektórych obszarach jej znaczenie jest już porównywalne — oraz premiera. Taka kumulacja stanowisk zdarza się w Moskwie pierwszy raz od czasów Nikity Chruszczowa, później sekretarze generalni bywali jedynie głową państwa. W rosyjskich warunkach szef rządu miał znaczenie podobne, jak we Francji, czyli techniczno-pomocnicze. Od dzisiaj będzie zupełnie inaczej.
Skomplikowaną sytuację dwuwładzy w Rosji najlepiej opisują dwie anegdoty. Zgodnie z pierwszą — nowy premier Putin wcale nie widzi konieczności, aby w jego gabinecie w moskiewskim Białym Domu wisiał portret nowej głowy państwa, co dotychczas było standardem. Druga dotyczy teczki z kodami do rosyjskiego arsenału jądrowego — fakt, że Dymitr Miedwiediew po zaprzysiężeniu na prezydenta wczoraj ją oficjalnie przejął nie oznacza, że na pewno otrzymał także kluczyk.
Jacek Zalewski