W inwestycjach zagranicznych Polska święci ostatnio triumfy. Nie dość, że w 2006 r. ich napływ był rekordowy i wyniósł 15,1 mld EUR (54,25 mld zł), to według Ernst & Young dzięki tym inwestycjom powstało w Polsce 31 tys. miejsc pracy, najwięcej w Europie. Ale pojawił się problem, który może nam popsuć statystyki. Elektryzujący. Oto przykłady.
Norwedzy na włosku
Umoe, norweska grupa, szuka na
świecie lokalizacji pod fabrykę fotowoltaicznych paneli słonecznych. To
gigantyczna inwestycja za 360 mln EUR (1,3 mld zł), w której wyniku powstanie
ponad 520 miejsc pracy. W Europie firma myśli o Norwegii, Polsce lub Węgrzech.
— W Polsce chodzi o Dolny Śląsk: Świdnicę lub Oławę. Problemem nie jest dostęp do inżynierów. Jednak przedstawiciele firmy żądają na dzień dobry dostępu do 100 MW i narzekają, że mamy za drogą energię — ujawnia źródło „PB”.
Ten projekt może więc przepaść. Tak stało się już z inną wielką inwestycją.
Amerykanie uciekli
Z nieoficjalnych informacji „PB”
wynika, że właśnie droga energia była powodem rezygnacji z inwestycji jednego z
największych na świecie producentów krzemu — Hemlock Semiconductor Corp (HSC).
Koncern chciał wydać nawet 2 mld USD (4,9 mld zł) na fabrykę produkującą krzem
(wykorzystywany m.in. w bateriach słonecznych) i zatrudniającą 600 osób.
— Pod koniec 2007 r. firma zrezygnowała z Polski — ujawnia osoba, która brała udział w negocjacjach.
Problem jest
Wojciech Szelągowski, wiceprezes
Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIIZ), która podobno
prowadzi projekt Umoe i już nie prowadzi HSC, nie chce się wypowiadać na temat
żadnej z tych spółek. Przyznaje jednak, że problem drogiej energii jest.
— To nie jest jeszcze trend, ale mieliśmy inwestorów, którzy twierdzili, że np. we Francji mieli ofertę tańszej energii niż w Polsce. Dwukrotnie próbowaliśmy interweniować, ale polskie spółki zasłaniały się taryfami i nie chciały negocjować. Do tej pory branża energetyczna miała podejście urzędowe: trzeba było do nich przyjść, złożyć wniosek. Mam nadzieję, że powoli będzie się zmieniać ich podejście do dużych klientów — mówi Wojciech Szelągowski.
Polsce trudno konkurować pod względem cen energii z Francją. Monopolista EDF jest w 100 proc. państwowy, dysponuje energią atomową, dlatego negocjacje mogą być łatwiejsze.
Metoda zdechłej ryby?
Część ekspertów ostrzega, by
nie zwracać uwagi na fochy inwestorów.
— Duże firmy chciałyby mieć polskie koszty pracy, amerykańską infrastrukturę i australijskie ceny — krytykuje anonimowo osoba, która styka się z inwestorami na co dzień.
Podobnie ostrożny w przyjmowaniu argumentacji inwestorów jest Sebastian Mikosz, były wiceprezes PAIIZ, obecnie ekspert Deloitte.
— Ceny energii nigdy nie były polską słabością. Jestem zaskoczony, że ktoś determinuje wejście do Polski ich wysokością. Przecież ceny są regulowane przez urząd, a energia dostarczana przez prywatne firmy. Równie dobrze można narzekać, że samochody i katering są drogie. To może być sposób na wymuszenie niższych cen — przewiduje Sebastian Mikosz.
W latach 2003-06, gdy był wiceprezesem PAIIZ, nie spotkał się z takim problemem. I uważa, że ceny energii można negocjować.
— Jednym z koncernów, które potrzebowały najwięcej energii, był LG.
Koreańczycy wymagali 125 MW na dobę. Trik polegał na tym, by wynegocjować z
dostawcą energii korzystną cenę. W negocjacjach pod uwagę bierze się trzy
elementy: na jak długo podpisana będzie umowa, jaka będzie średnia konsumpcja
energii oraz jakie moce rezerwowe — twierdzi Sebastian Mikosz.