Taka taktyka zawiodła w maju, gdy po emocjonalnej korekcie rynek szybko odrobił straty. Tym razem jednak również rynek amerykański zaczął mieć kłopoty z kontynuacją wzrostu, co dostarczyło dodatkowych argumentów za odchudzeniem akcyjnych portfeli
Indeksy za oceanem przebyły od połowy marca długą drogę, rosnąc średnio o 12 proc. i dążąc do wyrównania tegorocznych strat. Dotarły do kluczowego poziomu oporu wyznaczonego przez średnie z 200 sesji, ale opublikowane dzisiaj dane makroekonomiczne rozwiały nadzieję na jego szybkie pokonanie.
Rosnący od marca optymizm amerykańskich inwestorów został wystawiony na poważną próbę, gdy wskaźnik wzrostu cen producentów wzrósł w ujęciu bazowym- bez paliw i żywności - dwukrotnie więcej niż zakładano. Ten negatywny odczyt podsycił i tak już znaczne obawy przed wzrostem presji inflacyjnej, która albo zmusi banki centralne do podniesienia stóp procentowych, albo poprzez wzrost kosztów obniży rentowność produkcji.
Na domiar złego słabnący od rana dolar sprowokował falę kupna kontraktów na ropę, co doprowadziło do nowego rekordu ceny czarnego złota. Cena za baryłkę osiągnęła w Nowym Jorku poziom 129 USD. W tym kontekście coraz bardziej realistyczne wydają się prognozy analityków z Goldman Sachs, którzy przewidują, że cena baryłki surowca sięgnie w tym roku 147 dolarów. Napływ spekulacyjnych środków z instytucji finansowych na rynek ropy jest tak duży, że coraz częściej słychać głosy o konieczności zastopowania tej kolejnej cenowej bańki.
Siła negatywnych impulsów była bardzo duża i warszawska giełda nie była w stanie im się oprzeć. Do godziny 14.30, gdy opublikowano dane w USA, na parkiecie panował marazm, a indeksy traciły dziesiętne procenta, pchane w dół bardziej przez asekuracyjną grę grupy inwestorów niż rynkowe informacje. Wig20 znajdował się poniżej poziomu 3000 pkt., ale był jeszcze cień nadziei na jego powrót ponad tę linię w wypadku pomyślnych informacji zza Atlantyku. Później jednak, gdy złe wieści obiegły parkiety, indeksy pogłębiły straty, a na domiar złego towarzyszył temu wzrost obrotów.
Tylko niespełna 20 proc. spółek zakończyło dzień wzrostem. Sztuka ta nie udała się żadnemu z największych blue chipów. Najbliższe sukcesu były PKO BP i KGHM, które zanotowały niewielkie straty. Drożejąca ropa nie pomogła notowaniom spółek paliwowych. Nawet informacja o kupnie złóż ropy nie podniosła kursu Lotosu. Tylko Petrolinvest zdołał wzrosnąć symbolicznie o 0,1 proc. Największy zawód sprawiła TVN tracąc ponad 9 proc. po informacji o planach zakupu udziałów w platformie n. Niemal 5 proc. straciły akcje GTC, a Agora potaniała o 3,3 proc. Na szerokim rynku ponad 5 proc. zyskał Amrest po rekomendacji kupna wydanej przez UniCredit. Ostatecznie Wig20 stracił 1,7 proc., a obroty wyniosły 1,2 mld. zł.
Wczoraj GPW spadała pod własnym ciężarem przy skromnym obrocie. Dzisiaj mimo tej przeceny uległa z kolei czynnikom zewnętrznym. Seria niefortunnych zbiegów okoliczności wciąż zatem trwa. Za ich sprawą Wig20 zamknął się na linii wsparcia wyznaczonego przez średnią z 45 sesji. Jej przebicie grozi spadkiem w pobliże dołka z końca kwietnia. Niestety, polska gospodarka nie jest postrzegana jako oparta na surowcach, nie ma więc szansy stanąć w szranki z najlepszymi rynkami wschodzącymi. Wczoraj indeks MSCI Emerging Markets zniwelował całą tegoroczną stratę właśnie dzięki rewelacyjnej postawie giełd w Brazylii i Rosji.
Dzisiejszy odczyt wskaźnika PPI jednoznacznie przekreśla nadzieje na dalsze obniżki stóp procentowych w USA. Kontrakty na stopę Fed Funds dyskontują 22 proc. prawdopodobieństwo podniesienia ceny pieniądza o 25 pkt. bazowych w USA na wrześniowym posiedzeniu Fed. Dzisiaj zastępca Bena Bernanke, Donald Kohn jednoznacznie stwierdził, że Fed zamierza utrzymać stopy na obecnym poziomie przez dłuższy czas. Nie wiadomo, czy oznacza to resztę tego roku czy nie, ale jeśli inflacja przyspieszy, wbrew oczekiwaniom Fed, do podwyżki jeszcze w tym roku zapewne dojdzie.
Zawiedzionym spadkami inwestorom pozostaje wiara w sezonowe wskaźniki
koniunktury. Jednym z nich jest tzw. wskaźnik cyklu prezydenckiego. W ciągu
ostatnich 20 kampanii prezydenckich amerykańskie indeksy tylko raz straciły
ponad 2 proc. między 1 maja a dniem wyborów. To daje pewną nadzieję, ale
najwięcej w tej chwili zależy od zachowania ceny ropy, której wzrostu rynek nie
jest już chyba w stanie tolerować. Spodziewana korekta nie nadchodzi, a
pieniądze płyną szerokim strumieniem w paliwowe kontrakty terminowe. Bez
przebicia tego spekulacyjnego balonu z dwóch stron – poprzez zwiększenia podaży
surowca i ograniczenie spekulacji finansowej na tym rynku trudno będzie o
uspokojenie cen.