Fundusze mają wystarczająco dużo czasu, by dystrybuować akcje prowadząc rynek do góry lub w bok. Jeśli uda się stworzyć stabilny rząd będą nadal podbijać indeksy.
Z Ameryki
Koniec kwartału i początek następnego miesiąca wsparty dobrymi danymi makro pozwoliły indeksom w USA na pierwszy od czterech tygodni wzrost. Można powiedzieć, że tradycji stało się zadość. W marcu gromadzono pieniądze na podatki, co wyhamowało wpływ gotówki do funduszy. Kwiecień rozpoczął się mocnym akcentem. Gdyby rynek nadal tak książkowo się zachowywał, to w maju hossa powinna się skończyć, ale to wiedzą wszyscy, więc należy oczekiwać jakiejś niespodzianki.
Dane makro były ostatnio mieszane, ale przeważały te bardzo dobre. Niepokoiło to, że rosnące ceny benzyny już mają wpływ na sprzedaż detaliczna. Może dziwić to, że po decyzji OPEC o redukcji wydobycia cena ropy naftowej spadła, ale wytłumaczenie jest proste. W USA tak przestraszono się drożejących paliw, że coraz więcej stanów o zawieszenie wymogów ochrony środowiska (dodatki do paliw podnoszą ceny). Najważniejsze były oczywiście wyśmienite dane z rynku pracy. Alan Greenspan i inni członkowie Fed mieli rację, chociaż są czynniki, które zwiększyły sezonowo liczbę nowo zatrudnionych o ponad 100 tys. Jednak gdy inwestorzy się już uspokoją, zaczną się obawy, że będą rosły stopy (i słusznie). Można powiedzieć, że im lepsze będą dane, tym gorzej dla indeksów. Rentowność obligacji będzie rosła, a dolar się wzmacniał, co nie będzie się inwestorom podobało.
Te dane nie zamykają tematu rynku pracy. To jest według mnie tylko finalne drgnięcie przed końcem ożywienia. Firma konsultingowa Diamond Cluster International po przebadaniu 182 spółek poinformowała, że 86 procent firm ma zamiar część swojej działalności przenieść poza granice USA. Jedyną pociechą dla amerykańskiego rynku pracy jest to, że jeszcze rok temu oczekiwano, iż outsourcing pozwoli na oszczędności w wysokości 50 proc. kosztów, a obecnie mówi się tylko o 10 do 20 proc. Firmy śpieszą się bardzo, bo temat przenoszenia miejsc pracy za granicę stał się jednym z bardziej ważnych, jeśli nie najważniejszym punktem w toczącej się kampanii prezydenckiej. Ponad 80 proc. badanych obawia się, że wkrótce presja polityczna nie pozwoli na przesunięcia miejsc pracy poza granice USA. To może pogorszyć sytuację na rynku pracy.
Szczególnie mocne, jeśli do tego dojdzie, będzie ochłodzenie w gospodarce. Stephen Roach z Morgan Stanley, w ostatnim swoim komentarzu („China – Determined to slow”) zapowiada, że w tym roku władze chińskie zrobią wszystko, by ochłodzić gospodarkę. Cytuje chińskiego premiera, który powiedział, że „przygotowujemy kolejne posunięcia w celu spowolnienia gospodarki i zaręczam, że będą one bardziej zdecydowane”. A trzeba pamiętać o tym, że 60 proc. gospodarki jest państwowa i wystarczy jedno polecenie, by zwolniła. Rząd ma zamiar zastosować specjalne środki nacisku wywołując spowolnienie akcji kredytowej. Pisałem o tym już od kilku miesięcy, ale zakładałem, że rynki oczekują takiego obrotu sprawy. W komentarzu Roacha zaskoczyło mnie stwierdzenie, że międzynarodowa finansjera nie bierze pod uwagę spowolnienia w Chinach, zakładając ciągły, dynamiczny i wieloletni rozwój. Jeśli tak jest, to spowolnienie będzie zimnym prysznicem zarówno dla rynków towarowych (Chiny to 7 proc. światowej konsumpcji ropy, 31 proc. węgla, 30 proc, rudy żelaza, 27 proc. stali i 40 proc. cementu) jak i dla partnerów handlowych Chin. Uderzy to również w amerykańskich eksporterówi.
Ten tydzień powinien przynieść uspokojenie na rynkach. Przede wszystkim jest to tydzień przedświąteczny (piątek jest dniem wolnym), a poza tym na rynek dotrze mało nowych informacji. Tylko jakieś wydarzenie z geopolityki mogłoby zakłócić spokój. Nie słyszę niczego poza entuzjazmem, że przeszliśmy już korektę i teraz wchodzimy w najlepszą w tym roku fazę rynku, a przed nami już tylko nowe szczyty. W kwietniu rozpoczyna się już sezon wyników kwartalnych spółek. Nie widziałem ostrzeżeń, więc raporty będą — prawie zawsze — nieco lepsze od prognoz. Inwestorzy będą starali się te dobre informacje wyprzedzić, co powinno zapewniać „bycze” nastroje. Jedyne zagrożenie to rosnące rynkowe stopy procentowe.
Z Polski
Polityka miała bardzo mały wpływ na naszą giełdę. Inwestorzy zagraniczni wiedzą doskonale, jak trudna i niepewna jest sytuacja, ale w portfelach mają mnóstwo akcji. W tej sytuacji wybrali drogę obrony przez atak. Mają wystarczająco dużo czasu, by prowadząc rynek do góry (albo w bok) dystrybuować akcje. Jeśli uda się stworzyć stabilny rząd, będą dalej prowadzić rynek do góry. Poza tym dobre dane makro musiały zostać w końcu zdyskontowane. Zresztą w mijającym tygodniu też dosłaliśmy dobrą informację. Wskaźnik wyprzedzający koniunktury BIEC, informujący o przyszłych tendencjach w gospodarce, w lutymwzrósł. Żaden z jego składników się nie pogorszył. Nic dziwnego, że Rada Polityki Pieniężnej nie mogła nawet przez chwilę pomyśleć o obniżce stóp. Podtrzymała możliwość zmiany nastawienia z neutralnego na restrykcyjne na następnym posiedzeniu i trudno się temu dziwić, bo sytuacja polityczna jest wyjątkowo niejasna. Trzeba jednak przyznać, że mimo tej sytuacji rynek walutowy zachowuje się po prostu doskonale. Pytanie tylko ile w tym zasługi MF wymieniającego waluty za obligacje sprzedawane poza granicami Polski na złote.
Niestety, znowu musimy mówić o polityce. Polityka zacznie się liczyć i to bardzo, ale nie teraz. Uważam, że prezydent popełnił błąd desygnując Marka Belkę na premiera. Kandydat nie jest lubiany przez społeczeństwo, a gdyby nawet został powołany, to rząd miałby słabe poparcie. Poza tym, premierostwo Belki oznaczałoby, że SLD popełnia harakiri. Politycy nie przeszkadzają prezydentowi w popełnieniu błędu, bo pierwszy ruch i należał do niego, a partie nie miały tu nic do gadania. Dopiero w drugim ruchu głos będzie miał Sejm i SLD liczy, że uda się powołać rząd z PSL pod kierownictwem Józefa Oleksego. Może się przeliczyć, bo jeśli do SDPL w międzyczasie odejdzie więcej posłów niż ma PSL, to rządu zapewne znowu nie uda się powołać. Zanosi się na to, że plan Hausnera przepadnie. Gra wyborcza preferuje populistów, a ona się już zaczęła, bo wcześniejsze wybory (być może na wiosnę 2005) są praktycznie pewne.
Być może jednak prezydent po prostu chce jak najszybszych wyborów. I może mieć rację. Jako memento trzeba przyjąć to, co twierdzi Economist Corporate Network (analitycy związanie z tygodnikiem „The Economist”). Zespół ten uważa, „członkostwo w UE nie spowoduje znacznego przyspieszenia wzrostu gospodarczego nowych członków, którzy będą otrzymywać ze wspólnego budżetu o wiele mniej niż obecni”. Poza tym analitycy uważają, że „wiele lokalnych firm zbankrutuje, a rządy będą zmniejszać wydatki socjalne, by wspierać projekty współfinansowane przez UE”, a to może doprowadzić do przejęcia rządów przez populistów. Przytaczam tę opinię, bo ja mówię o tym od dawna i przerażenie mnie ogarnia, kiedy widzę, jak „elity” polityczne pomagają swoim postępowaniem populistom. Tak zwana prawica zwalcza wszelkimi możliwymi środkami tak zwaną lewicę, media w sposób stronniczy w tym uczestniczą, a tymczasem populiści zacierają ręce. Mam wrażenie, że żyję w kraju rządzonym przez ludzi ślepych i głuchych.
Polityka zacznie wpływać na rynek tym mocniej im bliżej będzie do 2.05. W tym tygodniu jednak, z powodu zbliżających się Świąt i mniejszej liczby sesji nie oczekuję dramatycznych zmian indeksów. Bardziej prawdopodobne jest uspokojenie rynku. Tym razem w stawianiu prognozy bardzo pomaga Wigometr. Pokazuje dużą przewagę niedźwiedzi (48 proc.) nad bykami (28 proc.). Tym bardziej wydaje się prawdopodobne (rozumowanie kontrariańskie), że indeksy zmienią się nieznacznie lub wzrosną.