Mariusz Wełna i Gienek Korytko, bohaterowie reklam Plusa, przekonują, że ich praca to śmiertelnie poważna sprawa, a z kabaretem mają tyle wspólnego co astronauta z astrologiem.
Fakt — to, co od ośmiu lat pokazuje Mumio, to nie kabaret, raczej teatr improwizacji, dziecięcej nieporadności językowej, niekiedy z domieszką absurdu i purnonsensu.
„Puls Biznesu”: Skąd pomysł z reklamówkami Plusa?
Jacek Borusiński: Iwo Zaniewski znał nas z telewizji, my o nim też słyszeliśmy. Zaproponował wspólną reżyserię i scenariusz gali twórców reklamy w Teatrze Polskim w Warszawie. Zajarzyło! Świetnie się rozumiemy, mamy tę samą wrażliwość artystyczną, śmieszą nas podobne dowcipy i sytuacje.
Darek Basiński: Gala wypadła znakomicie. Wszyscy myśleli: krawaty, wieczorowe suknie, przemówienie, trochę śmiechu — a zobaczyli coś nieprzewidywalnego, wyzwolonego. Jadwiga w wieczorowej sukni nagle zaczyna się wykrzywiać, z dziecięcą nieporadnością śpiewa fragment piosenki o sokole niebieskim. Burzyliśmy konwencje jak tarany. Ale publiczność była zachwycona.
Jacek: No i potem Iwo zaproponował nam udział w reklamie.
Darek: Ale wcześniej odmówiliśmy udziału w reklamówkach.
Jacek: I w filmie. Chcieli, bym zagrał w „Kiepskich” męża córki, który u nich zamieszkał, i w serialu miał zastąpić nierozgarniętego Waldusia. Bardzo skomplikowany układ...
Darek: A kiedyś chcieli żebyśmy wystąpili w Opolu!
Mieliście prowadzić Opole?
Darek: W życiu byśmy na to nie poszli! Ale wystąpimy w Opolu w tym roku — dlatego, że zapewniono nas, że ma to być zupełnie inny festiwal.
No ale co z tymi reklamówkami Plusa?
Jacek:Na początku się wzbranialiśmy. Wydawało się nam, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zgodzi się, żebyśmy pojawili się w reklamie, zachowując swoją estetykę artystyczną i indywidualność. Myśleliśmy: język reklamy jest tak daleki od naszego języka artystycznego, że ciężko to połączyć
Darek: Iwo Zaniewski nas przekonał. Umówiliśmy się na próbny dzień zdjęciowy. I nasze obawy przed kompromisem były płonne. Wyszło świetnie! Cztery pierwsze reklamówki, które poszły w telewizji, powstały właśnie podczas tego pierwszego dnia zdjęciowego.
Jak od kuchni wyglądało kręcenie tych reklamówek?
Darek: Był świetny catering. Barobusy ze wspaniałym jedzeniem. Dla mnie to bardzo ważne, niestety.
Trudności?
Darek: Zmieścić się w 25 sekundach. Długo nie mogliśmy sobie poradzić... Niedługo pojawią się reklamy jeszcze krótsze, 15-sekundowe.
Mieliście scenariusz?
Jacek: Ogólny. Często jednak sytuacje, które na kartce wydawały się rokujące, nie sprawdzały się, były zbyt składne, domknięte, przyczesane. Dlatego w improwizacji ich zbrudzenie, wykolejenie w inną stronę, pozbawienie puenty albo wstawienie puenty „z kosmosu” często daje pożądany rezultat. Tak właśnie było i tym razem.
Improwizowaliście?
Darek: Właściwie cały czas, wiedząc z grubsza, na jaki temat. Siedzieliśmy w trójkę z Iwo i próbowaliśmy: tak, siak, owak. I nagle Iwo rzucał: dobra, ten fragment powtórzmy, bo jest najlepszy. Wiele improwizacji rozwijało się w jakieś półgodzinne, szalone sekwencje, z których co prawda można było coś wyciąć, ale... Dostaniemy taśmy z tym obciachem.
Dużo scen nie weszło do reklam?
Darek: Sporo. Nawet całe spoty nie zostały wyemitowane. Jedne dlatego, że nie chcieliśmy; inne, bo nie zdecydował się klient. Kilkakrotnie nie wybrał też tych, na których nam najbardziej zależało i które najbardziej nam się podobały.
Na przykład?
Jacek: Chociażby „Kopytko”.
Ale „Kopytko” wszyscy znamy i — sądząc po rankingu waszych reklam — to jedna z najlepszych sekwencji.
Darek: Tak, ale początkowo się nie spodobała.
A jakich nie widzieliśmy? Opowiedzcie.
Darek: Na przykład Marciewicz…
Jacek: Darek, nam nie wolno tego ujawniać, to wynika z kontraktu.
Darek: Próbowaliśmy kiedyś zgłębić mechanizm, dlaczego jedne spoty klient akceptuje, a inne nie. Okazało się, że tyle osób decyduje o puszczeniu reklamówki, że każdy ma argumenty, każdemu podoba się coś innego — i to się miesza.
Jacek: No właśnie, o „Kopytku” mówiliśmy, ale np. „Kontrola” wzbudziła kontrowersje i o mały włos, a też trafiłaby do szafy. Tu ukłon w stronę klienta, że potrafił zachować dystans wobec samego siebie: sprzedawcy idiotyczni, kontrolerzy, którzy ich poszturchują... Nie każda firma potraktowałaby to z przymrużeniem oka.
A jak powstało „Kopytko”?
Jacek: Przypadek, improwizacja zupełna. Pomazałem klawiaturę tak impulsywnie, a gdy Darek odparł: „Co mi pan tu napisał?”, w pierwszej chwili nie wiedziałem, co powiedzieć, bo mnie zaskoczył. Sądziłem raczej, że powie coś w stylu „Czemu mi pan niszczy klawiaturę”. Pierwszym słowem, jakie mi przyszło do głowy, było „kopytko”... Czasem takie uwolnienie się od logicznej semantyki przynosi nieoczekiwane rezultaty...
Darek: …i dziwne sytuacje. Kilka dni później jestem u ortopedy, a ten pyta, o co chodziło z tym kopytkiem. Tłumaczenie pewnych żartów jest niemożliwe, więc wprawił mnie w zakłopotanie. Pomyślałem, że może to kopytko zaintrygowało go po linii zawodowej, może to jakiś medyczny termin, przedmiot? W końcu zdradziłem mu tajemnicę, że to taki rodzaj komizmu.
Kto wpadł na pomysł z globusikiem?
Darek: Globusik i wycieraczka to pomysł Iwo Zaniewskiego.
A to jodłowanie w jednej z reklam?
Darek: Wymyśliliśmy ją na gorąco. Mogłaby być lepsza, ale nagrywaliśmy ją koło 23.00.
O czym to jest i w jakim języku?
Jacek: Dobre pytanie... Zna ją każdy Norweg, bo to norweska pieśń staroludowa, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Opowiada o pasterce, która chciała zobaczyć fiord, ale była mgła — i przez to bardzo cierpiała. Aha, ta pasterka, gdy śpiewała, była w drewnianych chodakach... Dostajemy nawet maile, że ktoś się tej piosenki uczy na pamięć i prosi, by mu zdradzić, w jakim jest języku i podać słowa w oryginale... Zaczyna się od „Oj, gdzie ty jesteś, tu, tu, tu, nie, nie, nie, o ja biedna…”.
Podczas pracy przy spotach ekipa pewnie pękała ze śmiechu? Ciężka robota.
Darek: Musiała się powstrzymywać, bo kręciliśmy na setce, więc nie było postsynchronów.
Jacek: To pasmo śmiesznych sytuacji. Podczas każdej sesji była chwila, kiedy — po kilku godzinach pracy — następował kilkudziesięciominutowy wybuch totalnej głupawki, rodziły się dziwaczne dialogi, sceny...
W ilu reklamach jeszcze zobaczymy wasz duet?
Darek: Wszystko zależy od klienta. Na pewno nie będzie ich już wiele...
Czy wiecie, że wasze spoty ludzie przesyłają sobie przez internet? Dyskutują i — w większości — chwalą?
Jacek: Tak, coś się dzieje. Złamaliśmy pewną konwencję w reklamie, która dotychczas raczej stroniła od absurdu, językowej nieporadności, improwizacji. Tu uznanie dla odważnego klienta, który się na to zdecydował.
Darek: Przypomniała mi się śmieszna sytuacja, ktoś mi ją opowiedział, jak to agencja przekazała Plusowi opinie z forum internetowego o naszych reklamach. Firma podziękowała, ale zauważyła, że wśród nich nie ma praktycznie opinii negatywnych. A ich po prostu nie było.
Sukces w reklamie przewrócił wam w głowach?
Jacek: Nie, ale jest źródłem problemów. Staliśmy się rozpoznawalni na ulicy. To męczy. Mumio było — w pewnym sensie — niszowe, myśleliśmy tym, co nas śmieszy, nie myśleliśmy „widzem”. Robiąc spektakle, nie kierowaliśmy się tym, czy ktoś nas kupi czy odbierze nasze żarty. Jeżeli coś nas nie śmieszyło, nie brało albo odstręczało, jakieś wątki socjopolityczne — po prostu to zarzucaliśmy. Podobnie z reklamami: postanowiliśmy je zrobić — pod warunkiem, że efekty będą nas satysfakcjonowały.
Darek: Już osadzenie nas w realiach salonu sprzedaży, wciśnięcie w uniformy, narzucenie pewnego stylu bycia kłóciło się z charakterem Mumio. W takich sytuacjach jak relacja klient-sprzedawca nie ma miejsca na komizm. Dopiero Iwo Zaniewski przekonał nas, że wtłoczenie naszego rodzaju komizmu w sztywną, skonwencjonalizowaną rzeczywistość, jedynie go spotęguje. Miał rację.
Jacek: Byliśmy wyczuleni na nieprzesadzenie, nieprzerysowanie, nieprześmiesznienie. Staraliśmy się uniknąć przypadków (dość charakterystycznych dla takich krótkich form), w których dochodzi do błazeńskiej przesady, przekreślającej śmieszność sytuacji. Udało nam się zachować realizm, ale cała śmieszność zasadzała się na tym, że postacie mówią jakieś tam dziwne rzeczy, ale normalnie, realistycznie. Obaj: i klient, i sprzedawca traktują poważnie to, co robią.
Wasze spektakle mają często nieoczekiwany finał.
Darek: To prawda, zdarza nam się zabłądzić w garderobie.
„Lutownica, ale nie pistoletowa, tylko taka kolba” kończy się wynoszeniem zza kulis czego popadnie i rozdawaniem tego publiczności.
Jacek: Czysta improwizacja. Bywa, że spektakl trwa godzinę, a ta improwizacja — drugie tyle. Nigdy nie wiemy, co wyniesiemy — co jest, idzie do widowni.
Darek: Podczas występu w Rybniku, gdy wnieśliśmy na widownie już, co się dało, któryś z widzów zauważył, że za kulisami pozostała bramka piłkarska. Jak się powiedziało „A”, trzeba powiedzieć „B”, więc wytaszczyliśmy ją na scenę — pomagali nam w tym widzowie, i tradycyjnie przekazaliśmy ją publiczności. Mija kwadrans, my już się przebieramy w garderobie, a słyszymy, że na sali wciąż coś się dzieje. I zza kurtyny widzimy publikę, która wciąż świetnie się bawi, przekazując sobie nad głowami bramkę piłkarską. Totalny odjazd! Dyrektor tego ośrodka trochę się nawet wystraszył.
Jacek: Kiedyś wynieśliśmy z szatni palta i rozdaliśmy przypadkowym osobom na widowni.
Darek: Staramy się, by nasze przedstawienia nie były rutynowe, by nie polegały na mechanicznym klepaniu tekstu. Dzięki improwizacji udaje się, bo często nie tylko publiczność jest zaskoczona, my — też. Ludzie to akceptują, to im się chyba podoba. Znamy dziewczynę, która była na naszym spektaklu ponad 40 razy. Niektórzy przychodzą wielokrotnie, bo za każdym razem oglądają trochę inny spektakl.
Co was inspiruje?
Jacek: Na przykład różne „obciachy”, niektóre są bardzo kochane, albo taniocha, bardzo inspirująca. Sytuacje, kiedy człowiek się odsłania, jest naprawdę sobą. Wszelkie dziwactwa, ludzie gdzieś tam na peryferiach kultury, którzy nie są w takim kulturowym „mainstreamie” — ich nieporadność, niekiedy absurdalność sytuacji. Absolutnie nie wyśmiewamy tej taniochy, nieporadności, dziwności, lecz staramy się je przedstawić w ciepłym świetle. Często próbujemy tę taniość znaleźć i w sobie. To generalnie fantastyczne źródło dla artysty, a już dla filmowca — w szczególności.
Dużo dziwactwa jest wokół nas?
Jacek: W każdym z nas tkwi. Wiesz, co mnie najbardziej ciekawi? Moment, w którym człowiek jest sam, wstaje rano i szykuje się do pracy. Nie przywdziewa jeszcze „mundurka pracowego”, idzie do łazienki, robi idiotyczne miny do lustra, nuci kretyńską piosenkę własnego autorstwa, robi rzeczy, których nie wypada etc. Po czym wychodzi, przywdziewa „mundurek”, staje się sztuczny, resztę dnia udaje kogoś innego. No i wraca do domu i znowu jest sobą. I właśnie o taką nieoficjalną stronę człowieka nam chodzi.
Darek: Lubimy ludzi, którzy zachowują wobec siebie dystans, a nie sztywniaków, którzy się gloryfikują, ukazując tylko dobre strony. Ci bardziej otwarci, pozwalający na żarty wobec siebie, podświadomie stają się nam bliżsi, znika jakaś bariera.
Plany?
Jacek: Chcemy postawić na film, spróbować aktorstwa. Nie chcemy, by dorobiono nam gębę wyłącznie rozśmieszaczy — do tego reklamowych. Jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli, już we wrześniu początek zdjęć do kinowego filmu z naszym udziałem.
O czym będzie?
Darek: O dwóch pseudofilmowcach, podróżujących z Katowic do Warszawy i z powrotem, i podczas drogi opowiadają sobie różne filmowe fascynacje, które w przyszłości chcieliby zrealizować. Połączenie życia realnego z ich wizjami prowadzi do wielu śmiesznych sytuacji. Ten film klimatem ma nawiązywać do komedii lat 60. czy 70.
Będzie miał w sobie coś z „Rejsu”?
Jacek: Na pewno. Ale też wczesny Forman, Jarmush.
Słyszałem Darku, że planujesz płytę?
Darek: To przearanżowane piosenki Mumio. Chcę też wydać płytę autorską i książkę: niby dalekie od Mumio, ale jednak z Mumio w tle.
Teatr, film, książka, muzyka. Brakuje wam obrazów i instalacji artystycznych...
Darek: Obrazów malować nie będziemy, ale instalacje, kto wie?
Jacek: Żartuje z tymi instalacjami.
Darek: Kiedyś na wystawie Arsenał w Toruniu zrobiłem małą, własną instalację. Plastikowy kubek naciąłem w czterech miejscach, rozcapierzyłem go i postawiłem na wolnym postumencie. Dokleiłem karteczkę: „Tytuł dzieła: »Lotnik w okowach«.” Stanąłem w oddali i patrzyłem na ludzi, którzy reagowali na lotnika w okowach: przystawali, kiwali głową, coś sobie pokazywali. Ale największą frajdę miałem po kilku dniach, gdy w radiu usłyszałem rozmowę z widzami Arsenału. Jedna pani powiedziała, że rozumie, że można wszystko pokazywać, ale jakiś plastikowy kubek? To ma być sztuka?! Zastanowiło mnie, dlaczego żaden z kuratorów Arsenału nie zastanowił się tak samo jak ta pani nad moim „dziełem” — i nie wyrzucił go do śmieci.
Morał?
Darek: Że jest dużo ściemy w współczesnej sztuce i teatrze.
