Krytykanctwo? Precz!

Andrzej S. Bratkowski
opublikowano: 2004-10-29 00:00

Zdziwiły mnie liczne głosy ekonomistów chwalących rząd za deklaracje niepodwyższania podatków, odmowę zwiększania wydatków i obniżenie deficytu. Faktycznie bowiem deficyt będzie w przyszłym roku wyższy — nie od zapisanego w ustawie budżetowej, lecz od tego, jakim faktycznie zamknie się rok bieżący. Co gorsza, rząd wprawdzie nie podnosi podatków, ale planuje znacznie poważniejszy skok na kasę — chce nas pozbawić pieniędzy zgromadzonych na kontach emerytalnych. Podobno chodzi o statystyczną sztuczkę pozwalającą na szybsze spełnienie warunków członkostwa w Unii Monetarnej. Faktycznie to nacjonalizacja naszych kapitałów emerytalnych.

Miałem w głowie długą listę innych jeszcze argumentów uzasadniających społeczną szkodliwość polityki rządu, ale się nimi z czytelnikami nie podzielę. Uświadomiłem sobie bowiem, jak szkodliwe może być takie krytykanctwo. Otóż w najnowszym rankingu konkurencyjności Światowego Forum Ekonomicznego Polska zdegradowana została aż o 15 pozycji! Mamy jeden z najwyższych wskaźników wzrostu gospodarczego, gwałtowny wzrost zysków przedsiębiorstw, podatki, których zazdrości nam stara Europa i — wprawdzie niewielkie, ale jednak pozytywne — zmiany związane z planem Hausnera, a tu taka katastrofa. Co się stało? Z komentarza autorów rankingu wynika, że degradację zawdzięczamy naszym biznesmenom, którzy znacznie gorzej niż przed rokiem oceniają jakość polskich instytucji publicznych. Pod tym względem ranking jest dla nas bezlitosny, umieszczając nas na 80 (ze 104) pozycji, za Etiopią, Zimbabwe, Egiptem, Indiami. Wprawdzie ostateczna ocena w rankingu zależy nie tylko od opinii ankietowanych, ale także od bardziej zobiektywizowanych wskaźników, są jednak podstawy by przypuszczać, że to właśnie subiektywne oceny naszego własnego biznesu tak nam zaszargały międzynarodową opinię. Równolegle bowiem opublikowano inny ranking, autorstwa The Kurtzmann Group, dotyczący przejrzystości krajów, który znacznie większą wagę przywiązuje do wskaźników zobiektywizowanych. W tym rankingu zajmujemy miejsce w środku stawki (jesteśmy oceniani lepiej niż Włochy, Czechy, Grecja), a wiele krajów, które zasłużyły, zdaniem Światowego Forum Ekonomicznego, na lepszą od nas ocenę, albo w ogóle nie jest sklasyfikowana (Etiopia, Zimbabwe), albo została daleko w tyle za nami (Egipt, Indie).

Inna ciekawa właściwość rankingu ŚFE (tym razem mowa o pełnej ocenie, nie tylko za instytucje) — mającego ambicję mierzyć zdolność gospodarki do wzrostu — polega na karaniu krajów za… wysoki wzrost gospodarczy. Słabe oceny dostała nie tylko Polska, ale i Chiny. Niemcy są oceniane bardzo wysoko, znacznie lepiej niż Francja, która w ostatnich latach rośnie wyraźnie szybciej od naszego wschodniego sąsiada. Dość słabo wypada Irlandia. Tylko w niektórych przypadkach można to przypisać słabościom instytucjonalnym. W rankingu przejrzystości, który bardziej skupia się na instytucjach niż wzroście, Polska i Irlandia wypadają lepiej! Wygląda więc na to, że tam, gdzie w rankingu przywiązuje się większą wagę do „ocen własnych”, kraje szybko rosnące tracą. Psychologicznie jest to zrozumiałe. Szybszy wzrost oznacza zmiany, a zmiany to ryzyko. Dlatego przedsiębiorcom bardziej podobają się gospodarki, w których nic się nie dzieje — jak na przykład niemiecka. Ale gdy dochodzi do decyzji inwestycyjnych, rzucają się na Chiny, które we wszystkich rankingach wypadają bardzo słabo.

Rankingi nie mają więc decydującego znaczenia przy podejmowaniu decyzji biznesowych, jakiś wpływ jednak mają. Lekkomyślne utyskiwanie na własny kraj może być samospełniającą się prognozą. Rozumie to doskonale nasz rząd, wpisujący do założeń budżetu 5 proc. wzrostu w przyszłym roku. Rozumieją to ekonomiści, chwalący rządowy optymizm i dyscyplinę wydatków polegającą na upychaniu ich „pod kreską” budżetowej rachunkowości. Dzięki lekturze rankingów konkurencyjności zrozumiałem i ja. A więc ogłaszam, że w przyszłym roku będziemy mieli wspaniały budżet! Bałem się, że rząd będzie robił jakieś reformy, które groziłyby znacznym przyspieszeniem wzrostu, co dramatycznie zwiększyłoby ryzyko gospodarcze i spowodowało jeszcze większą kompromitację Polski w międzynarodowych rankingach. Na szczęście nasz rząd jest bliski ideału — stara się robić jak najmniej. I wszyscy są mile zaskoczeni, bo mógłby przecież narobić wiele głupstw. Jest więc szansa, że za rok w rankingach konkurencyjności jednak wyprzedzimy Etiopię i znacznie zbliżymy się do Egiptu.