Obligatariusze cieszą się z wniosku zarządu o upadłość spółki. Inwestorzy giełdowi — wręcz przeciwnie.
Kolejna zapowiedź upadłości Elektrimu wystraszyła jego akcjonariuszy. Kurs konglomeratu mocno zareagował na piątkowe doniesienia o wniosku złożonym w sądzie przez zarząd i spadł o 17,22 proc., do 7,45 zł. Wartość obrotów wyniosła 42,8 mln zł.
Zarząd spółki stwierdził, że musi prosić o upadłość, by zaspokoić żądania wszystkich wierzycieli. Tłumaczył przy tym, że majątek spółki pozwala co prawda na pełne pokrycie jej zobowiązań, ale jest on niemal w całości zabezpieczony do kwoty 725 mln EUR na rzecz obligatariuszy. A to nie pozwala Elektrimowi na uzyskanie pieniędzy. W piątek spółka poinformowała też, że będzie domagała się 40 mln EUR odszkodowania od Vivendi.
Tymczasem obligatariusze są zadowoleni z decyzji zarządu.
— Wydaje się, że nie ma innej drogi rozwiązania kwestii istniejących pomiędzy Elektrimem i jego wierzycielami, jak tylko na drodze sądowego postępowania upadłościowego. Obligatariusze z nadzieją czekają na nadzór sądowy nad tą kontrowersyjnie zarządzaną spółką — mówi Mirosław Obarski, rzecznik obligatariuszy.
Wierzyciele są jedynie zdziwieni, że to ich spółka obwinia o doprowadzenie do obecnej sytuacji.
— To zadziwiające, że obligatariuszy obwinia się za warunki umowy, która skutecznie uchroniła Elektrim od upadłości w 2002 r. — twierdzi rzecznik.
I dodaje, że strategia kierownictwa spółki wydaje się polegać na wywoływaniu konfliktów ze wszystkimi swoimi znaczącymi partnerami biznesowymi, takimi jak Vivendi, Deutsche Telekom i skarb państwa.