Nieczęsto się zdarza, aby produkt wymyślony i wyprodukowany w Polsce zawojował światowe rynki. Zwłaszcza gdy większość nie domyśla się, do czego służy.
Gdy przed 20 laty, niejako wbrew naturze, bo komunizm nie sprzyjał przecież prywatnej przedsiębiorczości, Andrzej Czernecki zakładał jedną z pierwszych wówczas firm prywatnych, nie sądził, że ta polonijna wówczas spółka z czasem stanie się potentatem i światowym liderem w dziedzinie sprzętu dla branży laboratoryjnej, określanego mianem „liquid handling”. Debiutująca dzisiaj na parkiecie HTL-Strefa to największy na świecie producent nakłuwaczy do użytku szpitalnego oraz jeden z największych wytwórców lancetów personalnych używanych przez diabetyków. Droga do sukcesu była jednak równie kręta co zaskakująca.
Pipetą w komunizm
Z wykształcenia jest fizykiem jądrowym. Nawet pracował w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku. W 1971 r. Andrzej Czernecki wyjechał do Wiednia, gdzie został szefem sprzedaży początkowo na Polskę, a następnie na Polskę i ówczesny Związek Radziecki w amerykańskiej firmie Backman Instruments, specjalizującej się w produkcji biochemicznej aparatury naukowo-badawczej. Trzy lata później otworzył i zarządzał oddziałem firmy Backman Instruments w Warszawie. W 1981 r. założył własną firmę Plastomed (później PZ HTL —High Tech Lab.), specjalizującą się w produkcji dozowników cieczy, czyli pipet. Wstrzelił się znakomicie, bo sprzęt „liquid handling” był luksusem nieprodukowanym nigdy na taką skalę w krajach komunistycznych, a import z powodów politycznych nie wchodził w grę. Już wkrótce jego firma stała się jedną z nielicznych w ówczesnej Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, która produkowała pipety. Rynek był chłonny, zamówień nie brakowało. Masowy popyt na pipety doprowadził do dynamicznego rozwoju HTL. Trzy lata później firma zatrudniała 700 osób. Największym odbiorcą był ZSRR. Pod względem wielkości produkcji HTL błyskawicznie stała się największym producentem pipet na świecie.
Sielanka nie trwała długo. Na początku lat 90. rozpadło się RWPG, rubel stał się bezwartościowy, a koniec bloku wschodniego oznaczał dla HTL utratę, niemal z dnia na dzień, 80 proc. rynku. Firma stanęła na krawędzi bankructwa. Przetrwała, po części dzięki produkcji na eksport. Zdołała się zrestrukturyzować i rozpoczęła produkcję pipet dla nowo powstałej firmy amerykańskiej Labnet, co otworzyło jej drzwi na ogromny rynek Stanów Zjednoczonych.
Po pierwszym roku poziom sprzedaży wynosił zaledwie 1,5 proc. całości rynku amerykańskiego. W 1995 r. już 10 proc. rynku. W tym samym czasie HTL sprzedawała pipety odbiorcom europejskim: Slamed w Niemczech, Kartell we Włoszech, Jencons w Wielkiej Brytanii.
Lancet szczęścia
Jednak to nie pipety okazały się firmową lokomotywą do światowego sukcesu, lecz lancet. Jeszcze w 1992 r. Czernecki ogłosił wśród swoich pracowników konkurs na pomysł urządzenia do pobierania mikropróbek krwi do badań przez chorych na cukrzycę. Nagrodą było 5 tys. dolarów. W HTL już wtedy pracowali specjaliści, dla których innowacja nie oznaczała jedynie trudnego słowa na „i”. Wkrótce zgłosili kilka pomysłów, w tym jeden — automatycznego lancetu. Pracownicy podzielili się nagrodą, a HTL opatentowała wynalazek w Polsce oraz w USA, Japonii i w Niemczech.
Lancet to stosunkowo proste urządzenie. Przypomina długopis. Składa się z czterech plastikowych elementów oraz z igły. O jego biznesowym sukcesie przesądza jakość produkcji i skala — kilkaset milionów sztuk, czyli miliard elementów rocznie. Na to jednak potrzeba pieniędzy.
O mały włos, a z sukcesu wyszłyby nici. Co prawda Czernecki miał świetny produkt, za to niewiele pieniędzy. Dzisiaj ktoś zdziwiłby się, w czym problem? W końcu są kredyty. Owszem, tyle że wówczas żaden bank nie chciał uwierzyć, że na takim prostym urządzeniu uda się Czerneckiemu cokolwiek zarobić. Biznesmen długo chodził od banku do banku.
W tym czasie poznał menedżera Wojciecha Wyszogrodzkiego, który wsparł go doświadczeniem w produkcji i sprzedaży. W końcu, w 1995 r. niewielkie pieniądze w lancet zaryzykował Polski Bank Rozwoju. Za małe jednak, aby wystarczyły na wielkonakładową produkcję, a tylko taka się opłacała. W 1998 r. Andrzej Czernecki zdecydował się więc na współpracę z European Renaissance Capital — funduszem venture capital zarządzanym przez Renaissance Partners, który zainwestował w HTL prawie 2 mln dolarów w zamian za 20 proc. udziałów w firmie (pod koniec 2004 r. HTL odkupiła od Renaissance udzia-ły za trzykrotnie wyższą cenę).
Rok później — katastrofa. Amerykański pośrednik sprzedający produkty HTL w USA, pod którego ustawiona była produkcja firmy, nagle zerwał umowę. Losy firmy znowu zawisły na włosku. Jednak pewnego dnia zadzwonił Amerykanin — szef zakupów koncernu Roche. Kilka pierwszych kontenerów z produktami HTL poszło do USA jedynie po rozmowach telefonicznych. Po kilku miesiącach obie firmy podpisały kontrakt. Ustawił on HTL na wiele lat. Do tego stopnia, że postanowiono wybudować nową fabrykę w Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, w Ozorkowie. Pracuje w niej 180 osób w ruchu ciągłym, 24 godziny przez 7 dni w tygodniu.
Przyjaźni ludziom
Grupa HTL ma dzisiaj 80 dystrybutorów w 64 krajach. Tworzą ją dwie firmy: PZ HTL SA w Warszawie, gdzie produkuje się wysokiej klasy dozowniki automatyczne, oraz HTL-Strefa Sp. z o.o. w Ozorkowie. Produkuje nakłuwacze uniwersalne, lancety osobistego użytku oraz jednorazowe końcówki do pipet. Zatrudniają ponad 320 osób.
— Ponad 20 lat doświadczeń w projektowaniu i produkcji ręcznych systemów dozujących satysfakcjonujących klienta pozwoliły nam zdobyć opinię niezawodnego producenta przyjaznych urządzeń laboratoryjnych. I tego nic już nie zmieni — twierdzi Wojciech Wyszogrodzki, dyrektor generalny HTL-Strefy.
HTL-Strefa jest największym na świecie producentem nakłuwaczy do użytku szpitalnego oraz jednym z czołowych producentów lancetów personalnych używanych przez diabetyków.
— Ze środków z emisji planujemy w tym roku spłatę 25 mln zł kredytu pomostowego, 14,4 mln zł pożyczki wobec jednego z naszych akcjonariuszy. Ponadto chcemy przeznaczyć 13,6 mln zł na inwestycje w środki trwałe, w tym 8,4 mln zł na budowę zakładu produkcyjnego w Łęczycy. W I kwartale 2007 r. ze środków z emisji spółka planuje 4,6 mln zł na inwestycje, w tym 2,5 mln zł na szlifiernię igieł oraz 0,5 mln zł na założenie własnego biura sprzedaży w Atlancie w USA. Wartość realizowanych przez spółkę inwestycji w tym roku wyniesie 35,4 mln zł, a w przyszłym podobną kwotę — twierdzi Andrzej Czernecki, prezes zarządu HTL-Strefy.
Znajomy makler na wieść o giełdowym debiucie HTL stwierdził: szykuje się drugi Bioton. Cokolwiek miał na myśli, jedno jest pewne: na parkiecie będzie ostro.
