Gospodarka rośnie, a nastroje słabną. Dlaczego sztuczna inteligencja budzi lęk?
Amerykańska gospodarka rozwija się dynamicznie i przeżywa boom inwestycyjny, ale jego struktura jest co najmniej zastanawiająca. Nakłady na maszyny i urządzenia rosną w tempie 14 proc. r/r – głównie za sprawą centrów danych – podczas gdy inwestycje w domy i mieszkania spadają. Więcej maszyn, mniej lokali – to gospodarka w stylu cyberpunk: high tech, low life. Zatem mimo coraz lepszej koniunktury nastroje Amerykanów stale się pogarszają.
Zjawisko to ma jednak szerszy wymiar. W wielu krajach wzrost gospodarczy występuje, ale ludzie tego nie odczuwają, bo choć PKB pnie się w górę, to realne płace stoją w miejscu. W Polsce jeszcze rosną, ale coraz słabiej.
Problem tkwi w naturze postępu. Rewolucja przemysłowa dawała nadzieję choćby na lżejszą pracę, a w połowie XX w. pralki, lodówki czy telewizory zmieniały codzienność z dnia na dzień. Rewolucja sztucznej inteligencji, z jaką mierzymy się dzisiaj, wzbudza raczej poczucie zagrożenia niż optymizmu. Boi się zwłaszcza wykształcona klasa średnia, bo w jej profesje AI uderza bezpośrednio. Badania Pew Research Center pokazują, że w większości państw ludzie obawiają się o zatrudnienie oraz o koncentrację kapitału.
Co gorsza, obawy mogą się umacniać, bo ludzie są coraz mniej odporni na zmiany. Na niepokój nakłada się kruchość społeczna. To efekt zjawiska, które psycholodzy Jonathan Haidt i Peter Gray opisali jako sejfityzm. Pod tym pojęciem kryje się model kulturowy, w którym bezpieczeństwo staje się wartością nadrzędną i to jego podtrzymaniu podporządkowuje się wszystko, w tym proces wychowania najmłodszych. Dzieci trafiają pod klosz, odbiera im się swobodną zabawę, organizując każdy aspekt życia, oraz eliminuje się wszelkie czynniki stresogenne, by nie wywołać żadnego dyskomfortu. Efekt to brak odporności na stresory, kruchość. Tymczasem rozwój AI to trudności adaptacyjne w czystej postaci. Ludzie boją się dziś utraty statusu tak, jakby walczyli o fizyczne przetrwanie. Media dokładają swoje, bo w przekazie systematycznie przybywa strachu i agresji.
Polexit wchodzi do politycznej debaty. Obie strony sporu dużo ryzykują
Wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, lidera Prawa i Sprawiedliwości, na Forum w Krynicy wprowadziło polexit do politycznej debaty, choć w 90 proc. dotyczyło reformy Unii Europejskiej. Prezes PiS uważa, że Wspólnota zmierza ku centralizacji wbrew zapisanej w traktatach zasadzie pomocniczości. Chce reformy Komisji Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości UE poprzez odebranie im części kompetencji oraz wzmocnienie Rady Europejskiej. Zmienić miałaby się też rola Parlamentu Europejskiego.
Dopiero na końcu prezes PiS sformułował propozycję: jeśli inne metody skłonienia do reform zawiodą, grupa państw powinna solidarnie zagrozić opuszczeniem struktur. Wprost o polexicie nie ma mowy, ale mrugnięcie okiem do antyunijnego elektoratu jest ewidentne.
Granie kartą secesji bywa ryzykowne – przekonał się o tym David Cameron, niegdyś premier Wielkiej Brytanii. Jarosław Kaczyński otwiera puszkę Pandory, ale gabinet Donalda Tuska też może się przeliczyć. Dziś liczy na to, że łatwo zepchnie PiS do narożnika hasłem polexitu. To niebezpieczna strategia, bo może doprowadzić do polaryzacji stanowisk w dyskusji o UE i sprowadzić ją do „być albo nie być w Unii”. Założenie, że zwolenników członkostwa będzie więcej, również może okazać się chybione: rząd niebawem może być zmuszony tłumaczyć, dlaczego pieniędzy z Brukseli będzie mniej. Niemiecki gabinet już domaga się cięć w nowym budżecie unijnym, podobnie jak Marine Le Pen, która ma szanse wygrać wybory we Francji. A środki z Europejskiego Funduszu Konkurencyjności, który ma być jedną z największych części nowej perspektywy finansowej UE, trafią głównie do niemieckich i francuskich przedsiębiorstw technologicznych. Narracja, że integracja jest wyłącznie źródłem profitów, zacznie wtedy tracić rację bytu.
Sama Unia znalazła się w kropce. Pogłębienie jednolitego rynku, którego domagają się w raportach Mario Draghi czy Enrico Letta, wymaga silniejszej integracji politycznej. Nastroje zmierzają jednak w przeciwną stronę, bo zyskują formacje żądające większej suwerenności stolic. Rozwiązaniem mogą być koalicje chętnych skupione wokół konkretnych obszarów, takich jak energetyka czy obronność – trochę na wzór Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, czyli zalążka dzisiejszej UE.
Hamujące podwyżki płac i najdroższy gaz od czasów kryzysu energetycznego
Firmy coraz mniej chętnie podnoszą pensje. Z kwartalnego szybkiego monitoringu Narodowego Banku Polskiego (NBP) wynika, że dynamika planowanych podwyżek wyhamowała do 4,4 proc., mimo że inflacja rosła. Mniejsza presja płacowa to dobra wiadomość z punktu widzenia walki z drożyzną. To także sygnał, że rynek pracy stygnie, a pracownicy tracą przewagę negocjacyjną. Realny wzrost uposażeń spowalnia, wolniej może więc rosnąć konsumpcja. Na razie uderzenie amortyzują oszczędności gromadzone przez gospodarstwa domowe.
Rosną ceny gazu. Na giełdzie w Amsterdamie – stanowiącej punkt odniesienia dla całego kontynentu – megawatogodzina kosztuje ponad 101 EUR, czyli najwięcej od kryzysu energetycznego z 2022 r. Przed sezonem grzewczym notowania błękitnego paliwa stają się powoli paliwem politycznym. Minister finansów Andrzej Domański zapowiada, że w listopadzie rząd przedstawi propozycję programu osłonowego dla odbiorców indywidualnych, gdyby wysokie stawki miały się utrzymać. Rzecz w tym, że w kasie państwa wolnej przestrzeni fiskalnej praktycznie już nie ma. Obecna ekipa rządząca nieraz jednak udowodniła, że potrafi wykreować nowe wydatki, choć nie są one zapisane w ustawie budżetowej.
Chińskie auta zbijają ceny samochodów, inflacja w dół
Choć większość towarów i usług drożeje, samochody tanieją. We wrześniu Główny Urząd Statystyczny (GUS) odnotował spadek ich cen o niemal 4 proc. r/r. Stoi za tym ekspansja pojazdów z Chin – Polska notuje dziś najwyższy odsetek takich modeli w ogólnej sprzedaży, wyprzedzając pod tym względem Hiszpanię. Swoje mogły dołożyć dopłaty z KPO do pojazdów bezemisyjnych, które obejmowały również chińskie elektryki. Ta moneta ma jednak rewers: postępujące uzależnienie od Pekinu grozi powolną deindustrializacją europejskiego sektora automotive.
Inflacja w październiku spadła do 3,5 proc. r/r – mocniej, niż zakładały prognozy ekonomistów. To oczywiście efekt rządowej interwencji na rynku paliw. Z wyliczeń ekspertów wynika, że obniża się również inflacja bazowa, co oznacza, że wyższe rachunki na stacjach nie rozlewają się szeroko na inne ceny w gospodarce. Rada Polityki Pieniężnej stoi przed dylematem: reagować stopami procentowymi na ryzyko drożejącej energii już teraz, na listopadowym posiedzeniu, czy pozostać w trybie wait and see. Spadek inflacji bazowej ma bowiem swoją ciemniejszą stronę: to dowód na przytłumiony popyt konsumpcyjny.
