Lukas man

Jacek Konikowski
opublikowano: 2006-09-01 00:00

Wizjoner z pasją. Powinien konstruować roboty, ale wybrał zarządzanie. Teraz przyjdzie mu się zmierzyć z Telekomunikacją — czyli gigantem.

O Macieju Wituckim, prezesie Lukas Banku, można powiedzieć bankier, choć bardziej by pasowało: facet od sprzedawania pieniędzy, którego uspokaja pobyt na strzelnicy. Nie jest typem ryzykanta, więc tym bardziej dziwi, że odchodzi z firmy, której sukces tworzył z wielką pasją, a na dodatek — porzuca bankowość. Dla wielkiej niewiadomej.

— Do czasu objęcia stanowiska prezesa Telekomunikacji Polskiej Maciej Witucki nie udziela żadnych informacji na swój temat — decyduje stanowczy głos w słuchawce.

Rozmowny zazwyczaj Maciej Witucki tym razem nabrał wody w usta? Nic dziwnego, mało kto się spodziewał, że zostanie szefem Telekomunikacji. Z drugiej strony, jego przejście dla wielu nie jest zaskoczeniem, kwitują to jednym zdaniem: swój przejdzie do swego, czyli z francuskiego banku do francuskiego telekomu. Duże uproszczenie. Na pewno jednak Lukas Bank czekają teraz ciężkie chwile. Zamiast iść za ciosem, musi szukać nowego prezesa. Tylko, czy znajdzie takiego jak dwaj poprzedni?

Spec od robotów

Lukas Bank ma szczęście do prezesów. Wpierw nieżyjący Mariusz Łukasiewicz, twórca jego sukcesu, wizjoner i zapaleniec. Teraz Maciej Witucki, też zapaleniec, który mały bank uczynił wielkim. Żaden z nich nie ukończył bankowości na prestiżowej i drogiej uczelni. Łukasiewicz był prawnikiem, a że Witucki jest bankowcem, to też czysty przypadek, czego wcale nie ukrywa.

Mógł tworzyć roboty. To naturalne, gdy się studiowało robotykę na Wydziale Elektrycznym Politechniki Poznańskiej. Albo zajmować się logistyką, skoro przez sześć lat zgłębiał zarządzanie systemami przemysłowymi na studiach podyplomowych w École Centrale Paris, specjalizując się w badaniu systemów operacyjnych i wspomagania decyzji. Arkana bankowości znał więc równie dobrze, jak bankowcy zasady działania robotów przemysłowych. A jednak młody inżynier pierwszą pracę dostał właśnie w sektorze finansowym, w Banku Cetelem, wpierw we Francji, gdzie współtworzył biznesplan spółki córki na polskim rynku, a następnie w Polsce, będąc jednocześnie członkiem zarządu Cetelem Polska. Od października 2001 r. pracuje w Grupie Credit Agricole. W 2002 r. został członkiem zarządu Lukas SA, a następnie odpowiedzialnym za pion kredytów konsumenckich wiceprezesem Lukas Banku. Prezesem banku jest od dwóch lat.

Sporo punktów w CV jak na 39-latka. I jedna zagwozdka — co, do diabła, inżynier może wnieść do działalności instytucji finansowej? Jakim cudem spec od robotów wkręcił się do bankowości?

Potrafi słuchać

Nowoczesny bank to nie tylko bankierzy, lecz przede wszystkim spece od sprzedaży. Pieniędzy. Bank jest od tego, żeby je zarabiać, a nie tylko trzymać w sejfach. Tak się myślało we Francji, tak się myśli w Lukas Banku. A Witucki potrafił sprzedawać.

— Jest człowiekiem rynku, a nie bankowcem pojmującym jedynie działanie systemu bankowego. Rozumie rynek i stawia na marketing. Ma dar bardzo dobrego rozpoznawania potrzeb. Nieprzypadkowo siłą Lukas Banku jest nastawienie na klientów — twierdzi Henryka Bochniarz, członek rady nadzorczej Lukas Banku.

To wystarczy? Dzisiaj już nie, ale od czego są ludzie. Witucki nie twierdzi, że bankowość ma w małym palcu, mimo że zostawia firmę w czołówce polskich banków. Nie musi. Jego zdaniem, szef powinien otaczać się ludźmi mądrzejszymi od siebie, takimi, którzy nie zawahają się zanegować szalonych niekiedy pomysłów swojego pryncypała. On jest od megastrategii, oni — wykonawcami wizji.

— Jest bardzo otwarty na ludzi, potrafi słuchać i nawiązać kontakt. Nie stwarza barier — uważa Henryka Bochniarz.

— Bardzo inteligentny i pełen inwencji. Umie doskonale przystosować się do rozmówców o różnych horyzontach myślowych, co nie jest powszechne wśród menedżerów. Bardzo otwarty, bezpośredni. Potrafi rozmawiać praktycznie z każdym, także z ludźmi na świeczniku — twierdzi Elżbieta Jarzeńska-Martin, członek rady nadzorczej Lukas Banku, zastępca dyrektora generalnego Calyon, oddział w Polsce.

Potwierdzają to inni jego współpracownicy.

— Słucha ludzi ze swojego otoczenia. Jeśli uzna, że mają rację, nie waha się zmienić własnego zdania czy decyzji. Tym nas ujął. Jako szef i jako człowiek. Dla niego nie liczy się, jakie kto ma wykształcenie, lecz jaką ma osobowość, predyspozycje, zapał do pracy, poczucie odpowiedzialności. Czasem żartujemy, że u nas pracę dostałby nawet mechanik samochodowy, ale pod warunkiem że inteligentny i z wyobraźnią — mówi współpracownik Wituckiego.

Pełnokrwiści marketingowcy

Dlatego w branży ludzi z Lukas Banku określa się mianem bankowców od Wituckiego.

— To pełnokrwiści marketingowcy. Nie mają nic z bankierów starej daty. Doskonale wiedzą, jak opakować i sprzedać usługę. Tak, żeby była „zrozumiała”, stosunkowo niedroga i trafiała prosto w potrzeby klienta. Cała stylistyka Lukas Banku, którą współtworzył — kolory, wyposażenie placówek — świadczy o chęci trafiania wprost do serca klientów. Bankowcy od Wituckiego wyraźnie starają się wszystko robić pod jedną marką, bo nawet fundusze inwestycyjne są „pod Lukasem”. Z kolei Klub Maxima to program rabatowy dla wszystkich klientów mających kartę kredytową Lukas Banku z logo Maxima — sieć punktów handlowych i usługowych biorących udział w programie niepostrzeżenie przekroczyła tysiąc. Ci ludzie mają szokujące pomysły, no może czasem nawet nieco zbyt progresywne... — mówi Robert Azembski, redaktor naczelny miesięcznika finansowego „Bank”.

Chociażby karta marketowa. Od 1 lipca w hipermarketach sieci E.Leclerc dostępna jest karta kredytowa wydawana wspólnie przez tę sieć handlową i Lukas Bank. To tzw. otwarta karta kredytowa. Umożliwia zakupy nie tylko w sklepach E.Leclerc, ale również we wszystkich punktach akceptujących karty Visa na całym świecie.

Albo pomysł ze sprzedażą produktów bankowych, tak jak lody, wprost z samochodu. Szalone? Wielu tak myśli, podczas gdy Lukasmobile, naszpikowane elektroniką i wyposażone w różne produkty bankowe już jeżdżą po ulicach wielu miast. Bankier z binoklem w oku czegoś takiego by nie wymyślił.

Strzelanie uspokaja

Wituckiemu daleko do wizerunku klasycznego bankiera, budzącego grozę zachowawczego sztywniaka, kierującego się bezpiecznymi schematami. Nie ukrywa emocji, tak obcych bankierom. Wystarczy zapytać go o rosnące marże i ceny produktów bankowych. Wtedy poirytowany zapyta, dlaczego handlarz pietruszką może sprzedawać ją z 20-procentowym narzutem, a bank nie może żądać za produkty mniejszej marży. I dlaczego handlarz nie musi się tłumaczyć, a bank — musi, mimo że jeden i drugi mają ten sam cel: zarobić.

— Na co dzień przemiły, otwarty na tematy i ludzi. Nie podkreśla swego statusu w firmie, wręcz przeciwnie. Ma olbrzymi dystans do siebie i funkcji — twierdzi Elżbieta Jarzeńska-Martin.

Kiedyś, na jednym z poważnych spotkań, w bardzo sztywnym towarzystwie przedstawił się jako sprzedawca lodówek i mikrofalówek.

Ma 39 lat. Jest młody i czuje się młody, często uśmiechnięty, na luzie, nie nadęty. Od dwurzędowego garnituru i kamizelki woli luźną jednorzędówkę. Jak każdego chyba młodego faceta, ciekawią go nowinki elektroniczne i techniczne. Często można go spotkać na strzelnicy, co najmniej dwa razy w tygodniu strzela. Po co? Twierdzi, że to go uspokaja. Pasjonuje się historią, zwłaszcza średniowiecza. Ceni patriotyzm do tego stopnia, że swoim dwóm córkom (11 i 4 lata) czyta „Trylogię”.

Misja przy telefonie

Witucki obejmie stanowisko prezesa Telekomunikacji Polskiej od 6 listopada. Wiele osób zastanawia się teraz, dlaczego odchodzi z banku, w którego tworzenie tak bardzo się zaangażował? Co sprawiło, że nagle to zaangażowanie osłabło tak, że zdecydował się odejść nie tylko z firmy, ale też z branży? Kłopoty z akcjonariuszami? Polityczne aspiracje? Ambicja?

— Każdy szuka wyzwań i być może nadszedł taki czas, że bank przestał być dla niego wielkim wyzwaniem. To bardzo prawdopodobne. I to tylko dobrze o nim świadczy, że nie mości sobie posady. Z akcjonariuszami miał bardzo dobre stosunki. Proces odchodzenia był z nimi wcześniej długo dyskutowany — zaznacza Henryka Bochniarz.

Witucki nie „znika” z dnia na dzień, gwałtownie, w atmosferze skandalu lub choćby trzaskających drzwi.

A dlaczego właśnie Telekomunikacja Polska? Kto za kim chodził? Może politycy maczali w tym palce?

— Nie sądzę, żeby Witucki biegał po rynku i rozpowiadał, że chce zostać szefem Telekomunikacji, choć na pewno jego chęć zmiany musiała paść na podatny grunt. Nie doszukiwałabym się w tym jakichkolwiek podtekstów politycznych, wydaje mi się, że to była raczej ściśle rynkowa decyzja. Witucki nie jest zaangażowany w politykę — mówi Bochniarz.

Fakt, Witucki był przeciwny, udzielaniu przez Lukas Bank kredytów partiom politycznym na organizację kampanii wyborczych. Stwierdził wprost: nie interesuje nas angażowanie się w politykę. Mimo że niektóre banki nie wyrzucają polityków za drzwi.

Witucki uczynił mały bank wielkim. Co wniesie do Telekomunikacji Polskiej?

— Robi wrażenie człowieka mającego niezłą wiedzę o rynku finansowym i potrafiącego dobrze współpracować zarówno z akcjonariuszami, jak i z rynkiem. Dlatego sądzę, że Telekomunikacja, która niewątpliwie jest trudną spółką — z wielu względów, może zyskać wiele korzyści z jego obecności. Postara się przybliżyć firmę do rynku. Myślę, że skupi się głównie na sprawach handlowych, a więc na tym, na czym zna się najlepiej. Ta firma potrzebuje menedżera z krwi i kości, który z tego państwowego behemota uczyni prawdziwie giełdową spółkę rynkową — twierdzi Henryka Bochniarz.

Pytanie tylko, jak Witucki, który dotąd radził sobie doskonale w spółce prywatnej, da sobie radę w spółce na wpół państwowej, w której naciski polityczne nie są czymś wyjątkowym.

— Ma silną osobowość. Potrafi z ludźmi rozmawiać, więc powinien sobie poradzić również z naciskami politycznymi — twierdzi Henryka Bochniarz.

— Na pewno przyda się taki facet z pomysłami w przerośniętej strukturami biurokratycznymi Telekomunikacji — dodaje Robert Azembski.

Na pewno. A jeśli mu się uda, skorzystają klienci.