Meandry strategii

Mira Wszelaka
opublikowano: 2005-03-18 00:00

Strategia lizbońska przeżyła niejedno: cudowne narodziny, bujny rozkwit, powolną śmierć, nieoczekiwane zmartwychwstanie. Czy czeka ją wniebowstąpienie?

Strategia lizbońska. Jeżeli komukolwiek w ogóle się kojarzy, to zapewne nie są to skojarzenia napawające przesadnym optymizmem. Miało być dobrze, a nawet bardzo dobrze, a wyszło — jak zwykle.

Szklane domy

Lizbona, marzec 2000 r. Piętnastu przywódców państw członkowskich Unii siada za stołem i wspólnie akceptuje plan gospodarczego pościgu. Za kim? Celem pośrednim są Stany Zjednoczone, ale ambicje rozentuzjazmowanych i rozpalonych iberyjskim słońcem głów sięgają dalej. To Unia ma się stać najbardziej konkurencyjną gospodarką świata, zdolną do trwałego rozwoju, tworzącą większą liczbę nowych miejsc pracy oraz charakteryzującą się większą spójnością społeczną. Wyznaczono termin — 2010 r. Nie ma na co czekać, bo Europa coraz wyraźniej przegrywa batalię o nowe technologie. Spośród 300 czołowych firm komputerowych świata 70 proc. działa w USA. A z listy 300 koncernów, które wydają najwięcej na badania i rozwój, 46 proc. należy do Amerykanów.

Alarmują także unijni demografowie. Do 2040 r. potencjał wzrostu europejskiej gospodarki spadnie z 2-2,25proc. rocznie do 1,25 proc. Do tego czasu każdą osobę w wieku emerytalnym będzie musiało utrzymać zaledwie dwóch pracujących, a nie jak obecnie czterech. Oliwy do ognia dolewa też pojawienie się strukturalnych barier wewnętrznych hamujących wzrost gospodarczy. Wszyscy wierzą w sukces, bo jest przecież wola polityczna, no i co nie mniej istotne, koniunktura. Najważniejsze jednak, że jest strategia. I to nie byle jaka!

Wszystko i nic

Opasły tom pomieścił bodaj wszystkie ambicje i pobożne życzenia, jakie przyszły do głowy spragnionym sukcesu politykom. Najważniejsze było zatrudnienie, w 2010 r. dla całej UE miało ono wynieść 70 proc., zaś wydatki na badania i rozwój 3 proc. PKB. Lista celów była długa: od informatyzacji gospodarki, pobudzania przedsiębiorczości, wyrównania różnic między regionami, do szeroko pojętej liberalizacji rynków. Jeżeli o czymś zapomniano w 2000 r., to szybko nadrabiano zaległości w latach następnych, dodając nowe priorytety, jak np. zrównoważony rozwój (większa dbałość o środowisko), większe zatrudnienie kobiet czy wyznaczenie standardów socjalnych, które stały się hamulcowymi osiągania wcześniej założonych celów. Takie podejście skutecznie rozwodniło cały plan. Co więcej, ciężar wdrożeń strategii spoczął na państwach członkowskich i rządach, które w wielu dziedzinach zachowały suwerenne prawo realizacji kierunków reform. Jedynym elementem dyscyplinującym były zaś upomnienia. Można sobie wyobrazić, czym to skutkowało.

Gwoździem do trumny okazało się nagłe załamanie koniunktury, kryzys w sektorze teleinformatycznym, zagrożenie terroryzmem po 11 września 2001 r. oraz wzrost cen wielu surowców. Strategia zaczęła konać, choć nie brakowało głosów, że od samego początku była martwa. Na europejskich salonach wspominano o niej niechętnie, często z drwiącym uśmieszkiem. Zwyciężyła jednak polityczna poprawność.

Czarna diagnoza

Wyniki pierwszego podsumowania realizacji celów strategii, które na jesieni 2004 r. przedstawiła tzw. grupa Wima Koka, byłego premiera Holandii, okazały się miażdżące. Na półmetku lizbońskiej dziesięciolatki tylko kilka krajów zrealizowało założone cele (m.in. Szwecja i Finlandia). Reszta znalazła się na przysłowiowym cenzurowanym.

„Nad Europą wisi widmo kryzysu. Bez radykalnych reform systemów zabezpieczenia społecznego oraz służby zdrowia wszystko skończy się katastrofą finansów publicznych i załamaniem europejskiego modelu społeczno-gospodarczego” — ostrzegano w raporcie.

Liczby też mówią same za siebie. Zatrudnienie sięga niecałych 63 proc. i ani drgnie, a wzrost gospodarczy niecałych 2 proc. Co gorsza, dystans między UE a USA jeszcze się zwiększył, a na horyzoncie pojawiły się nowe potęgi gospodarcze, jak Chiny czy Indie. Wysokie zobowiązania socjalne w największych gospodarkach UE sprawiają, że kraje te nie są w stanie zwiększyć wydatków na badania i rozwój, edukację czy sektor teleinformatyczny. Zdaniem Jana Szomburga z Polskiego Forum Strategii Lizbońskiej, cała ta sfera funkcjonuje w Unii w ramach anachronicznych i mało bodźcowych reguł. W efekcie wiedza i kapitał ludzki są źle wykorzystywane. Dodaje, że za mało jest rynku i miejsca na indywidualny sukces. Skutkiem jest exodus europejskich naukowców i kapitału proinnowacyjnego do USA. Także unijna przedsiębiorczość wciąż pozostaje uwięziona w gorsecie regulacji i biurokracji, mnożąc koszty. To nie koniec litanii. Sztywne rynki pracy blokują wzrost zatrudnienia, a liberalizacja i integracja rynków, takich jak usługi, energetyka, transport i telekomunikacja, w dużej części pozostaje tylko na papierze. Konkurencyjność Unii byłaby o wiele większa, gdyby tylko zdecydowano się usunąć bariery w przepływie usług i osób z nowych państw członkowskich.

Lifting Lizbony

Oczywiście w tej sytuacji najprościej byłoby napisać nową strategię, tym razem pościgu za Chinami. Unia postanowiła jednak dać Lizbonie szansę i poddać ją gruntownej kuracji. Na początku lutego 2005 r. Komisja Europejska ogłosiła „Nowy początek strategii lizbońskiej”, nieco spuszczając z tonu. Jego ostateczne uzgodnienie i akceptacja ma nastąpić na szczycie Rady Europejskiej 22 i 23 marca w Brukseli. Według wstępnych założeń, do 2010 r. powinno powstać 6 mln miejsc pracy (wcześniej mówiono o 20 mln), wydatki na naukę muszą wzrosnąć o 1 proc. unijnego budżetu. UE ma zmienić także akty prawne, które utrudniają życie przedsiębiorcom, m.in. chemiczny pakiet Reach, i ujednolicić zasady naliczania podatku dochodowego od firm (CIT). Elementem nowej strategii ma być też liberalizacja rynku usług. W tym kontekście pewnym optymizmem napawa zapowiedź José Barroso, przewodniczącego Komisji Europejskiej, o tym, że będzie bronił nowych krajów członkowskich przed „protekcjonistycznymi naciskami z Zachodu” w dyskusji nad liberalizacją rynku usług. Jednym z priorytetów ma być także reforma reguł pomocy publicznej. Problem w tym, że odważne plany ograniczenia publicznego wsparcia w bogatych państwach znowu mogą storpedować Niemcy i Francja. Obu krajom trudno będzie się pogodzić z utratą pomocy dla starych niezrestrukturyzowanych sektorów. Co ciekawe, w imię poprawy konkurencyjności proponują redukcję pomocy, ale w regionach przygranicznych krajów sąsiadujących z bogatymi. Podobnie rzecz się ma z patentem. Cóż, egoizmy narodowe, słabość przywództwa politycznego i brak akceptacji społecznej dla zwiększenia roli rynku oraz ograniczonej roli państwa wciąż biorą górę.

Teraz po Europie krążą gorączkowe pytania, jak rzeczywiście ożywić strategię i nadać jej nowy impet. Kto to uczyni? Czy znowu skostniałe gospodarki Unii? Może tym razem wspólnota powinna dać szanse innym i na przykład skorzystać z doświadczeń nowych krajów członkowskich, nieco bardziej uwzględniając ich obecność w nowej formule strategii? A przecież to nie koniec wyzwań, bo proces rozszerzenia UE wciąż trwa.

Okiem eksperta

Potrzeba głębokich reform

Strategia lizbońska cierpi na nadmiar słusznych celów, które od pięciu lat nie są wdrażane. Odpowiedzialność w tym względzie ponoszą kraje członkowskie. Powodzenie strategii zależy głównie od zdolności przeprowadzenia intensywnych i głębokich reform strukturalnych w krajach starej Europy. Tymczasem taktyka tych państw polega na zatrzymaniu reform lub wręcz podejmowaniu działań zaprzeczających założeniom strategii. Świadczą o tym wszelkie jawne ruchy protekcjonistyczne, jak podejrzenia o dumping socjalny, blokada rynku usług czy forsowanie antykonkurencyjnych założeń w dyrektywie patentowej. Nowa Komisja Europejska jest między młotem a kowadłem.

Janusz Lewandowski, europoseł PO