Nauka latania

Katarzyna Skorska
opublikowano: 2005-07-29 00:00

Od lodów do lotów. A przy tym cały czas Wiesławowi Borkowskiemu towarzyszą gołąbki. Albo takie w liściu kapusty, albo fruwające i cieszące oko, gdy zawracają nad dachami w słońcu.

Sto bochenków chleba dziennie, w dni targowe nawet ponad tysiąc klientów, trzysta kilo smażonych kurczaków, dwieście kilogramów kiełbasy i do tego kilka tysięcy lodów na patyku. Lody były wówczas tylko jednego rodzaju, nazywały się Bambino.

— Z lodami historia przedstawiała się tak: przywoziłem je z pobliskich zakładów mleczarskich. Nie miałem specjalnego samochodu, więc ładowałem wszystko na przyczepę. Brałem, co było w zakładzie, czyli zwykle kilka tysięcy sztuk. Jedna z dziewczyn siadała w okienku i je sprzedawała. Wszystko znikało w kilka godzin. Musiałem nawet zatrudnić dodatkową osobę — nie do sprzedaży, ale do... zbierania papierków. No, bo przecież porządek wokół smażalni musiał być — mówi Wiesław Borkowski.

A jednak się kręciło

Dzisiaj sam już nie bardzo potrafi uwierzyć, że mu się to udawało. Maleńka knajpka, w niej kilkanaście miejsc stojących i jeden stolik z trzema krzesłami — to były miejsca dla matki z dziećmi. Trzyosobowa obsługa, dwie wielkie, przemysłowe patelnie, dobry przepis na smażone kurczaki.

— Klienci pchali się i tłoczyli, jak nie przymierzając moje gołąbki w wolierze. A każdy kupował po dwie, trzy porcje. Bywali i tacy, co brali tych porcji od razu pięć, żeby nie stać drugi raz w kolejce. Cała budka miała 17 metrów kwadratowych, a przewijało się tam dziennie nawet i tysiąc osób. Rzeczywiście brzmi to niewiarygodnie! — śmieje się pan Wiesław.

Smażalnię w Siedlcach uruchomił przed trzydziestu laty. Był rok 1975 i Edward Gierek „zapalił zielone światło” dla drobnej przedsiębiorczości. Panował dobry klimat dla rozwoju prywatnej gastronomii.

— Pojechałem do Siedlec na imieniny brata. Tam poznałem ówczesną szefową zrzeszenia prywatnego handlu i usług. Zaproponowała mi, żebym jej pomógł uruchomić w Siedlcach działalność gastronomiczną. Dlaczego ja? Bo miałem odpowiednie uprawnienia, a na dodatek trochę doświadczenia. Skończony kierunek gastronomiczny, kilka lat pracy jako kelner, potem kierownik sali. Zresztą umówiliśmy się, że tylko pomogę rozkręcić interes. Popracuję kilka miesięcy, może rok, przyuczę wspólnika...

Oficjalne zezwolenie na prowadzenie działalności gastronomicznej miało numer jeden. Pierwsza prywatna inicjatywa w całym ówczesnym województwie siedleckim. Codzienne dojazdy spod Warszawy — jakieś 160 kilometrów w obie strony, tony kiełbasy, kurczaków.

— Raz w tygodniu smażyłem rybę. Za poprzedniej epoki w poniedziałki był dzień bezmięsny, można wtedy było sprzedawać tylko kaszankę, wątróbkę, no i rybę właśnie. Pracowaliśmy w kilka osób, miałem kucharza i do pomocy dwie dziewczyny, które zajmowały się smażeniem. Najlepsze były te kurczaki. Oj — wciąż pamiętam ich smak! Posypane solą i pyszną papryką. Do dziś mam podwyższony poziom cholesterolu, tyle tego zjadłem.

We własnej restauracji

Biznes prosperował znakomicie przez pięć lat. Za zarobione pieniądze Wiesław Borkowski kupił kawałek ziemi w podwarszawskiej Starej Miłośnie, przy ulicy Gościniec. Wówczas rosły tam pomidory, a wokół falowały łany żyta.

— Zmęczony już trochę byłem codziennymi dojazdami, brakiem czasu na życie rodzinne. Chciałem też odpocząć od gastronomii. Na działce w Starej Miłośnie postawiłem budynek. Najpierw otworzyłem w nim sklep 1001 drobiazgów, czyli wszystkiego tam było po trochu, nawet części do samochodów. Ale kiedy miał przyjść na świat syn, chciałem uczcić to należycie. Najlepiej we własnej restauracji. W dniu otwarcia postanowiliśmy odpowiednio uhonorować pierwszego klienta. Podjechał pomarańczowy maluch, wszedł gość, zamówił danie, zjadł. Kiedy miał już wychodzić, podszedłem, żeby podziękować i wręczyć kwiaty. A ten w śmiech. Mówi do mnie: „panie, ja przyjechałem po pasek klinowy do malucha, przecież jeszcze przed chwilą był tu sklep, ale jedzenie mi smakowało”. Potem ten pierwszy klient często do mnie zaglądał — wspomina Wiesław Borkowski.

Główny kuchmistrz, pan Kazimierz, pracuje w Gościńcu od początku, czyli od 20 lat. Kołduny według jego przepisu wciąż królują w menu. Niektóre dania, w tym bardzo lubiane przez klientów gołąbki, pozostają od lat niezmienione. Jeszcze rzadziej zmieniają się pracownicy.

W Gościńcu na stałe zatrudnionych jest kilkanaście osób. Najwięcej w kuchni, bo to przecież — jak mówi właściciel — „serce zakładu”. Wizytówka, czyli sala dla gości, wzbudza na pierwszy rzut oka zaufanie. Od razu wiadomo, że jedzenie będzie tradycyjne i solidne.

— Kasia, moja zastępczyni, pracuje ze mną dziewiąty rok, główna kucharka Małgosia jest już od lat piętnastu. Lata 80. były bardzo dobre, ale potem ruch zaczął spadać. W 1992 r. rozbudowałem Gościniec o dużą salę weselną mieszczącą 200 osób. W maju są zwykle przyjęcia komunijne, od czerwca do września niemal co soboty wesela. Wzmożony ruch jest też zwykle w okresie Świąt Wielkanocnych i Bożego Narodzenia — wylicza restaurator.

— Nie mam zamiaru narzekać, bo choć o czasach sprzed trzydziestu lat można już tylko pomarzyć, to jeszcze nigdy do biznesu nie musiałem dokładać. Mam grupę klientek, które zamawiają u mnie gotowe dania na wynos. Zwłaszcza na święta, imieniny i inne uroczystości rodzinne. Syn, dla którego zbudowałem Gościniec, studiuje na kierunku związanym z żywieniem człowieka i został już oficjalnie moim wspólnikiem. Mam dobrych pracowników i kilka pomysłów na zmiany. Czas na własne hobby — uśmiecha się Wiesław Borkowski.

Gołąbki, ale nie do jedzenia

Restaurator od kilku lat jest członkiem Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych. Już w pierwszym roku wypuszczania swoich ptaków na dalekie loty konkursowe odnotował pierwsze sukcesy, ale — jak skromnie twierdzi — wciąż daleko mu do innych hodowców.

Sprzed restauracji Gościniec startują gołębie. Zataczają najpierw w powietrzu dwa, trzy kółka i lecą w stronę swojego gołębnika. Pierwsze loty młodziaków odbywają się w maju i czerwcu.

— Młode gołębie pocztowe zaczyna się zwykle trenować, gdy mają kilka tygodni. Uczy się je wracać do gołębnika — fachowo mówi się „lotuje”. Najpierw dystans powinien liczyć jakieś pięć, siedem kilometrów. To tyle, ile mam z domu do Gościńca. Wkładam młodziaki do klatki, wiozę do restauracji i tam wypuszczam. Dobrze jest na pierwszy raz dać im do towarzystwa doświadczonego gołębia. Wtedy wiedzą, jak mają wracać. Potem zwiększa się dystans, muszą powracać z dziesięciu, czterdziestu kilometrów i coraz dalej — Wiesław Borkowski opowiada z pasją o swoim hobby.

Gołębie przyniósł mu kilka lat temu zaprzyjaźniony kowal. „Tam gdzie są konie, powinny być także gołębie” — stwierdził umieszczając pierwszą parkę nad stajnią. Bo hodowanie koni było kiedyś wielkim hobby restauratora. Ale teraz śmieje się, że odkąd cały wolny czas poświęca gołębiom, jego zyski znacznie wzrosły.

— Wypuszczony w nieznanym miejscu gołąb pocztowy krąży przez chwilę nad miejscem startu, po czym obiera właściwy kierunek, by jak najszybciej wrócić do domu, do gołębnika. A potrafią lecieć z prędkością nawet do 70 km/h. Jak mają dobrą pogodę, to lecą bez przerwy 5-6 godzin — zachwyca się Wiesław Borkowski.

O gołębiach, ich zwyczajach, o sporcie gołębiarskim może opowiadać godzinami. Codziennie wstaje o piątej rano, sam karmi gołębie, czyści ich klatki. Jak twierdzi — hobby wtedy ma sens, kiedy człowiek poświęca mu się od początku do końca. Potem jedzie do pracy i sam otwiera drzwi do Gościńca.