Nelli żuje Donalda

Wojciech Surmacz
opublikowano: 05-01-2007, 00:00

Pełna sprzeczności PO utknęła w ślepym zaułku lewicy. Przez Tuska.

Partię może uratować mąż opatrznościowy — Jan Maria Rokita. Zdaniem żony.

„Puls Biznesu”: Pani odejście z Platformy Obywatelskiej to pierwsze czy ostatnie poważne ostrzeżenie Jana Rokity dla Donalda Tuska?

Nelli Rokita-Arnold: W ogóle takimi kategoriami nie myślę. To przede wszystkim moja osobista decyzja. Wychodząc z Platformy, dałam sygnał innym członkom tej partii, że powinni coś zmienić. Zwłaszcza tym, którzy po cichu mówią, że źle się dzieje. To może być trudne i może wymagać odwagi. Dlatego uważam, że mój mąż powinien tam zostać.

Może powinien stworzyć nową partię?

Nie ma mowy o powstaniu na polskiej scenie politycznej nowej partii, bo nie ma takiej potrzeby. Jan Rokita tworzył Platformę Obywatelską, włożył w tę partię wiele serca i nie powinien z niej odchodzić, tylko przekonywać innych do wprowadzenia zmian, które są konieczne. Potrzebne są szczere rozmowy w ramach debaty programowej. Może się uda, ale osobiście przestałam w to wierzyć.

Jakie zmiany konkretnie?

Platforma powinna przede wszystkim dokładnie zdefiniować swoją politykę — na przykład w sprawach zagranicznych. To dla mnie szczególnie ważne. Puste krytykowanie rządów PiS w stosunkach polsko-niemieckich jest dla mnie niejasne, czasami wręcz szkodliwe. Chciałabym usłyszeć, jaka jest konkretna propozycja członków PO w tej kwestii? Przecież Polska nie wysuwała żadnych roszczeń w stosunku do Niemiec. Przecież to Niemcy napadły na Polskę. Teraz odwracają kota ogonem i oskarżają Polskę o pogorszenie stosunków, a Platforma temu przyklaskuje. To bardzo ważny punkt w kierunku działania PO, łączący się z kolei z Aleksandrem Kwaśniewskim, który też taką formę polityki zagranicznej tolerował. Przecież faworytem Kwaśniewskiego na prezydenta RP był Donald Tusk, bo gwarantował kontynuację jego polityki zagranicznej.

Przecież oficjalnego poparcia nie było.

Jak to? W ostatniej chwili, ale było.

Nie przypominam sobie. Aleksander Kwaśniewski na pewno poparł Hannę Gronkiewicz-Waltz przy okazji ostatnich wyborów samorządowych w Warszawie.

To słabą pamięć pan ma. Przecież było dużo ostentacji. Wszystko można sprawdzić. Ale mniejsza z tym. Donald Tusk powinien podjąć odważną decyzję i powiedzieć jasno, jaki jest jego program. Jeśli liberalny, to dla kogo? Mnie na przykład bardzo interesują małe i średnie przedsiębiorstwa. Co konkretnie politycy PO mają im do zaproponowania? Rok temu założyłam Instytut Przedsiębiorczości Polskiej. A Platforma? W jaki sposób jej politycy chcą promować polskie firmy za granicą? Zresztą oni unikają konkretnych odpowiedzi w zasadzie na każdy temat. Nie zauważył pan tego?

Większość polskich polityków lubi się wypowiadać na każdy temat, nie mówiąc w zasadzie nic. Pani chodzi chyba o to, że nie można być trochę w ciąży. PO brakuje wyrazistości — konkretu: idziemy w lewo albo w prawo…

W pewnym sensie tak. Przecież dzisiaj wyraźnie widać, że Platforma Obywatelska nie jest partią ludową o charakterze konserwatywnym, socjalnym czy narodowym. Politycy PO raczej wspólnie z postkomunistami widzą przyszłą Polskę. Nie są gotowi na radykalne zmiany. Chcą kontynuacji rządów SLD. Tylko jeden człowiek proponuje w Platformie radykalne zmiany. Jan Rokita, który właśnie został odsunięty od władzy. Bo próbował przeforsować swój klarowny pogląd na świat. Szczerze mówiąc, on coraz częściej boi się wypowiadać na jakikolwiek temat, bo nie chce wchodzić z nikim w konflikt. Nie chce, by mu zarzucano, że rozsadza partię. Przecież ostatnie wybory parlamentarne i prezydenckie Platforma przegrała, bo kampania była skoncentrowana na Tusku. To przez niego Rokita nie został premierem. Niedawno Donald Tusk wyraźnie powiedział, że nie widzi Jana Rokity na fotelu premiera. Słyszał pan?

Tak.

To oznacza, że polityka mojego męża nie idzie w parze z pomysłami Donalda Tuska. Wielka szkoda, że nie wygrali wyborów parlamentarnych. Ale wydaje mi się, że z pełną świadomością zmierzali do tej porażki.

A to ciekawe, bo liderzy PO właśnie na panią zrzucali winę za tę porażkę. Tuż przed wyborami parlamentarnymi w 2005 r. powiedziała pani w Radiu Zet: „Platforma Obywatelska nie dojrzała do samodzielnych rządów”. I to miało ponoć wpłynąć na ostateczny wynik Platformy w tych wyborach. Czyli wtedy miała pani medialną siłę przebicia, ale dzisiaj pani odejście jest bagatelizowane.

No, właśnie, to charakterystyczne dla Platformy, że przeczą sami sobie. Z jednej strony mój pomysł wyjścia z PO lekceważą i mówią, że to nic nie znaczy, a sami po wyborach parlamentarnych zrobili mi taką reklamę, że trudno o lepszą. Sprzeczności wewnętrzne — to kolejny problem PO. Tam politycy rzucają się z jednego kąta do drugiego. Zamiast się przyznać do sojuszu — gospodarczego niestety też — z postkomunistami. Przecież tak naprawdę cała ta liberalna orientacja gospodarcza w Platformie to hasła lewicowe. Trudno nie zauważyć, że współcześni postkomuniści w Polsce to partia liberalna. SLD nie walczy już o elektorat socjalny. Politycy Sojuszu otwarcie przyznają, że interesuje ich czysty liberalizm. Dlatego te dwa ugrupowania tak bardzo do siebie pasują. Rozumiem, że nie chcą iść razem do wyborów, bo oddzielnie mogą zahaczyć o szerszy elektorat i później połączyć siły w koalicji. Oni skazani są na siebie. Dla mnie to jasne.

Może po ostatnich wyborach samorządowych Platforma doszła do wniosku, że tylko idąc w lewą stronę, jest w stanie wygrać?

Myślę, że oni doskonale zdają sobie sprawę, dlaczego wygrali w Warszawie. Z drugiej strony przecież PO ma elektorat konserwatywny — rozsądny. To elektorat Rokity. Problem z Rokitą jest taki, że on ma własną wizję państwa i też chciałby ją zrealizować. Ale nikt nie chce o tym mówić, bo się boi, że coś straci. Ale to kolejny problem w Platformie. Nikt nie chciał rozmawiać o konkretach, a ja nie lubię ciągle rozmawiać o pogodzie.

Ale pani chyba od dawna pała niechęcią do Donalda Tuska. To dlatego że w 2004 r. Tusk zablokował pani kandydaturę, gdy chciała pani kandydować z listy PO do Parlamentu Europejskiego? Podobno obawiał się zarzutów o nepotyzm. Pani powiedziała ponoć wówczas w wywiadzie dla jednego z dzienników, że rozważa kandydowanie z listy PSL. Pewien krakowski polityk miał w ostatniej chwili wymóc usunięcie tego zdania podczas autoryzacji.

To nieprawda. Oczywiście zawsze marzyłam o kandydowaniu do Parlamentu Europejskiego. Uważam, że byłabym dobrym ambasadorem Polski. Natomiast wtedy bardzo mocno się zastanawiałam, czy już powinnam kandydować. I doszłam do wniosku, że nie. W dalszym ciągu byłam mocno związana ze Stronnictwem Konserwatywno-Liberalnym. Ta partia to takie moje dziecko. Byłam tam bardzo aktywna. Przejście do PO nie było dla mnie łatwe, bo wiedziałam, że Donald Tusk nie lubi ludzi z SKL. Dlatego nie przeszłam do Platformy razem z mężem. Zdecydowałam się na to dwa lata później. Podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego nie byłam członkinią Platformy, bo traktowanie ludzi z SKL mi się nie podobało. Weszłam w mały konflikt z Donaldem Tuskiem.

Ale Tusk blokował pani kandydaturę czy nie?

Nie. Po prostu ktoś puścił plotkę, że kandyduję z listy PO, a ja w ogóle nie miałam takiego zamiaru. Ale rzeczywiście myślałam o tym, że jeżeli już zrezygnuję z członkowstwa w SKL to przejdę do PSL. Pochodzę z chłopskiej rodziny, moi dziadkowie byli farmerami, lubię wiejski elektorat. Żyję regionami, kocham ludzi z małych miejscowości. Zresztą tak zawsze widziałam swoją rolę w Parlamencie Europejskim — nigdy nie chciałam reprezentować Warszawy, tylko jeden z regionów, chodziło mi oczywiście o Małopolskę. Wiedziałam, że nie ma szans zarazić „platformistów” pomysłem na te małe miasta i wsie. Dlatego nie miałam nawet szans kandydowania z listy PO. Zastanawiałam się, czy warto przejść do PSL. Jak w PO się dowiedzieli, że chcę do ludowców, to zaczęli mnie namawiać: Nelli, może jednak mogłabyś u nas kandydować? A ja na to: Jak mogę u was kandydować bez dorobku? Wie pan, ja też mam swoje ambicje. Wszystko rozumiem, bardzo wiele zawdzięczam mężowi, ale nie chcę być przylepą. Nie chcę, żeby ludzie mnie rozpoznawali wyłącznie jako żonę Jana Rokity. Uważam, że nikt nie ma szans w żadnych wyborach tylko dlatego, że jest żoną, synem czy bratem. Każdy musi sam pokazać, co potrafi. Mój mąż mnie popierał, uważał, że to dobra idea, ale to między innymi on mnie gorąco namawiał, bym nie szła do PSL. Nie myślałam o kandydowaniu z Platformy, bo jeszcze wtedy w niej nie byłam. Za trzy lata będą nowe wybory do Parlamentu Europejskiego i może wystartuję. Dużo ludzi mi mówi, że to praca dla mnie, że się nadaję. To moje marzenie i moja ambicja. Ale czy będę je akurat teraz realizować? Też nie wiem. W tej chwili zachłysnęłam się małymi i średnimi przedsiębiorstwami. Są w Brukseli struktury unijne, z którymi już nawiązałam współpracę. Mam nadzieję, że uda mi się nawiązać współpracę z American Enterprise Institute z Waszyngtonu. Chciałabym zorganizować taki międzynarodowy lobbing na rzecz małych i średnich firm z Polski.

Ciągle pani uważa, że Platforma nie dojrzała do samodzielnych rządów?

Oczywiście. Przecież będzie coraz bardziej traciła poparcie społeczne. Niestety. PO, marginalizując Rokitę, zawęziła elektorat. Platforma liberalna jest skazana na maksimum 15 proc. Dla mnie to bardzo dziwny ruch Donalda Tuska. Uważam, że ma bardzo złych doradców.

Ale na chłopski rozum: z Janem Rokitą nie udało się wygrać ani parlamentarnych, ani prezydenckich wyborów. Bez niego udało się wygrać samorządowe. Rachunek jest prosty.

Ale Donald Tusk nie chciał wygrywać wyborów parlamentarnych z Janem Rokitą — premierem, tylko prezydenckie ze sobą w roli głównej. Tusk hamował wygraną Rokity. Dzisiaj jest jasne, że obie kampanie wyborcze PO z 2005 roku były prezydenckie. Nie było prawdziwej kampanii parlamentarnej. Będąc w Platformie, nie mogłam o takich rzeczach mówić.

A jak już się coś pani wypsnęło, to zaraz strofowano. Paweł Śpiewak publicznie panią zganił za tę „niedojrzałą Platformę”. Czego jeszcze nie wolno było mówić w PO?

Zawsze mówiłam to, co myślałam. Nigdy nie miałam z tym problemów. Trzeba być realistą. To kolejna słabość Platformy. Ludzie nie wiedzą, co mają mówić. Mam na myśli liderów regionalnych. Oni się boją wyjść do telewizji, cokolwiek powiedzieć. Czekają na sygnał z góry. W mojej sprawie przynajmniej byli na tyle dobrzy, że szybko wydali dyspozycję. Coś z tymi ludźmi dzieje się dziwnego. Boją się mówić. A przecież na tym świecie nie żyje się tylko po to, by kupić sobie mieszkanie czy nowy samochód. Trzeba żyć w zgodzie ze swoim własnym sumieniem. Jeśli dzieje się źle, to trzeba o tym mówić.

Wstąpi pani do Prawa i Sprawiedliwości?

Nie widzę takiej potrzeby. Poza tym kibicuję Platformie i uważam, że wyjdzie z tego ślepego zaułku. Może Donald Tusk zrozumie swój błąd. Nie wiem, czy potrafi, ale powinien się starać.

Pytam o PiS, bo pani z jednej strony mówi chłodno o Tusku, a z drugiej ciepło o Jarosławie Kaczyńskim. Na początku 2006 r., współpracując z „Expressem Bydgoskim”, powiedziała pani: „Pana Jarosława Kaczyńskiego bardzo szanuję, chciałabym zrobić z nim taki ciepły wywiad, wydobyć wszystkie pozytywne rzeczy”.

Wie pan, wydaje mi się — to takie oko kobiece — że Jarosław Kaczyński jest inteligentniejszy od Donalda Tuska. A kobiety bardzo lubią inteligentnych mężczyzn. Poza tym mam respekt dla władzy i jeżeli ktoś został wybrany w demokratycznych wyborach, to ja pozytywnie nastawiam się do takiej osoby. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś już rządzi, to trzeba go tak nastrajać, żeby rządził dobrze. Nie jestem typową opozycjonistką, która wszystko wokół krytykuje. W komuchach swego czasu też szukałam pozytywów. I znajdowałam je. Ludzie powinni szukać kompromisów i pięknie, ale wyraźnie się różnić.

Czyli nie potępia pani w czambuł wszystkiego, co robi rząd Kaczyńskiego?

Oczywiście, że nie. Uważam, że PO niepotrzebnie uprawia tanią propagandę. Takie czepianie się tego, że dwóch braci rządzi Polską, zamiast konstruktywnej krytyki. Z tego nic nie wynika. Puste frazesy.

Jeszcze raz zapytam: wybiera się pani do PiS?

Nie wybieram się do żadnej partii. Będę współpracować z PiS, PO i PSL jako przewodnicząca Europejskiej Unii Kobiet. Będę szukała w tych ugrupowaniach aktywnych kobiet. Udowodnię, że można uprawiać politykę inaczej, że trzeba szanować polityka, że warto ten zawód uprawiać, żeby kobiety chciały być politykami.

Może powinna się pani dogadać z Manuelą Gretkowską?

Jestem absolutną przeciwniczką wszelkich korporacji jednej płci. To głupota. Nigdy nie będę ignorować tego, co mówią i robią mężczyźni. Nigdy by mi do głowy nie przyszło pracować tylko z kobietami.

To teraz tak z ręką na sercu: w czyim interesie pani odeszła z Platformy?

Tylko w swoim własnym.

Nie było w tym krzty rewanżu za wieszanie przez PO psów na Rokicie?

Chciałam pokazać, że ignorowanie lidera partii, którego szanują ludzie, to poważny błąd. Nie chodziło o mojego męża, tylko o lidera. Dobrze wiem, jakim jest politykiem. On uprawia ten zawód z powołania. Jest najlepszym politykiem w Polsce. Próby traktowania takiego człowieka w sposób, w jaki usiłuje to robić Donald Tusk, zasługują na pogardę. Ktoś tu chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi. Nie można nad tym przejść do porządku dziennego. A że przypadkowo Jan Rokita jest moim mężem, to ambaras jeszcze większy.

Lepiej z tym przypadkiem nie przesadzać, bo się mąż dodatkowo niepotrzebnie poirytuje.

No, tak. Przecież go świadomie wybrałam. Bardzo go szanuję.

Ktoś mi powiedział tuż przed naszą rozmową, że tak naprawdę odejście z PO to dla pani żadna strata, za to dla partii wielka. Też tak pani myśli?

Nie. Myślę, że to żadna strata i dla Platformy, i dla mnie. Jeśli już, to żal, bo jednak bardzo emocjonalnie się związałam z tym ruchem. Lubię inicjatywę oddolną, organizacje pozarządowe — tu mieliśmy dużo wspólnych pomysłów. Smutno mi, że nic z tego nie wyszło. Ale nie mogłam się już dłużej męczyć. Lubię twórczą, kreatywną pracę. Zawsze staram się otaczać ludźmi, którzy są lepsi ode mnie i myślą pozytywnie. Jeżeli oni wpadają w depresję, a ja mimo wielu prób nie potrafię ich z tego wyciągnąć, rezygnuję. Może to słabość charakteru, może powinnam popracować nad sobą?

Tak czy inaczej, wywołała pani niezłe zamieszanie swoim odejściem z Platformy. Czas pokaże, co było prawdziwym celem tego aktu. Chyba że pani się teraz przyzna — ostatnia szansa.

Ale proszę mi wierzyć: jedynym moim celem było pozostać uczciwą wobec samej siebie. Zawsze w życiu kieruję się jedną podstawową zasadą: Nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie.

Nelli Rokita-Arnold, bezpartyjna

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu