Nie zalewaj!

Kamil Kosiński
opublikowano: 30-11-2007, 00:00

Kolejowe szyny sfałdowane niby makaron swobodnie ułożony na talerzu. Zapadliska. Mury z ogromnymi szczelinami. Oto krajobraz sprzed 15 lat. Potop w wielickiej salinie. A teraz? Też walka. Jak od wieków.

Sto dwadzieścia pięć metrów pod ziemią. Wszechogarniająca cywilizacja — jak na powierzchni. Klimatyzacja i działające telefony komórkowe. Śluby, studniówki, imprezy integracyjne dla firm. Sanatorium i kolektura totolotka. Koncerty symfoniczne. Miejsce, w którym mistrz olimpijski żeglował na desce surfingowej i gdzie doszło do podziemnego lotu balonem na ogrzane powietrze czy skoku na bungee. Jarmark, widowisko, show, tłumy maszerujących turystów… Ale też zniewalający pięknem zabytkowy unikat. A w środku kaplica — religijne sanktuarium. I nieustanny, uporczywy pojedynek. Z wodą.

Po prostu: Kopalnia Soli Wieliczka.

Od wieków

Zaplecze. Tego nie widzą zwiedzający: woda to nieustępliwy i podstępny przeciwnik.

Pierwszy znaczący wyciek wód do kopalni odnotowano już w 1622 r. W drugiej połowie XIX wieku doszło wprost do wodnej katastrofy, która doprowadziła niemalże do zagłady saliny. Wtedy wzięła górę ludzka chciwość. A właściwie forsowne poszukiwania soli potasowo-magnezowych, niewystępujących w wielickim złożu: naruszono jego granicę i wody wdarły się do wyrobisk. Walka z tym dopływem trwała 11 lat.

Cztery lata dłużej pochłonęło tamowanie wycieku z poprzeczni Mina, zakończone dopiero 15 października 2007 r. Kiedyś ów chodnik przebudowywano, by zlikwidować niezbyt duży wyciek w jego czole, ale nieprzewidziane ruchy górotworu 13 kwietnia 1992 r. doprowadziły do kataklizmu. Ze strumyka zrobiła się rzeka. W pewnym momencie 20 tys. litrów na minutę!

— Zostałem dyrektorem kilkanaście tygodni po tym wycieku. Śmiałem się, że tylko dlatego że nie było innych chętnych. Nad kopalnią zawisło wtedy widmo likwidacji — wspomina Zbigniew Zarębski, prezes Kopalni Soli Wieliczka.

Napływ

Zerkający na podziemne jeziora turyści nawet nie zdają sobie sprawy, że to twory sztuczne, wypełnione solanką o takim stężeniu, by nie rozmywała solnej skały.

95 proc. wody napływającej do kopalni to niezasolone cieki podziemne. Niekontrolowana przez ludzi woda zalewa zaś podziemne korytarze z około 200 otworów. Z niektórych wypływają kropelki, z innych — setki litrów na dobę. Jeszcze niedawno ponad 200 tys. m sześc. rocznie. Do całkowitego zatopienia kopalni wystarczyłoby 10-15 lat.

— Chociaż nie wiadomo, czy wpływająca woda nie ustabilizowałaby się jednak na pewnym poziomie. Ale tego oczywiście nie chcieliśmy sprawdzać… — zaznacza Zbigniew Zarębski.

Piach do pustek

— Gdybyśmy nie zasypywali zbędnych wyrobisk, powstawałyby zawały w części turystycznej i zapadliska na powierzchni — podkreśla Zbigniew Zarębski.

Tego turyści już nie widzą: zapełnianie nieużywanych komór nazywa się fachowo podsadzaniem. Tłoczy się do nich rurociągami solankę z piaskiem. Ale wcześniej trzeba wydrążyć dwa chodniki. Górny — którym doprowadzi się rurociąg z piachem i solanką, oraz dolny, zablokowany zaporą z drewna i płótna — ten zatrzyma piach, a pozwoli solance odpłynąć. Drążenie owych tuneli to typowa górnicza robota. Jak w każdej kopalni.

Tłoczenie na dół piachu z wodnym roztworem soli ułatwia szczelne wypełnianie pustek po wydobytej soli. Ale przecież woda niszczy wielicką żupę — czyż to nie paradoks? Niszczy, ale słodka. To rozmywanie rzeźb solnych spowodowało, że zaraz na początku podziemnej wycieczki turyści mijają zamkniętą dla nich kaplicę św. Antoniego. I nie chodzi o to, że za dużo by tam nachuchali. Mit… Siedem tysięcy ludzi dziennie — tyle przemierza podziemną trasę w szczycie sezonu turystycznego — wychucha zaledwie 40 l wody tygodniowo. Sama różnica temperatur między powietrzem dopływającym do podziemi szybami wentylacyjnymi a tym, które jest na dole, wytwarza tysiąc razy więcej wody.

— To właśnie dlatego, a nie tylko dla komfortu zwiedzających, zamontowaliśmy klimatyzację w szybie Daniłowicza. Chodziło o to, by usunąć wodę z powietrza, a tym samym wyeliminować główny powód rozpływania się rzeźb — wyjaśnia Zbigniew Zarębski.

Jako odpad

Wodę wpływającą do kopalni trzeba wypompować na powierzchnię. Jest tak zasolona, że nie można jej po prostu wlać do rzeki czy stawu. Z solanki odparowuje się więc wodę. Warzelnia to budynek znacznie większy od tego, przez który przewalają się tłumy turystów. Stoi opodal nowego parkingu i zwałów piachu, wydających się nieuprzątniętymi pozostałościami po jego budowie (w rzeczywistości to skład materiału podsadzkowego).

Rocznie w warzelni uzyskuje się około 15 tys. t soli. Tej najlepszej, spożywczej. Jak na zapotrzebowanie polskich konsumentów — dużo. Przejadamy bowiem około 40 tys. ton soli rocznie. Zużycie na cele przemysłowe liczy się w milionach ton.

— Nawet gdy kończyliśmy wydobycie, w latach 90., produkowaliśmy 150-200 tys. t soli rocznie. Zamknięcie każdego następnego wycieku zmniejszy produkcję — aż do zera. I tego byśmy sobie życzyli. Stawiamy bowiem na turystykę, a ona musi być bezpieczna — podkreśla Zbigniew Zarębski.

Dla gości

A żeby było bezpiecznie, turyści zwiedzają tylko niewielką część — trzy z dziewięciu skrytych pod miastem poziomów (po ponad siedmiu wiekach eksploatacji złoża wyrobiska sięgają głębokości 327 m) — taki geologiczny skansen. Ten w dosłownym znaczeniu tego słowa nie leży co prawda na standardowym szlaku zwiedzania, ale każdy, kto ma więcej niż 16 lat, może go obejrzeć. O telefonie komórkowym należy tam jednak zapomnieć, a klimatyzację zastępuje hełm, lampa górnicza plus pochłaniacz tlenku węgla — przydatny, jeśli wybuchłby pożar.

Z podobnym wyposażeniem na co dzień pracuje w kopalni 300 ludzi. Trzy zmiany, 24 godziny na dobę. Zadanie: zasypanie większości zbędnych wyrobisk. Z 7,5 mln m sześc. wydrążonych w solnej skale ma pozostać tylko to, co niezbędne do pracy turystycznego kombinatu — 1,3 mln m. sześc. Podsadzić trzeba jeszcze 3,3 mln m sześć. pustek.

To tak, jakby zasypać cztery wydrążone w ziemi warszawskie Galerie Mokotów lub sześć krakowskich Galerii Kazimierz.

Kamil Kosiński

Foto: Tomasz Pikuła, Krzysztof Karolczyk/Agencja Gazeta

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane